diff --git a/.gitignore b/.gitignore new file mode 100644 index 0000000..2194d4a --- /dev/null +++ b/.gitignore @@ -0,0 +1,188 @@ +# SPDX-FileCopyrightText: Copyright (c) 2022 NVIDIA CORPORATION & AFFILIATES. All rights reserved. +# SPDX-License-Identifier: MIT + +# Prerequisites +*.d + +# Compiled Object files +*.slo +*.lo +*.o +*.obj + +# Precompiled Headers +*.gch +*.pch + +# Compiled Dynamic libraries +*.so +*.dylib +*.dll + +# Fortran module files +*.mod +*.smod + +# Compiled Static libraries +*.lai +*.la +*.a +*.lib + +# Executables +*.exe +*.out +*.app + +# Models +*.pt +*.savedmodel +install/ + +# Ignore backup files. +*~ +# Ignore Vim swap files. +.*.swp +# Ignore files generated by IDEs. +/.classpath +/.factorypath +/.idea/ +/.ijwb/ +/.project +/.settings +/.vscode/ +# Ignore outputs generated during Bazel bootstrapping. +/output/ +# Ignore jekyll build output. +/production +/.sass-cache + +# Byte-compiled / optimized / DLL files +__pycache__/ +*.py[cod] +*$py.class + +# Distribution / packaging +.Python +build/ +develop-eggs/ +dist/ +downloads/ +eggs/ +.eggs/ +lib/ +lib64/ +parts/ +sdist/ +var/ +wheels/ +pip-wheel-metadata/ +share/python-wheels/ +*.egg-info/ +.installed.cfg +*.egg +MANIFEST + +# PyInstaller +# Usually these files are written by a python script from a template +# before PyInstaller builds the exe, so as to inject date/other infos into it. +*.manifest +*.spec + +# Installer logs +pip-log.txt +pip-delete-this-directory.txt + +# Unit test / coverage reports +htmlcov/ +.tox/ +.nox/ +.coverage +.coverage.* +.cache +nosetests.xml +coverage.xml +*.cover +.hypothesis/ +.pytest_cache/ + +# Translations +*.mo +*.pot + +# Django stuff: +*.log +local_settings.py +db.sqlite3 +db.sqlite3-journal + +# Flask stuff: +instance/ +.webassets-cache + +# Scrapy stuff: +.scrapy + +# Sphinx documentation +docs/_build/ + +# PyBuilder +target/ + +# Jupyter Notebook +.ipynb_checkpoints + +# IPython +profile_default/ +ipython_config.py + +# pyenv +.python-version + +# pipenv +# According to pypa/pipenv#598, it is recommended to include Pipfile.lock in version control. +# However, in case of collaboration, if having platform-specific dependencies or dependencies +# having no cross-platform support, pipenv may install dependencies that don't work, or not +# install all needed dependencies. +#Pipfile.lock + +# celery beat schedule file +celerybeat-schedule + +# SageMath parsed files +*.sage.py + +# Environments +.env +.venv +env/ +venv/ +ENV/ +env.bak/ +venv.bak/ + +# Spyder project settings +.spyderproject +.spyproject + +# Rope project settings +.ropeproject + +# mkdocs documentation +/site + +# mypy +.mypy_cache/ +.dmypy.json +dmypy.json + +# Pyre type checker +.pyre/ + +tests/integration/asr/outputs +tests/integration/nlp/outputs +tests/integration/tts/outputs + +riva/client/proto/*_pb2.py +riva/client/proto/*_pb2_grpc.py + diff --git a/Rejmer Malgorzata - Bloto slodsze niz miod.txt b/Rejmer Malgorzata - Bloto slodsze niz miod.txt new file mode 100644 index 0000000..69dc598 --- /dev/null +++ b/Rejmer Malgorzata - Bloto slodsze niz miod.txt @@ -0,0 +1,6625 @@ + +Część pierwsza +Dzieci dyktatora + +Był sobie raj, stworzony w najsłuszniej socjalistycznym kraju na świecie. +Gdzie wszystko należało do wszystkich i nic nie należało do nikogo. +Gdzie każdy umiał pisać i czytać, ale pisać można było tylko to, z czym +zgadzała się władza, a czytać tylko to, co władza zatwierdziła. +Gdzie do każdej wsi docierały prąd, autobus i propaganda, ale zwykły obywatel +nie miał prawa do własnego samochodu ani do własnego zdania. +Gdzie każdy mógł polegać na bezpłatnej opiece medycznej, ale zdarzało się, że +ludzie ginęli, nie zostawiając po sobie śladu. +Gdzie edukacja mas była priorytetem, ale co kilka lat urządzano czystki wśród +elit. +Gdzie każdy miał prawo cieszyć się z postępu i wiwatować w pochodach, ale +opowiedzenie dowcipu stanowiło wyzwanie rzucane władzy i losowi. Dlatego +obywatelom zalecano odczuwanie entuzjazmu i szczęścia, gdyż za narzekanie +i głupie żarty, czyli agitację i propagandę, groziło od sześciu miesięcy do dziesięciu +lat więzienia. +W raju nie było jednak więzień politycznych, a jedynie „obozy reedukacji”, +służące do zmiany świadomości wrogów ludu za pomocą lektur, tortur +i katorżniczej pracy. +W raju wszyscy byli równi, ale ludzi dzieliło się na lepszych i gorszych – tych +z dobrą biografią, którzy wiedli żywot poczciwy, i tych ze złą, gnębionych od +urodzenia. Dobrzy musieli wiązać się z dobrymi, a źli ze złymi – i cierpieć +wspólnie. Dobrzy w każdej chwili mogli stać się źli. Źli z reguły pozostawali +najgorsi aż do śmierci. +Władza trzymała w rękach życie każdego obywatela i decydowała: kto pójdzie +na studia, a kto do kooperatywy. Kto będzie architektem, a kto murarzem. Kto +będzie człowiekiem, a kto strzępem. Komu będzie się wiodło, kto będzie +wegetował, komu ukradnie się życie. +Władza reglamentowała marzenia i przykrawała je tak, że ludzie w końcu +oduczyli się marzyć. +W 1967 roku uroczyście ogłoszono śmierć Boga, a właściwie jego wieczne +nieistnienie, i co za tym idzie – bezcelowość wszystkich religii. Teraz jedyną +religią miał być socjalizm i wspólna wiara w siłę nowego człowieka. + +Od 1978 roku kraj-raj nie oglądał się już na inne państwa, nikomu niczego nie +zawdzięczał i od nikogo nie chciał pomocy. Nie znał inflacji, bezrobocia, kredytów +ani długów. Był samowystarczalny. +Jego granice ze wszystkich stron wyznaczał drut kolczasty. Każdy, kto +próbował go pokonać, miał zostać zastrzelony bez ostrzeżenia. +Ci, którzy żyli zgodnie z regulaminem raju, wierzyli, że są najszczęśliwszymi +ludźmi na świecie. Wprawdzie niektórzy przed zaśnięciem zastanawiali się, czym +jest wolność, ale inni uważali, że nie brakuje im niczego. Władza dawała dach +i jedzenie, szkołę i pracę, więc obywatele nie musieli martwić się o nic. Musieli +tylko uważać na to, co mówią, robią i myślą. +Ich kraj-raj od 1976 roku nazywał się Ludowa Socjalistyczna Republika +Albanii. +Jego jedynym słusznym Bogiem był Towarzysz Komendant Enver Hoxha. + +Co miało się stać, już się zdarzyło +Góry przypatrują się człowiekowi, ale ich oczy są puste. Człowiek podnosi wzrok +i widzi lśniące, surowe piękno. Na dnie doliny Zagoria, u stóp zboczy, jesteśmy +mniejsi niż odłamki kamieni, przestrzeń zamienia nasze ciała w cienie. +Wokół czas niszczy domy i wypacza pamięć. Wszystkiego za mało, by żyć. +Ludzie starzeją się, złamani tym, co minęło, tęskniąc za tym, co się nie zdarzyło. +Ci, którzy mają siłę i nie myślą o upokorzeniach, uciekają z Zagorii do lepszych +światów. Opuszczają zmarniałe domy i zagrody otoczone kamiennym murem. +Zabierają ze sobą dzieci, rosnącą nadzieję na przyszłość. +Państwowy autobus już tu nie dociera, są tylko prywatne terenówki i obity +furgon telepiący się po szutrowej drodze. Staruszkowie unoszą dłoń, by pożegnać +tych, którzy zostawiają za sobą butwiejące ściany, rozpadające się płoty, zawalone +dachy. +Dzieci da się policzyć na palcach jednej ręki; niemal wszystkie szkoły w okolicy +opustoszały, ale wciąż można przekroczyć ich zapadnięte progi, żeby przyjrzeć się +temu, co było. W błękitnych gablotach tłoczą się trójwymiarowe modele ludzkich +ciał, amperomierze i woltomierze zastygły pod warstwą kurzu, w kącie wala się +plastikowy mózg. Złuszczone ściany ciągle dźwigają ciężar propagandowych +tablic. +„Być przyjacielem książki – wielki to honor”. +Na zszarzałej stercie porzuconych dzieł Karola Marksa, Fryderyka Engelsa +i Envera Hoxhy woła o uwagę czerwony album oprawiony w sztuczną skórę, który +miał opowiadać przyszłym pokoleniom o chwale albańskiego socjalizmu. +W orwellowskim roku 1984 władza oznajmiała, co następuje: +Przez czterdzieści lat tytanicznych wysiłków Albańczycy osiągnęli gigantyczny sukces pod wodzą Partii +i towarzysza Envera Hoxhy. +Lata średniowiecza na zawsze zamknęli w muzeum i dali się poznać światu jako lud kraju całkowicie +niezależnego, który własnymi siłami owocnie tworzy socjalistyczne społeczeństwo. Nasi obywatele stali się +panami własnego losu i dziś budują i chronią nowe życie – bez ciemiężycieli i ciemiężonych, bez +uciskających traktatów, bez nędzy. Z każdym mijającym rokiem idziemy krok dalej. +Opuszczoną wiejską szkołę wypełnia gładka i rozległa cisza. Jakby w promieniu +kilkunastu kilometrów nie ostał się nikt. + +Wszystko to osiągnęliśmy dzięki zażartej walce klasowej, przezwyciężeniu zacofania oraz zniweczeniu +wewnętrznych i zewnętrznych intryg wrogów. Albania jest krajem odrodzonego narodu i ludzi o całkowicie +nowej fizjonomii. Wśród antycznych twierdz, symbolizujących wytrwały opór w czasie historycznych +nawałnic, wyrosły metalowe wieże twierdz nowego życia: fabryk, kombinatów, szybów wiertniczych, zapór +wodnych produkujących energię. Ten potężny i nowoczesny przemysł jest jednym z głównych zwycięstw +klasy pracującej i albańskiego ludu. +Nareszcie dźwięk: z oddali dobiega chropawy brzęk blaszanych dzwonków, +w zbolałym chórze beczą barany. +Socjalistyczna Albania cieszy się wielkim autorytetem i mocną pozycją międzynarodową, ma także wielu +przyjaciół i życzliwych sojuszników na świecie. Otoczona i nękana przez perfidnych wrogów, stawia +zdecydowany odpór zakusom i blokadom imperialistów. […] W ciągu czterdziestu lat zrobiliśmy tyle, ile +nie udało się zrobić przez wieki. Albańczycy stworzyli tę wspaniałą rzeczywistość, a teraz idą naprzód bez +śladu zwątpienia, z optymizmem społeczeństwa pewnego swojej przyszłości. +Po tym wstępie następuje seria chwalebnych zdjęć, przedstawiających budynki +wzniosłe, parki przykładne, mężczyzn robotnych i kobiety cnotliwe. Każdy jest na +swoim miejscu, każdy cieszy się z powierzonego mu zadania. Twarze skupionych, +pogodnych manekinów. +Wycieram okładkę książki. Na palcach pozostaje gruba warstwa brudu. +Niespełna rok po wydaniu albumu, 11 kwietnia 1985 roku serce ukochanego +przywódcy przestało bić, a kraj zamarł w rozpaczy i niedowierzaniu. Sześć lat +później – po czasie tak krótkim, a płynącym tak długo – protestujący w Tiranie +roztrzaskali na kawałki posąg nieśmiertelnego. +W lipcu 1991 roku amnestia objęła wszystkich więźniów politycznych, +a zbrodnie reżimu przybrały formę statystyk. +Przez czterdzieści siedem lat komunistyczne władze trzymały za kratkami 34 +135 więźniów politycznych. +W kraju liczącym mniej niż dwa miliony obywateli z nakazu partii +zamordowano 6027 osób. +984 osoby zmarły w więzieniach, 308 osób postradało zmysły wskutek tortur. +59 000 zostało internowanych, a ponad 7 000 zginęło w obozach pracy albo na +zesłaniu. +Sigurimi, albańska służba bezpieczeństwa, oplotło podsłuchami tysiące +mieszkań i zwerbowało do współpracy ponad dwieście tysięcy ludzi. Do dziś +Albańczycy wierzą, że co czwarty obywatel donosił władzy, a kiedy pytam, jak to + +możliwe, odpowiadają: „Reżim mógł wszystko, terroryzował nas strachem. Nie +można było przed nim uciec”. +A jednak według sondażu przeprowadzonego w 2016 roku przez OBWE aż +czterdzieści pięć procent Albańczyków widzi w Enverze Hoxhy wybitnego +polityka i dobrego gospodarza, a tylko czterdzieści dwa uważa go za dyktatora +i mordercę. Ponad połowa ankietowanych zgodziła się ze stwierdzeniem, że +komunizm był ideologią słuszną w teorii, tyle że źle realizowaną w praktyce. +* +Pojechałam do Zagorii razem z Oltim, który pochodzi z tych stron, a dziś wykłada +na uniwersytecie w Tiranie. +– Nie, to niemożliwe! – uciął hardo jeden z pasażerów obitego furgonu, gdy +w ramach typowego albańskiego zapoznawania się Olti powiedział, czym się +zajmuje. +– Jak to niemożliwe? +– Gdybyś naprawdę był profesorem w Tiranie, to miałbyś tyle pieniędzy +z łapówek, że nie telepałbyś się tu z nami, tylko jechał furą z napędem na cztery +koła. +Przysłuchujący się ludzie z uznaniem pokiwali głowami. Oczywiście, że tak! +Wydało się! Nas nie wykiwasz! +– Skoro moje dziecko na uniwersytecie w Gjirokastrze nie może zdać ani +jednego egzaminu bez łapówki, to w Tiranie musi być dziesięć razy gorzej – dodał +mężczyzna tonem, który kończył dyskusję. +Strapił się Olti i ja się strapiłam. +Gdy następnego dnia weszliśmy do opuszczonej szkoły w Ndëranie, miałam +wrażenie, że widok zakurzonych woltomierzy, plastikowych modeli i zszarzałych +map go rozczula. Wyposażenie jego uniwersyteckiego laboratorium też +w większości pamięta czasy komunizmu, a cenną kolekcję skał i kamieni +szlachetnych studenci przez lata rozkradli. +– Kiedy wybuchła wolność, wszyscy potraciliśmy rozum – uśmiecha się Olti. – +Ja byłem gówniarzem i na fali rozsadzających mnie emocji pobiegłem pod szkołę, +wziąłem do rąk duży kamień, zamachnąłem się i z całej siły rzuciłem nim w szybę. +Cała Albania krzyczała: „Zaczynamy od zera!”. Wszyscy wychodzili z domów +i w porywie irracjonalnej euforii niszczyli to, co kojarzyło im się z komunizmem: + +szkoły, szpitale, fabryki. +– „Dlaczego zbiłeś szybę?”, zapytała mnie nauczycielka. Nie wiedziałem, co +odpowiedzieć. „Nie chcę komunistycznej szyby”, wybąkałem z pochyloną głową. +A potem uniosłem ją i dorzuciłem olśniony: „Sali Berisha wstawi nam nowe!”. +Lider partii demokratycznej wstawi nam lepsze, demokratyczne szyby! W ogóle +nie wiedzieliśmy, co to znaczy być wolnym, ale wierzyliśmy, że już za chwilę +wszystko będzie jak na Zachodzie. +– Kto mógł, uciekł stąd, żeby się ratować – kiwa głową Petraq, wujek Oltiego, +który został na ojcowiźnie. – Kiedyś były domy kultury i festyny, praca i godność. +Teraz nie ma nic. +Petraq kładzie na obrusie biały ser i butelkę domowej raki ze śliwek. Drobny +koziołek, który przed chwilą pałętał się nam pod nogami, mimo naszych protestów +zaraz pójdzie pod nóż. +„Dom Albańczyka należy do Boga i do gościa” – mówi Kanun, średniowieczny +zbiór praw, którym przez wieki posługiwano się na ziemiach albańskich. +Co miało się stać, już się zdarzyło. +Czas wygładza wspomnieniom krawędzie, pod ciężarem teraźniejszości +odkształca się przeszłość. Mieszkańcom Zagorii pozostała tylko mglista +i zwodnicza pamięć. + +Ballada o wujaszku i przelanej krwi +Kto cudzą krew przelewa, ten zatruwa własną, lecz wygląda na to, że wujaszek +Enver wymknął się staremu prawu, bo choć odbierał życia szybko i taktycznie, a do +tego bez skrupułów i bez konsekwencji, to sam oddał ducha we własnym łóżku, od +miesięcy słaby i bez życia, lecz silniejszy niż kiedykolwiek, bo nie przeżył nikt, kto +mógłby mu przeszkodzić, a następca, namaszczony, korny był i rad objąć władzę. +Żegnał życie Enver na poduszkach, z dłońmi wymytymi i lśniącym sumieniem, +a wszyscy, którzy go kochali, skupili się przy nim, wszyscy, którzy się go bali, jak +trusie czuwali obok, a ci, którzy go nienawidzili, byli daleko, półżywi z głodu +i codziennej męki albo martwi, już na zawsze niemi i w pamięci zblakli, z kulą +w piersi albo z tyłu głowy, z cieniem po wisielczej bruździe dawno wymazanym. +Wiatr zamarł, ściany nadsłuchiwały i czekała ziemia, próbując uchwycić +w ciszy świst oddechu, tak jak w domach ludzie wytężali słuch, by uchwycić +odgłos obcych kroków, chrobot furtki i pukanie do drzwi. Jedni mieli cierpieć tylko +po to, żeby inni drżeli przed zaśnięciem, że fatalny los powtórzy się w ich losie, +w małym kraju bunkrów, blokad i barykad. +Tak, wygodnie umierają dyktatorzy, zwyrodniali i do końca nieugięci, którzy +z biegiem czasu nabierali zajadłości, którzy nie szczędzili kul na kolejną czystkę, +którzy paranoję mylili z intuicją, którzy znali tylko jedną sprawiedliwość: tę na +ziemi i spod znaku partii. I dlatego srogi Enver nie osunął się na ziemię, +rozstrzelany gdzieś pod murem w niepozornym mieście, nikt nie żądał na ulicy +jego głowy, żaden mundurowy nie szykował stryczka, a gdy kraj obiegła wieść +o jego śmierci, twarze skamieniały w trwodze i zza ściany łez trudno było dostrzec +przyszłość. Kiedy serce kraju martwe, wnet zastygnie cały kraj. +Umarł był wujaszek Enver, co tak pięknie tulił swoje dzieci, co każdego +smarkatego brał na ręce, a z dziewczynką ku uciesze zatańcował, co to klaskał, +śpiewał i posyłał uśmiech, tak że światło wielkie biło z jego oczu, co ludowi +machał dobrotliwą ręką, która w imię partii zaciskała się w bezwzględną pięść. +Umarł był wujaszek Enver, co do serca tulił dzieci dobre, a niedobre gromił +i posyłał hen, nasz bohater, paranoik i morderca, czuły wódz, co nawoływał do +pisania listów, do chwalenia, do żalenia się i skarg, gdyby komu krzywda gdzieś się + +działa. Na pytania wszystkie odpowiadał i jedynie podchwytliwe zmilczał, typu: +„Ile razy ręce myć, żeby zmazać krew?”. +Umarł był wujaszek Enver, wielki wódz i wspaniały stanu mąż, ale dzieło jego +będzie nieśmiertelne, w naszych głowach myśli jego pozostaną, niechaj chwała +będzie wiecznotrwałym czynom, niechaj chwała będzie księgom wiekuistym! +Umarł był wujaszek Enver, a tu światło białe niesie się od grobu i mawiają +ludzie, że widzieli, jak w ciemnościach snuł się upiór blady, ani wampir, ani mara, +ale kukudh, demon głodny i spragniony, który starcom szepcze o urodzie dawnych +dni, młodym o spokoju i dzielności prawi. Czterdzieści dni minęło, czterdzieści lat +minie, a on będzie krążył dalej, przypominał o przelanej krwi, mamił, że tam, gdzie +był terror, był też spokój, tam, gdzie była pięść, był i plan. + +Proces +„Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, +został pewnego ranka po prostu aresztowany”. +Szesnastoletni Bashkim Shehu przerywa czytanie; czuje coś, czego nie potrafi +nazwać. Jest rok 1972. Za dziesięć lat zdanie, które przeczytał, stanie się jego +losem. +W komunistycznej Albanii Proces Kafki znajdował się na liście lektur +zakazanych, ale Bashkim dostał książkę od starszego brata Vladimira, który na +półkach trzyma wypociny takich zachodnich szkodników jak Sartre, Joyce czy +Camus. Obaj są dziećmi Mehmeta Shehu, drugiego po Enverze Hoxhy +najważniejszego człowieka w kraju, i mieszkają w Blloku, tirańskiej dzielnicy +oficjeli, zamkniętej przed obywatelami i chronionej przez policjantów, którzy +otaczają ją jak paciorki nawleczone na sznurek. Blloku nie potrzebuje murów: i tak +nikt z zewnątrz nie odważy się zbliżyć bez pozwolenia. +To wioska dobrobytu w państwie nędzy, enklawa luksusu, jakiego nie zna reszta +kraju. Najważniejsi mieszkańcy Blloku mają sprzątaczki i szoferów, pralki +i zmywarki, ubrania importowane z zagranicy i potrawy, o których większość +Albańczyków nigdy nie słyszała. Blloku zna coca-colę i ananasy, dżinsy i jazz. Po +godzinach pracy oficjele meldują się w Domu Partii, gdzie dyskutują, grają +w bilard i oglądają zakazane filmy w specjalnej sali kinowej. Nie są to jednak +całkowicie beztroskie rozrywki: jeśli ktoś nie pojawia się w klubie przez dłuższy +czas, zaczyna się szeptać, że ma coś na sumieniu, zatem jego koniec jest bliski. +I plotki zamieniają się w fakty. +Ale sercem Blloku jest willa Hoxhy, imponująca jak na albańskie standardy +i nadzwyczaj skromna jak na standardy dyktatorów. Po przeciwnej stronie ulicy +mieści się zaś dom numer dwa, rezydencja Mehmeta Shehu, wieloletniego premiera +Albanii, a od 1974 roku także ministra obrony. Przez czterdzieści lat albański Bóg +miał bowiem dwie głowy: Envera Hoxhy, dobrego ojca, który całował dzieci +i obiecywał piękną przyszłość, i Mehmeta Shehu, który mieczem dyktatury +proletariatu ścinał głowy zdrajców i wrogów. Dopiero w 1981 roku niezłomny +towarzysz Shehu, od lat namaszczony na następcę wodza, został zdekonspirowany + +jako jugosłowiański szpieg, agent brytyjski, francuski, sowiecki, a nawet +faszystowski, i pod czujnym okiem funkcjonariuszy Sigurimi popełnił +samobójstwo. Na Olimpie został wówczas tylko jeden, wszechmocny Bóg. +Nic śmiesznego; kiedy myślę o Hoxhy, próbując stworzyć sobie jego obraz +z dziesiątków opowieści, mam wrażenie, że to człowiek, w którym nie było nic +śmiesznego. Nie wydawał się niezdarny i zgrzebny jak Ceaușescu, nie pozował na +jowialno-wylewnego jak Tito, nie miał w sobie niefrasobliwej bezpośredniości +Gierka. Wolał uchodzić za powściągliwego intelektualistę, który wśród regałów +pełnych książek rozważa najkorzystniejsze scenariusze dla Albanii. Oto wódz przy +skromnym biurku czyta listy od drogiego ludu, jednoosobowy sąd ostateczny, +uosobienie słuszności i prawa. +„Erudyta”, powtarzali Albańczycy, „poliglota”, mówili z dumą, w końcu +studiował botanikę we Francji, choć z jego oficjalnej biografii usunięto informację +o skreśleniu go z listy studentów. I o sekretarzowaniu w albańskim konsulacie +w Brukseli, co było dość zaskakującym zajęciem jak na kogoś, kto przez całe +studia obracał się w środowisku francuskich komunistów. Kiedy z konsularnego +kufra znikają rzeczy, młody Enver traci pracę i wraca do Albanii króla Zoga, coraz +bardziej uzależnionej od Włoch. Ledwie osiem lat później niedoszły magister +botaniki stanie się przywódcą partii komunistycznej, bohaterem wojennym +i pogromcą elit. Ci, którzy umieścili go na liście zagranicznych stypendystów, +trafią na listę zdrajców narodu; przeżyją, jeśli zdążą uciec. +Stalowemu spokojowi władzy towarzyszył zwodniczo serdeczny uśmiech. +W oczach większości Albańczyków Hoxha był dobry jak ojciec i nieomylny jak +Bóg, na tle niewykształconych partyjniaków rósł i błyszczał, kompletny +i niewyszczerbiony, ale pod warstwą miękkiego mchu krył się kamień. Jeśli tylko +Towarzysz Komendant uznał, że ktoś zanadto się wzmacnia, że czyjeś ambicje +rosną, a lojalność spada, wróg po kurtuazyjnym procesie zostawał rozstrzelany albo +zesłany na rubieże kraju, na zmarnowanie, złachmanienie, zniknięcie. +W książce Jesień strachu Bashkim Shehu wspomina: „Kiedy stawałeś się +elementem systemu, przyjaźń musiałeś zostawić za drzwiami. Człowiek na +szczycie, Enver Hoxha, nie miał żadnych złudzeń: nie było mowy ani o przyjaźni, +ani o koleżeństwie. Trzymał swoich ludzi na krótkiej smyczy, a oni usiłowali +dawać mu dowody lojalności i oddania, mając nadzieję, że wspomni o nich +w swoich książkach”. + +Z jednej strony dziesiątki dzieł dyktatora, który przepisuje pamięć i historię Albanii +według komunistycznych oczekiwań, z drugiej – książki zakazane, do których poza +garstką wybrańców nikt nie ma dostępu. +– System uważał, że literatura powinna być przezroczysta, mieć jasny przekaz +zgodny z linią partii. +Siedzi przede mną Bashkim Shehu, autor kilkunastu książek, w których na nowo +opisuje historię swojego życia i albańskiego komunizmu. Pisarz bardziej niż +ktokolwiek inny jest zakładnikiem swojej przeszłości: chcąc znaleźć materiał +literacki, musi nieustannie nurkować w odmęty minionego i wygrzebywać z siebie +perły, śmieci, kamienie. +Historia rodzinna Bashkima Shehu należy poniekąd do całej Albanii. W domu, +przy stole – ojciec, numer dwa. Po drugiej stronie ulicy – on, numer jeden. +Dzieciństwo w enklawie, która w oczach Albańczyków wyrosła na Krainę +Posępnych Czarów, królestwo złota, konszachtów i przywilejów. Bashkim miał +dostęp do zakazanego – luksusu, podróży, wolności. +Teoretycznie nic nie zapowiadało katastrofy. W praktyce atmosfera Blloku była +jeszcze bardziej zagęszczona niż gdziekolwiek w kraju. Wszyscy byli ze sobą +powiązani – małżeństwami, więzami krwi, interesami, wypitymi kieliszkami raki. +Wszyscy mieli siebie na oku. Wszyscy gotowi byli donieść. Jedyną znaną +lojalnością była lojalność wobec Envera Hoxhy. Jeżeli ktoś leciał w dół, pozostali +z uwagą się temu przyglądali. Potem mówili: słusznie się roztrzaskał. +Literatura miała służyć partii, tymczasem pierwsze opowiadania Bashkima były +parabolami wzorowanymi na utworach Kafki. W jednym z nich średniowieczni +wojownicy pojawiają się w Albanii, by aresztować narratora i jego bliskich, a cały +kraj cofa się w przeszłość. +– Żyliśmy jak w Procesie – mówi Shehu. – Wyciągano cię z domu na +przesłuchanie i pytano: „Co masz do powiedzenia?”. Nie zrobiłeś nic złego, ale +władza miała na twój temat swoje zdanie i ze szczególnym przekonaniem +wymierzała karę podejrzanym i niewinnym. Wystarczyło, że podczas spotkania +komitetu powiedziałeś coś, co wzbudziło czyjeś zaniepokojenie. Ty może jeszcze +nie byłeś tego świadomy, ale oni już wiedzieli, że masz wątpliwości. +Hoxha jest po stalinowsku bezwzględny i paranoiczny. +Czystki rozpoczyna jeszcze w trakcie wojny: żeby umocnić swoją pozycję, +wybija nawet zagorzałych komunistów walczących o niepodległość kraju, + +wszystkich co bardziej charyzmatycznych i lepiej wykształconych, jeśli tylko na +ich lojalność padł jakikolwiek cień. +Generała Dalego Ndreu w 1944 roku instruuje: kolaborantów zabijać na +miejscu, wpływowe jednostki aresztować i rozstrzeliwać, dawać przykład innym. +Generał przyjmuje rozkaz; dwanaście lat później sam stanie przed plutonem +egzekucyjnym wraz z żoną Liri Gegą – oboje będą oskarżeni o szpiegostwo. +Hoxha bierze też na celownik członków Balli Kombëtar, ruchu narodowego +będącego największą konkurencją dla komunistów, przedstawicieli Legaliteti, czyli +zwolenników króla, i wszystkich, którzy studiowali za granicą albo mieli związki +z Zachodem. Niektórzy są wyciągani z domów i rozstrzeliwani, innych skazuje się +w pokazowych procesach, jeszcze innych internuje. Wśród siedemnastu zabitych +zdrajców jest także szwagier Hoxhy Bahri Omari, minister faszystowskiego rządu, +który współpracował z ballistami, a jednak w czasie wojny udzielał schronienia +Enverowi i jego narzeczonej Nexhmije. +Czystki będą powracać jak powódź, zatapiająca członków partii regularnie, co +kilka lat. +W 1948 roku, kiedy Albania zerwała związki z Jugosławią, aresztowania +i egzekucje dotknęły wszystkich „Jugosłowian” w partii. Pierwszy przed plutonem +egzekucyjnym stanął Koçi Xoxe, minister spraw wewnętrznych, szykowany przez +Titę na następcę Hoxhy. Jugosławia, która przymierzała się do aneksji Albanii, +przez ponad dekadę pozostanie w oczach Hoxhy jej największym wrogiem. +Ale po śmierci Stalina nawet Związek Radziecki zaczął zdradzać +rewizjonistyczne ciągoty. Na początku lat sześćdziesiątych, po tym, jak +Chruszczow dogadał się z Jugosławią i Grecją, a później zalecił Albanii postawić +na pomarańcze i cytryny zamiast na chrom i stal, Hoxha zwyzywał go od +imperialistów i zerwał wieczną przyjaźń. Po Tiranie stopniowo rozlała się fala +represji wobec stołecznej elity wykształconej u zdrajców – w ZSRR, Polsce, +Czechosłowacji i na Węgrzech. Skończyły się beztroskie wieczory intelektualistów, +którzy umawiali się na tańce przy radzieckich piosenkach, a zaczęły samotne noce +na zesłaniu albo krótkie rozmowy na spacerniakach. +Pod koniec lat sześćdziesiątych Hoxha odetchnął, uścisk pięści zelżał. Radio Tirana +zaczęło grać Beatlesów i Rolling Stonesów, a władza mówić o liberalizacji +i uwzględnieniu potrzeb młodzieży, bo to ona jest przyszłością kraju. Bashkim +Shehu spotykał się z kolegami, którzy nosili dłuższe włosy i dżinsy, i cichaczem + + +słuchał z nimi nielegalnych płyt albo w środku nocy siedział przy włączonym +radioodbiorniku i wystukiwał rytm – Radio Rai, Radio Monte Carlo, BBC, Wolna +Europa, rock’n’roll, jazz, rumuńskie szlagiery… Gdy rozwścieczony ojciec +zniszczył włoskie płyty Vladimira, ten przerzucił się na muzykę amerykańską – +Elvisa Presleya, Raya Charlesa, Carlosa Santanę, i nauczył się lepiej ukrywać +nabytki przeszmuglowane z zagranicznych podróży. +– Zawsze myślałem, że mój ojciec jest konserwatywny i zasadniczy z racji +swojego pochodzenia, a Enver jest tym oświeconym, wykształconym, +świadomym – wspomina Shehu. Na jego twarzy nie ma emocji, słowa powoli +układają się w zdania. – Jeśli wiedział, których książek zakazać, to dlatego, że +wszystkie je przeczytał i rozumiał, czemu mogą okazać się niebezpieczne. +Myślałem, że Albania jest na właściwej ścieżce, że się otwiera. Ale w 1971 roku, +podczas sześćdziesiątych urodzin mojego ojca, Hoxha wygłosił przemowę. +Najpierw wyliczył jego zasługi, a potem niespodziewanie zmienił temat i odniósł +się do sytuacji w kraju, do tego, że Albania staje się zbyt liberalna. Całą noc nie +spałem, zastanawiając się, co mogą oznaczać te słowa. Nagle zdałem sobie sprawę, +że będzie coraz gorzej, że nie jesteśmy bezpieczni, że pewnego dnia mogą przyjść +także po nas. Cenzura i brak wolności biorą się z istoty reżimu. To nie jest skutek +uboczny tej polityki, to jej cel sam w sobie. +Mimo sygnałów, o których wiedziało tylko otoczenie dyktatora, w 1972 roku na +fali liberalizacji odbył się pierwszy i ostatni taki festiwal w kraju – XI Przegląd +Piosenki, który przeszedł do historii jako najbardziej radosne komunistyczne + +piersią, jakby byli w jakiejś Ameryce! Jakby mieli powody do radości! Jakby nie +było czego się bać! +Tego nie zniósłby nawet najbardziej tolerancyjny dyktator. Jeśli ludzie przez +chwilę poczuli się wolni, zaraz zapragną więcej. Zaraz zaćmi im się w głowach, jak +tym na Zachodzie, będą chcieli ubrań, rozrywek, jedzenia, a co im może dać mała, +chuda Albania, ze wszystkich stron otoczona wrogami, z wiecznie niewydolnym +rolnictwem, z marzeniami o industrialnej potędze, Albania, która tym bardziej +pogardza Zachodem, im bardziej się go boi? Gospodarka podupada, plany +pięcioletnie wypełnia się ledwie w połowie, a bratnia przyjaźń chińska nie +obejmuje pomocy militarnej. Zresztą nie dalej niż rok wcześniej Mao, jedyny +sojusznik Albanii, potrząsnął imperialistyczną dłonią Richarda Nixona; o tym +zdradzieckim uścisku albańska propaganda nie zająknęła się słowem. Z tego +wszystkiego dyktator słabuje, od miesięcy ma problemy z sercem… +Pięść wali w stół. W Albanii nikt nie będzie śpiewał. W Albanii każdy będzie +się bał, może jedzenia jest mało, ale wrogów mamy pod dostatkiem. Karabiny +w dłoń! Wszyscy gotowi i czujni stoją na straży ojczyzny! +Pół roku później zwołano plenum, które wzięło na celownik jaskółki zmian. Nie +ma dyktatorskiej zgody na kosmopolityzm. Nie ma zgody na rycie pod +fundamentami socjalizmu. Wszyscy wrogowie będą zgnieceni. Na kamieniu nie +zostanie kamień. +Plenum kiwa głowami i jednogłośnie uznaje festiwal za imprezę zorganizowaną +przez wrogów ludu i symbol pogardy dla socjalistycznych ideałów. +Rozpoczyna się wielkie polowanie na czarownice. Do więzienia trafiają Fadil +Paçrami, sekretarz ideologiczny partii, któremu pomyliły się ideologie, Todi +Lubonja, dyrektor radia i telewizji, piosenkarz Sherif Merdani, a potem wszyscy, +którzy mogą stanowić jakiekolwiek zagrożenie, rzeczywiste i wyimaginowane. +Przez dwa lata szaleje wielka inkwizycja, bo partia już wie, już nazwała +problem: „Pod maską walki z konserwatyzmem próbuje się otworzyć drogę +liberalizmowi, żeby nasza literatura i sztuka zeszły z drogi socjalizmu”. Dyktator +decyduje: aresztowania, internowania i wyroki. Na wiele lat trafiają do więzienia +malarze Edison Gjergo i Ali Oseku, syn Todiego – intelektualista Fatos Lubonja, +pisarz Zyhdi Morava, poeci Frederik Rreshpja i Visar Zhiti, reżyser teatralny +Kujtim Spahivogli i setki innych. Najbardziej wpływowi dziennikarze, redaktorzy +i poeci tracą pracę, część zostaje internowana. Tornado Enver przechodzi przez + +całe środowisko kulturalne i pozostawia na placu boju tylko niedobitki, których +wódz nie zauważył. +– Każdym kolejnym aresztowaniom towarzyszył lęk – mówi Bashkim Shehu. – +Pożądaną reakcją była nienawiść do wrogów ludu, ale pod nią krył się strach +o własny los, a jeszcze głębiej poczucie winy. +Im bardziej dyktator boi się wroga, tym bardziej Albania izoluje się i słabnie. +Chiny patrzą na nią podejrzliwie, bo od lat ładują pieniądze w wielką przyjaźń, +a tymczasem ich sojusznik kurczy się i podupada. „Albania nie rokuje” – uznaje +następca Mao i kieruje bratnią pomoc do krajów Trzeciego Świata. Uśmiecha się +też do Tity i Ceaușescu, którzy z kolei uśmiechają się do Stanów Zjednoczonych. +Z żelaznym wodzem Albanii nikomu nie jest po drodze. +Bez chińskich maszyn, traktorów i pożyczek „wielka industrialna machina” +Albanii dostaje zadyszki. System spowalnia, krztusi się i coraz częściej zacina. +Albania jest sama i nikt nie zamierza jej pomóc. +„Żadnej pomocy nie potrzebujemy!” – oznajmia więc Hoxha. „A może +jednak?” – sieje zwątpienie Mehmet Shehu. Bez kredytów, importu i wsparcia +z zewnątrz Albania zamieni się w średniowieczny folwark, o ile już się nim nie +stała. Hoxha uznaje, że przy takich różnicach światopoglądowych Shehu nie nadaje +się na godnego następcę. Nexhmije, żona Envera, już od dawna uważa, że +o czternaście lat młodszy od Shehu Ramiz Alia lepiej od niego wierzy +w komunizm, a poza tym jest swój – jego bratanica poślubiła syna Hoxhów Ilira. +Teraz trzeba tylko czekać na iskrę, która roznieci pożar. Kiedy Skënder Shehu, +drugi syn Mehmeta, ogłasza zaręczyny z siatkarką Silvą Turdiu, nic jeszcze nie +zapowiada burzy. Ojciec Silvy jest profesorem, pojawiał się w Blloku na różnych +towarzyskich spotkaniach, znaczy się – oficjalnie jak gdyby nasz, władza przymyka +oko, że łączą go więzy pokrewieństwa z Arshim Pipą, albańskim dysydentem, +który raportuje o zbrodniach Envera amerykańskim gazetom. +Ale teraz oko władzy się otwiera, żyły na skroni nabrzmiewają. Dlaczego +Mehmet Shehu dopuścił do zaręczyn syna ze złą dziewczyną? Czy to akt buntu +przeciwko przyjacielowi, z którym razem służyli Albanii przez tyle lat? +Mehmet próbuje gasić pożar i Skënder zrywa zaręczyny, ale jest już za późno. +Numer dwa ma zostać wymazany. + +Na temat samobójstwa Mehmeta Shehu od lat krążą plotki. Przeważa opinia, że za +spust pistoletu pociągnęło Sigurimi. Ale Bashkim Shehu uważa, że ojciec sam +odebrał sobie życie, bo wierzył w komunizm aż do końca. +– Miałem w rękach list pożegnalny napisany jego charakterem pisma, w jego +stylu, tłumaczący tragizm sytuacji. +Czy Mehmet Shehu popełnił samobójstwo, żeby udowodnić dyktatorowi, że jest +niewinny? Być może, ale Enver Hoxha ma swoją prawdę: Shehu był zdrajcą, jego +rodzina to wrogowie ludu, a wszyscy ludzie z nim związani powinni zostać +zniszczeni. +Żona Mehmeta, Fiqirete Shehu, wieloletnia przyjaciółka domu Hoxhów, trafia +do aresztu i pod wpływem wielodniowych tortur zeznaje o istnieniu szajki knującej +przeciwko dyktatorowi. Umiera na zesłaniu siedem lat później. +Najstarszy syn Shehu, Vladimir, zostaje internowany i po pół roku popełnia +samobójstwo. +Średni syn, Skënder, ten, który zakochał się w złej dziewczynie, dostaje dziesięć +lat więzienia. +Najmłodszy syn, Bashkim, zostaje internowany, a dwa lata później także +skazany na osiem lat. +Słynący z okrucieństwa wieloletni szef Sigurimi i minister spraw +wewnętrznych, a co najgorsze – siostrzeniec zdrajcy, Feçor Shehu staje w 1983 +roku przed plutonem egzekucyjnym. Jego ramienia dotyka ramię Kadriego Hazbiu, +wieloletniego ministra spraw wewnętrznych i ministra obrony, a co najgorsze – +szwagra zdrajcy. Obaj giną za próbę obalenia komunizmu. +Na placu boju nie ostaje się nikt, kto mógłby zagrozić Enverowi i jego nowemu +następcy. +„Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, +został pewnego ranka po prostu aresztowany”. +– Kiedy atmosfera wokół ojca zaczęła się zagęszczać, Vladimir powiedział mi, +że nie będzie przeciwko niemu zeznawał, że nie powie tego, co mu każą. +Powtarzał: „Wiem, co zrobię”. Ale wiele lat później dowiedziałem się, że po +godzinach przesłuchań, pod wpływem tortur podpisał zeznania, które podsunęło +mu Sigurimi. Może nie mógł potem żyć z tą świadomością? Dostałem od niego +wiadomość z Gramsh: żebym się nie obawiał, bo nie powiedział niczego przeciwko +mnie. Potem przyszło zawiadomienie, że Ladi popełnił samobójstwo. + +Czas w więzieniu i na zesłaniu przetrwałem dzięki przyjaciołom i więziennej +solidarności. I dzięki temu, że nieprzerwanie czytałem. Te parę groszy, które +dostawaliśmy za pracę przymusową, w całości wydawałem na książki, między +celami krążyły też rękopisy i więzienne tłumaczenia, na przykład Wspomnienia +z domu umarłych, Sofokles po francusku, którego przepisałem do zeszytu, Krytyka +czystego rozumu Kanta, Król Lear i Makbet Szekspira. +Często myślę o Ladim. Przez wiele lat nie wierzyłem, że nie żyje. Wiedziałem, +że umarł, ale coś we mnie nie mogło tego zaakceptować. Kiedy wypuszczono mnie +z więzienia, znalazłem się sam, w dalekiej wiosce, na zesłaniu, a wokół mnie nie +było nikogo. I wtedy zrozumiałem, że jego naprawdę nie ma. +Wszystko się już kiedyś zdarzyło. Wszystko zostało już zapisane. Każdą historię, +jaka nam się przydarza, można znaleźć w greckich mitach, u Szekspira, +u Dostojewskiego; literatura różni się od życia tylko kilkoma błahymi szczegółami. +Bashkim Shehu mówi, że parabole Kafki najlepiej objaśniają realia życia +w Albanii. Są w nich trzy warstwy, które odnoszą się do kwestii wolności +jednostki: stosunek do ojca, do państwa i do Boga. +– Myślę, że czasem ojciec, państwo i Bóg mogą być tym samym. I że u Kafki +równie ważna jak zniewolenie jest samotność głównego bohatera, rozpaczliwe +próby znalezienia kogoś, kto mógłby odwrócić jego los, kto mógłby mu pomóc, kto +dostrzegłby absurd systemu i wzniecił bunt. Ale czasem taki scenariusz po prostu +nie jest możliwy. Jedyne, co zostaje, to przebłysk ludzkiej życzliwości, kilka +wersów zakazanej książki, krótka chwila zrozumienia. +„Jego wzrok padł na najwyższe piętro graniczącego z kamieniołomem domu. Jak +błyska światło, tak rozwarły się tam skrzydła jakiegoś okna: jakiś człowiek, słaby +i nikły w tym oddaleniu i na tej wysokości, wychylił się jednym rzutem daleko +przez okno i wyciągnął jeszcze dalej ramiona. Kto to był? Przyjaciel? Dobry +człowiek? Ktoś, kto współczuł? Ktoś, kto chciał pomóc? Byłże to ktoś jeden? Czy +byli to wszyscy? Byłaż jeszcze możliwa pomoc? Istniały jeszcze wybiegi, +o których się zapomniało? Na pewno istniały. Logika wprawdzie jest +niewzruszona, ale człowiekowi, który chce żyć, nie może się ona oprzeć. Gdzie był +sędzia, którego nigdy nie widział? Gdzie był wysoki sąd, do którego nigdy nie +doszedł? Podniósł ręce i rozwarł wszystkie palce. + +Ale na gardle jego spoczęły ręce jednego z panów, gdy drugi tymczasem +wepchnął mu nóż w serce i dwa razy w nim obrócił. Gasnącymi oczyma widział +jeszcze K., jak panowie, blisko przed jego twarzą, policzek przy policzku, śledzili +ostateczne rozstrzygnięcie. »Jak pies!« – powiedział do siebie: było tak, jak gdyby +wstyd miał go przeżyć”. + + +Najszczęśliwsi ludzie na świecie +Ściana budynku obwieszcza: +„Władza ludu narodziła się u wylotu karabinu” +Szli długim sznurem żołnierze rozłożyści i groźni, szli, waląc ciężkimi buciorami +o kamienny bruk Gjirokastry, a ruchy mieli sztywne i twarze stężałe. Wydawali się +olbrzymi, kiedy pięli się pod górę, bez śladu zmęczenia, dźwigając karabiny +większe niż sylwetki wpatrzonych w nich dzieci. +Tamtego dnia czteroletni Stefan Arseni kręcił się po starym bazarze, koło sklepu +ojca. Kiedy pierwszy raz zobaczył Niemców, poczuł strach tak wielki, że +zapamiętał go do końca życia. Tych mężczyzn, pomyślał, nikt nie pokona. +Stefan uśmiecha się, a jego palce dziarsko wybijają rytm zdania. Dobiega +osiemdziesiątki, ale gdy się patrzy na jego szczupłą, strzelistą sylwetkę, sprężysty +chód i lśniące oczy, można zapomnieć, ile ma lat. Łagodny uśmiech okazuje się +jednak zwodniczy; Stefan stanowczo i nieoczekiwanie przerywa każde z naszych +trzech spotkań, zwinnie omija pytania, które mu się nie podobają, i konsekwentnie +wraca do tych samych historii. To on wyznacza granice każdej opowieści, a ja nie +jestem w stanie ich przekroczyć. Przede mną siedzi człowiek, który całe życie +doskonalił się w sztuce unikania kłopotów. +– Ojciec był człowiekiem pragmatycznym – mruga do mnie Stefan – i gdy +spotkał na ulicy niemieckiego oficera, zaprosił go do domu. Niemiec łypał na nas +i lustrował wzrokiem wszystkie kąty, wydawał się piękny i srogi. Ojciec wyciągnął +koniak, nalał do dwóch kryształowych kieliszków, spojrzał tamtemu w oczy. +„Nie – powiedział Niemiec. – Najpierw ty”. I ojciec bez mrugnięcia wychylił do +dna. Stałem w kącie pokoju, ukryty w cieniu, i nie spuszczałem z nich wzroku. +Półtora roku później przez Gjirokastrę szli zwycięscy partyzanci albańscy, a ludzie +wiwatowali. Strach przyszedł dopiero, kiedy po bruku zaczęła płynąć krew + +Do domu Stefana zapukali jeszcze wtedy, gdy Albania była wielkim polem +bitwy. Ojciec częstował ich raki, ale nie chcieli pić. Położyli papier na stół, obok +papieru – karabin. +W czasach spokojnej biedy ojciec wraz z bratem skupowali w okolicach +Gjirokastry i Tepeleny skóry kun i lisów, a potem sprzedawali je w Joaninie +frymuśnym greckim modystkom, które robiły sobie z nich kołnierze do płaszczy, +ostatni krzyk przedwojennej mody. Po rozpoczęciu wojny interes podupadł, później +do Gjirokastry zaczęli schodzić partyzanci z okolicznych wzgórz. +Pokazali ojcu dokument – że rekwirują z magazynu wszystkie skóry. Trzysta +sztuk, cała przyszłość. Po wojnie, zapewniali, zwrócą mu pieniądze. Ojciec +podpisał, patrząc na karabin, ale wkrótce okazało się, że dokument jest wart tyle, +ile kartka papieru, na którym go spisano. Komuniści nie patyczkowali się +z bogatymi rzemieślnikami i handlarzami – ich oskubywali co do grosza, +a biednym dawali to, co Albania miała najcenniejszego: ziemię. Kto ośmielał się +protestować, przy odrobinie szczęścia trafiał do więzienia, komu szczęścia +zabrakło, stawał przed plutonem egzekucyjnym. +Z tego wszystkiego ojciec zaniemógł. Stefan odziedziczył po nim pusty sklep +i złą biografię: syn skórkarza, na dodatek z greckiej mniejszości. Czarci pomiot. +W najlepszym wypadku – element podejrzany, w najgorszym – wróg ludu. +Tablica propagandowa na zieleńcu: +„Albania wszystko zbudowała sama, w pocie czoła, wysiłkiem oraz +wiedzą swoich córek i synów” +Wspierany przez Komunistyczną Partię Jugosławii Enver Hoxha przejął kontrolę +nad spustoszonym krajem, przez który w ciągu sześciu lat przeszły trzy zawodowe +armie i dwie partyzantki, a wojna obróciła wniwecz jedną trzecią domów i niemal +całą infrastrukturę. Nowa Albania rodziła się z ruin i błota. +Zatem wznoszono i naprawiano, w czynie społecznym, w trudzie i znoju. +Brygady i bataliony złożone z robotników, żołnierzy, rolników i studentów +usuwały gruzy, stawiały domy, utwardzały drogi. Każdy obywatel, czy chciał, czy +nie, brał udział w kolektywnych zrywach; naród budował przyszłość +socjalistycznego kraju. A że kraj lada moment miał zamienić się w raj, ludność +należało przeszkolić do jego obrony – więc co roku część Albańczyków meldowała + +się na zborze, obozie wojskowym trwającym od tygodnia do czterech, i uczyła się, +jak bronić ojczyzny przed zakusami wroga. +Mała Albania miała stać się przemysłowym gigantem: elektrownia wodna +imienia Lenina, rafineria cukru w Maliq, cementownia we Wlorze, kombinat +tekstylny w Tiranie. Naród bez wytchnienia wspierał partię i pod jej +przewodnictwem zdwajał wysiłki, by socjalistyczna ojczyzna kwitła nieprzerwanie. +Ale im lepiej miał się przemysł, tym gorzej było z rolnictwem. Brakowało +wszystkiego: ziarna, traktorów, owiec, chleba, mleka, mięsa. Rolnictwo było +prymitywne i niewydolne, ale władza powtarzała głodnym Albańczykom, że tak +hartuje się stal. +W dalekich górskich wioskach, gdzie chałupy kryto strzechą, a ludzie spali na +siennikach, na początku lat pięćdziesiątych pojawili się elegancko ubrani panowie +z notatnikami. +– Macie talerze? – pytali. +Ludziska kręcili głowami. +– A sztućce? +– Towarzyszu, co też towarzysz? +– Poduszki, pościel? +Więc posłańcy władzy notowali: „Dla tej rodziny tyle a tyle talerzy, tyle +sztućców, pierzyna”. +– Jedzcie warzywa i owoce! – zachęcali eleganccy panowie, a ludzie wzruszali +ramionami. +– Skąd niby mamy je wziąć? +Zatem partia wysyłała na północ mieszkańców z południa, by uczyli, jak +uprawiać ziemniaki, pomidory i ogórki na polach, na których do tej pory rosła tylko +kukurydza. +Eleganccy panowie kazali postawić we wsi tablice z hasłami: „Myjcie ręce! +Używajcie sztućców!”. +Starszyzna posłała po nauczyciela, żeby przeczytał, co tam jest napisane, +i wytłumaczył, co, u licha, się dzieje z tym krajem. +Nauczyciel przyszedł i oznajmił: +– Dzieje się postęp. +I powiedział, że wieś czeka także elektryfikacja. +Starszyzna zapewniła, że nie boi się niczego. + +Drogowskaz na środku ulicy: +„Nasz lud sam wybrał kierunek rozwoju i nie będzie się z tego nikomu +tłumaczył” +– Na każdym kroku pilnowałem swojego cienia – wspomina Stefan. – Ilekroć +państwo zauważało coś podejrzanego, zarządzało aresztowania, po czym tafla +jeziora znowu stawała się gładka. Z plamą w życiorysie nie miałem szans na +stypendium, chociaż uczyłem się dniami i nocami. Z powodu ojca nie pozwolili mi +iść na studia, ale po skończeniu liceum skierowali mnie do pracy w wiosce na +południu. Miałem uczyć w szkole. Byłem taki młody, że gdy powiedzieli, że +przeniosą mnie do Konispola, pod granicę z Grecją, to się rozpłakałem. Miałem +ledwie osiemnaście lat, nie chciałem opuszczać domu. W końcu posłali mnie do +wsi koło Sarandy i tam razem z kilkoma nauczycielami, takimi samymi +chłopaczkami jak ja, uczyłem dzieci języka i matematyki, a sam wprawiałem się +w gotowaniu i sprzątaniu. Nie mieliśmy pojęcia o życiu, wiedzieliśmy tylko, że +musimy uważać na siebie i innych. Gdybyśmy popełnili jakikolwiek błąd, +mielibyśmy wielkie kłopoty. +Tak jak inni nauczyciele Stefan też zaganiał uczniów na wzgórza, by w pocie czoła +układali slogany z kamieni: +„Marks Engels Lenin Stalin”. +„Chwała partii”. +„Niech żyje Enver Hoxha”. +„Chwała marksizmowi i leninizmowi”. +Jak największe kamienie, pięknie pobielone wapnem, doglądane, pilnowane, +żeby wszyscy widzieli, żeby nikt nie odważył się zapomnieć. Stefan starał się, +organizował i nie wątpił, aż w końcu partia doceniła jego zaangażowanie +i pozwoliła mu iść na studia. +Wykazując niezmiennie słuszną postawę, po studiach Stefan został dyrektorem +biblioteki w Gjirokastrze. Jeśli kogoś aresztowano, on wraz z zespołem musiał +zakasać rękawy i usunąć wszelkie wzmianki dotyczące nowo mianowanego wroga. +Imię zdrajcy wymazywano z książek i gazet, twarz wydrapywano, wróg był +pozbawiany przeszłości i zamieniał się w zjawę bez kształtu albo znikał całkowicie, +jakby nigdy nie istniał. + +Taka była wola partii, nikt nie ośmielał się jej sprzeciwić. Stefan był tym +bardziej skrupulatny, że znał pewnego dziennikarza z Tirany, którego wzięło na +pisanie wierszy. W jednym porównał kraj do kaktusa i wkrótce musiał pożegnać się +z Tiraną, a przywitać z Gjirokastrą. To dało Stefanowi do myślenia. +Podobnie jak historia jego kuzyna, którego zatrudnił, żeby pomóc nieborakowi +ze złą biografią – jego ojciec w czasach króla Zoga był właścicielem fabryki. +Wszyscy wokół cierpliwe czekali, aż kuzyn wypowie zdanie, które pomoże go +zniszczyć. +Pewnego razu koledzy z pracy rozmawiali o alkoholach i kuzyn rzucił: +– Słyszałem, że koniak Metaxa jest niezły. +Ale to było ciut mało. +Zatem koledzy donieśli: +– Powiedział, że koniak Metaxa jest znacznie lepszy niż albańskie koniaki, +a następnie zawołał: „Jeśli my dojdziemy do władzy, powiesimy wszystkich +komunistów!”. +Nawet prokurator wiedział, że koledzy dosztukowali komunistów na potrzeby +donosu, ale skoro było zlecenie, nie zaszkodziło kuzyna posadzić. +– Biedak spędził w więzieniu siedem lat – kiwa głową Stefan. – Od tamtej pory +odwiedzałem jego rodzinę tylko w nocy. Gdyby ktoś zobaczył, że wchodzę do ich +domu, miałbym kłopoty. +Napisy na balkonach budynku: +„Albania – niepokonana twierdza socjalizmu” +Komunizm nic innego nie robił, tylko się budował: rękami socjalistycznego +człowieka i rękami więźniów politycznych. Pod koniec lat pięćdziesiątych Albania +kwitła głównie dzięki pieniądzom pożyczonym od Związku Radzieckiego – nowe +fabryki włókiennicze, nowe fabryki konserw, nowe hydroelektrownie, nowa +albańska potęga. Wrogowie ludu zmazywali winy, osuszając bagna, władza +odnotowywała wielkie postępy w walce z komarem malarycznym. To, co dawniej +kojarzyło się z chorobą i niebezpieczeństwem, zamieniło się w pola uprawne, +których górzystej Albanii zawsze brakowało. Wielkie sukcesy małego, dzielnego +narodu. +Ci, do których drzwi nie pukało Sigurimi, wierzyli, że władza komunistyczna +jest najlepszym, co spotkało ich kraj. Obszarnicy dogorywali w więzieniach, ziemia + +trafiła w ręce ludu, a że właśnie z powrotem zabierała ją kolektywizacja – trudno, +najwidoczniej w słusznym celu, kto zaś jest innego zdania, niech uważa, co myśli. +Drobne przeciwności, jak niedostatek jedzenia, kiedyś w końcu uda się pokonać. +Nowy człowiek umiał czytać i pisać, więc wiedział z gazet o nieprzerwanym +paśmie sukcesów. +Tymczasem władza donosiła o fali rewizjonizmu pochłaniającej Związek +Radziecki, o tym, że wielki brat zwątpił w mądrą myśl Stalina, że zdradził +sojusznika i teraz klepie po plecach najgorszych albańskich wrogów. Na szczęście +Albania otworzyła już ramiona, by przyjąć w braterskim uścisku Chiny – one są +socjalistyczne jak trzeba i nie szczędzą pomocy. W latach sześćdziesiątych +napływa waluta marksistowskiego smoka, albańskie kobiety chińskimi traktorami +orzą albańską ziemię, chińscy robotnicy nucą albańskie piosenki, chińsko-albańskie +dłonie zwierają się w uścisku. +I dopóki chiński brat podpiera Albanię, kraj jeszcze stoi prosto, jeszcze można +wierzyć w komunistyczny postęp, jeszcze można mieć szczęśliwe złudzenia. Ale +kolektywizacja już zaczyna odbijać się czkawką, produkcja przemysłowa się +potyka, wskaźniki ekonomiczne idą w dół, coraz więcej trzeba mieć inwencji, +przepisując statystyki. +Dlatego w górę idą zaciśnięte pięści, gardła tym głośniej krzyczą na chwałę, +parady maszerują, sukcesy triumfują, usta śpiewają, dzieci machają, starsi +popłakują, trąbki, grzmoty, werble, piania i wiwaty! Jak się nam ojczyzna +rozwinęła, jak się nam młodzież wyedukowała, jak nam wszyscy ogromnie +zazdroszczą! A kto nie wierzy? Kto ma odwagę zejść z albańskiej drogi do +szczęścia? +Toast na każdą okazję: +„Partia żyje i będzie żyła wiecznie!” +– Kiedy zostałem dyrektorem teatru w Gjirokastrze, skierowano mnie na front +moralności, żebym uczył ludzi dyscypliny w życiu prywatnym. Pewnego dnia +przyszedł staruszek z kobieciną, lamentowali, że jeden z aktorów regularnie bije +ich córkę, a swoją żonę, tak że dziewczyna musi uciekać do rodziców. Wezwałem +aktora na dywanik, obsztorcowałem, pouczyłem: „Zachowuj się, bo cię +wywalimy!”. Czy miał jakiś wybór? Bezrobotny nie znalazłby tak łatwo pracy, +trafiłby do więzienia, a tam nie miałby nawet lustra, żeby na siebie pokrzyczeć. Tak + +partia dbała o moralność obywateli. Naprawdę byliśmy jej wdzięczni. Wierzyliśmy +w socjalizm. +Przy stole pierwszy toast brzmiał zawsze: „Niech żyje partia i rządzi wiecznie!”. +W każdym mieszkaniu patrzył na domowników z portretu Enver Hoxha. Ja sam +miałem i portret, i popiersie wodza. Ale kiedy odzyskaliśmy wolność, zaraz je +zniszczyłem. Teraz żałuję, miałbym ciekawą pamiątkę z przeszłości. +Gdy w komunistycznej Albanii kobiety dźwigały ciężarne brzuchy, czasami +ludzie pytali je: „Wolałybyście chłopca czy dziewczynkę?”. Kobiety odpowiadały: +„Cokolwiek partia nam da!”. No, może nie zawsze tak odpowiadały, ale zdarzało +się. +Bo partia znaczyła więcej niż Bóg. Bóg nie istniał. A nawet jeśli istniał, to był +wszechmocny tylko w teorii, a partia była wszechmocna w praktyce. Bóg nie +potrafił zniszczyć partii, ale partia potrafiła zniszczyć Boga. Mieliśmy w domu +ikonę Jezusa i czasami zapalaliśmy przed nią świeczkę, ale w ukryciu, bo +wiedzieliśmy: w tym kraju nawet ojciec donosi na syna. +Kiedy organizowaliśmy w Gjirokastrze festiwal muzyki ludowej, wiedzieliśmy, +że pierwsza piosenka musi zawsze sławić Envera Hoxhę. I musi być dobra! +Melodyjna i chwytliwa, tak żeby zachwyciła naszego przywódcę. W przeciwnym +razie mielibyśmy kłopoty. W radiu słuchaliśmy tylko muzyki ludowej, przemówień +polityków albo muzyki klasycznej. Nawet jeśli ktoś wiedział coś o rocku, to się nie +chwalił, żeby nie złamać sobie życia. +Pierwszy raz zobaczyłem telewizor w 1967 roku u przyjaciela, któremu rodzina +z Włoch sprawiła taki niebywały prezent. Jakie to było wrażenie! Zobaczyć po raz +pierwszy obraz i usłyszeć dźwięk z kwadratowego pudła. Pracowałem w sektorze +państwowym, tu każdy pracownik mógł dostać z przydziału albo lodówkę, albo +telewizor i kiedy dostałem telewizor, byłem bardzo szczęśliwy. +Codziennie oglądaliśmy programy, z których wynikało, że Albańczycy są +najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, i wierzyłem w nie, mimo że cały kraj był +otoczony drutem kolczastym, a żeby pojechać do przygranicznej wioski, +potrzebowałem specjalnego pozwolenia. Jeśli coś poruszyło ogrodzeniem, sygnał +był natychmiast przesyłany do wieży wartowniczej. Każdemu uciekinierowi +strażnik mógł strzelić w plecy. +Wprawdzie nie mieliśmy obozów, które przerabiały ludzi na mydło, ale +mieliśmy najlepiej strzeżone granice na świecie. + +Wiwaty na ścianie kooperatywy: +„Niech żyją komunistyczne kury! Niech żyją komunistyczne krowy!” +W 1978 roku, po zerwaniu sojuszu z rewizjonistycznymi Chinami, Enver Hoxha +oznajmił ukochanemu ludowi, że jak świat długi i szeroki nie ma kraju, który +wierzyłby w komunizm równie mocno jak Albania. „Titoiści, sowieccy zdrajcy, +kraje Europy Wschodniej i Chiny, wszyscy oni mieli ukryty, wrogi cel – +zniewolenie naszego państwa. Zdzieramy z nich maskę i mówimy im prosto +w twarz, że Albanii nie da się kupić ani za garść szmat, ani za kilka rubli, dinarów +czy juanów” – krzyczał do tłumu Towarzysz Komendant. +Na placu boju o jedyny słuszny socjalizm Albania została sama. „Musicie być +zawsze czujni i gotowi – powtarzał ukochany przywódca – ponieważ nasz kraj jest +ze wszystkich stron otoczony państwami rewizjonistycznymi i imperialistycznymi, +które nieustannie próbują nas zniszczyć lub nam zaszkodzić. Jeśli choć przez +moment osłabimy naszą czujność albo spoczniemy w walce, wróg uderzy w nas +natychmiast, jak wąż, który kąsa i wstrzykuje jad, zanim się obejrzysz”. +Usta władzy pełne były frazesów, a tymczasem w sklepach pustoszały półki. Po +trzydziestu latach znowu wróciły kartki na żywność. Jeśli nad wejściem do sklepu +znajdował się napis „Mish”, czyli „Mięso”, kupujący mógł być pewny, że w środku +zapozna się z bogatą ofertą gołych haków. +Pierwsze nocne mary ustawiały się pod sklepami około czwartej lub piątej nad +ranem. Czasem, żeby ułatwić sobie życie, ludzie zostawiali w kolejce jakiś +przedmiot, a potem wracali do domu, by pospać jeszcze godzinę czy dwie. +Zdarzało się, że nawet czwarta nie dawała szansy na kupno mleka, bo co zrobić, +jeśli w kolejce stoi dwadzieścioro ludzi, a butelek tego dnia przywieziono dziesięć? +Wieść o pojawieniu się mięsa rozchodziła się lotem błyskawicy i zaraz pod +sklep ściągały tłumy. Wiedząc, że dostawy budzą wielkie emocje i drobne kobiety +mogą zostać poturbowane w starciu z mężczyznami, władza nakazała zachowywać +parytet i sprzedawać mięso raz mężczyźnie, raz kobiecie. W społeczeństwie +socjalistycznym zachowanie równości płci było priorytetem. +Pewnego razu zdumieni mieszkańcy Szkodry ujrzeli przy głównej ulicy nowy, +zupełnie niezwykły sklep, pełen słodyczy, owoców i od lat niewidzianych +smakołyków. Zaraz zebrał się tłum, ale na rozkaz policjantów musiał się rozstąpić, +by zrobić miejsce pięknie ubranej kobiecie, która zdecydowanym tonem recytowała +w oko kamery: „Oskarżacie nas, że w Albanii nie ma jedzenia. Patrzcie, kłamcy! + +W Albanii półki są pełne!”. Na potrzeby materiału do lady dopuszczono trzy +rozradowane osoby, po czym sklep zamknięto, a tłum rozgoniono. +Zapewnienie na stołecznym płocie: +„Kroczymy po kolejne zwycięstwa na drodze budowy i wzmacniania +socjalizmu” +– Kiedy dostawałem wiadomość z komitetu, że do Albanii przyjeżdża +dziennikarz z zagranicy, by pisać artykuł o greckiej mniejszości, musiałem +natychmiast powiadomić ludzi z kooperatywy w wiosce, którą miał odwiedzić, +żeby wywiesili w sklepie mięso. Za zgodą przełożonych brałem też z depozytu +kawę, którą greckie wizytowane rodziny miały poczęstować dziennikarzy. Bo +mięso, kawa to były towary, których ludziom starczało na pierwszą połowę +miesiąca. Ale oczywiście gdzieś na zapleczu zawsze znalazło się trochę do celów +dekoracyjnych. +W 1986 roku wysłano mnie do Grecji razem z zespołem ludowym z Gjirokastry. +Wtedy w sklepach brakowało nawet chleba, szczytem marzeń było znalezienie +sardynek w puszce, a Grecy pytali: „Potrzebujesz czegoś? Może chciałbyś +suszarkę? Albo dyktafon?”. Oczywiście wszystko to były dla mnie cuda, ale +w zespole na pewno śpiewał niejeden agent Sigurimi, więc odpowiedziałem: „Nie, +dziękuję, w Albanii niczego nam nie brak”. Pozwolono nam spacerować po mieście +w czteroosobowych grupkach, pozwolono nam też wchodzić do sklepów, ale +o tym, co widziałem, nie mogłem opowiedzieć nikomu. +Dlatego gdy później ludzie rozpytywali: „Stefan, Stefan, i jak ci tam było?”, +odpowiadałem: „No… całkiem nieźle. Ale wiecie, strasznie dużo tam much!”. +Gdybym powiedział prawdę, że Grecja była dniem, a Albania nocą, miałbym +wielkie kłopoty. +Odkąd zobaczyłem Grecję, zdałem sobie sprawę, że kapitalizm jest lepszy niż +komunizm. Tam każdy mógł mówić, co chciał, i nikt nie chodził z cieniem jak +u nas. W Albanii nikomu nie przyszłoby do głowy usiąść przy kawie i dyskutować +o polityce, na to mogli sobie pozwolić tylko więźniowie! Mówić Grekom +cokolwiek o naszym kraju też byłoby samobójstwem. Kiedy pytali, jak nam się +żyje, odpowiadałem zawsze: „Świetnie, jesteśmy bardzo szczęśliwi”. +Przez lata powtarzaliśmy: „Albańczycy to najszczęśliwsi ludzie na świecie” +i wierzyliśmy w to, bo skąd mieliśmy wiedzieć, że jest inaczej? Znaliśmy tylko + +komunizm, nic więcej, i przez lata nie mieliśmy do czego porównać naszego życia. +Szczęście jest pojęciem względnym. W innych krajach żyli ludzie, którzy mieli +więcej, którym było łatwiej, ale ja o tym nie wiedziałem. Nie miałem za czym +tęsknić i nie miałem komu zazdrościć. +Dopiero podróż do Grecji otworzyła mi oczy. I co z tego? Czasem naprawdę +lepiej nie wiedzieć, nie zastanawiać się, nie zadawać pytań. +Bo wcześniej wydawało mi się, że naprawdę jestem szczęśliwy. + + +W moim sercu zawsze Enver +Rosyjski poeta Majakowski napisał: +Partia i Lenin – bliźnięta-bracia – +kogo bardziej matka-historia ceni? +Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia, +mówimy – partia, a w domyśle – Lenin. +Dla mnie jest tak samo. Mówię – partia, myślę – Enver Hoxha. +Nazywam się Nexhip Manga, jestem kamieniarzem i poetą i uważam, że wraz +ze śmiercią Envera straciliśmy najwybitniejszego Albańczyka w historii naszego +narodu. +Kiedy on umarł – i jeśli kłamię, niech stracę wzrok! – przez dwa miesiące nie +umiałem sobie znaleźć dziury, w której mógłbym się schować i płakać. Wstydziłem +się ludzi, bo ciągle zbierało mi się na łzy. Czy ktoś by teraz zapłakał po Edim +Ramie albo Salim Berishy? A wtedy płacz ludzi był tak głośny, że nawet ptaki +w chmurach go słyszały. +Enver Hoxha przez całe życie oddychał tym samym powietrzem co Albańczycy. +Był też człowiekiem niezwykle jak na tamte czasy wykształconym. Najpierw +skończył liceum w Korczy, najlepsze w kraju, a potem pojechał studiować do +Francji, gdzie związał się z grupą francuskich komunistów i zobaczył na własne +oczy, jak obmierzły jest kapitalizm i na czym polega zgnilizna Zachodu. Kiedy +w czasie II wojny światowej Albania musiała zdecydować, czy opowiedzieć się po +stronie kapitalistów, czy komunistów, Enver bez wahania wybrał komunistów, bo +wiedział, przed czym musi uchronić kraj. + +Pyta mnie pani, dlaczego żal mi Envera, skoro teraz żyje mi się lepiej. Proszę +wybaczyć, nie chcę pani obrazić, ale to pytanie jest głupie. Co z tego, że siedzimy +na kanapie przed telewizorem i jemy ciastka, jeśli nie wiemy, co będzie jutro? Co +z tego, że możemy podróżować po całym świecie, jeśli nie mamy spokoju w sercu? +Kiedyś wstawałem rano, pracowałem osiem godzin, a potem zarzucałem kurtkę +na plecy i wracałem do domu. Wiedziałem, że następnego dnia znowu pójdę do +fabryki, spędzę miło czas z kolegami i wszystko będzie na swoim miejscu. Mój +umysł był czysty, sny jasne, czoło bez trosk. A teraz codziennie wypruwam sobie +żyły i głowię się, co ześle mi los. Mam siedemdziesiąt lat i nie mogę odpocząć, +ciągle muszę pracować, a kraj osuwa się w przepaść. +Przed śmiercią Hoxhy nie miałem w domu ani jednego jego zdjęcia, nie +przeczytałem ani jednej jego książki. Dopiero gdy Enver zmarł i w Albanii +rozpanoszył się kapitalizm, uświadomiłem sobie, w jakich miodowych latach +żyliśmy. +Dziennikarka zapytała raz Nexhmije Hoxhę, żonę Envera: „Dlaczego Albania +była tak biedna?”. I Nexhmije odpowiedziała: „Byliśmy biedni, ale każdy miał to, +co niezbędne do życia, i mógł spać spokojnie. Staraliśmy się, by wszyscy mieli tyle +samo”. +Dyrektor fabryki, w której pracowałem, zarabiał może dwa tysiące leków więcej +ode mnie, nie mam pretensji, dyrektor to dyrektor. Ale nie było takich wielkich +różnic jak teraz, że dyrektorzy zarabiają miliony i ciągle chcą więcej, że jedni +wynoszą z banku walizki pełne pieniędzy, a drudzy szukają jedzenia na śmietniku. +I nie było żadnych narkotyków, myśmy w ogóle nie wiedzieli, co to są narkotyki, +a dziś marihuana rośnie od Sarandy aż po Theth. +Teraz najwięksi milionerzy to szefowie partii, którzy wyprzedają kraj. I wszyscy +się boją, że stracą to, co mają. Od początku lat dziewięćdziesiątych codziennie ktoś +przychodzi nad strumień za moim domem i zbiera puszki, żeby je potem sprzedać. +Na co ludziom takie życie, w którym nie ma godności, nie ma nic pewnego? +Dziś są maszynerie, nowoczesne fabryki, piękne rzeczy. Jest tak, jak powiedział +Marks: w kapitalizmie rozwój jest najważniejszy, ponieważ napędza zysk, +a konkurencja pcha do tego, by zwiększać jakość, produkcję i dochód. Za +komunizmu nie mieliśmy tych wszystkich maszyn. Pracowałem w fabryce butów, +robiłem drewniane modele. W tym czasie ministerstwo odgórnie zarządzało +produkcją w każdym zakładzie. Dzwonili towarzysze i oznajmiali: „Fabryka +w Gjirokastrze musi wyprodukować tyle a tyle butów tego a tego rodzaju”, + +i wszystkie cztery fabryki butów w Albanii pracowały według planu, jak w klanie, +w którym każdy ma swoje obowiązki i każdy szanuje głowę rodziny, bo to ona +wydaje polecenia. +Z powodu scentralizowania nie było ważne, jak robione są buty, dobrze czy źle. +Przechodziły przez kontrolę jakości, tyle że kogo obchodziła jakość? Ale zawsze +wystarczało butów dla wszystkich! To nieprawda, że za czasów Hoxhy dzieci ludzi +ze złą biografią chodziły boso, kto to pani powiedział? System zaopatrywał +każdego. Nawet jeśli jakość była niska, nie było jednej pary, która zostałaby +w magazynie, bo wszyscy chcieli mieć buty i każdy brał, co dawali. Nie było +alternatywy, ale nic się nie marnowało! A teraz jeśli jedna fabryka produkuje +więcej i po niższych cenach, to druga bankrutuje i robotnicy idą na bruk. Czy +ktokolwiek w dzisiejszych czasach myśli o robotnikach? +Mieliśmy dziesięć fabryk wokół Gjirokastry, w tym taką, co robiła papierosy, +z dwustoma pracownikami. W latach dziewięćdziesiątych minister Genc Ruli +zamknął ją, a papierosy zaczął zwozić ciężarówkami z Grecji. A przecież nasze +były tak samo dobre! Papierosy Partizani, które produkowali w Gjirokastrze, były +najlepsze na świecie. Ale po upadku komunizmu wszyscy zgłupieli i ludzi +uwodziły kolorowe zagraniczne opakowania. Nie liczyła się jakość, tylko to, że +ktoś palił zachodnie papierosy. Fabrykę zamknięto, dwieście osób ruszyło za +granicę po chleb. +A kiedyś każdy szedł do szkoły i potem do pracy. Ktoś, kto wychodził +z więzienia, musiał zaraz podjąć pracę i integrować się ze społeczeństwem. Nawet +ludzie ze złą biografią mogli iść na studia. Pani mi nie wierzy? To opowiem +historię Neritana Ceki, słynnego albańskiego archeologa, którą słyszałem z jego +ust. Kiedy skończył liceum, komitet partii nie pozwolił mu iść na studia, bo był +synem Hasana Ceki, archeologa, który napisał kiedyś, że Albania powinna +zjednoczyć się z Jugosławią, i koniec – jego rodzina została zdeklasowana i uznana +za wrogów ludu. Ale Neritan napisał list bezpośrednio do Hoxhy. I Enver pozwolił +mu iść na uniwersytet. +Bo on pilnował, by Albania była krajem sprawiedliwym. Jeśli stypendia trafiały +głównie do ludzi z dobrą biografią, to była to wina biurokratów, nie Envera. +W końcu to urzędnicy decydowali o tym, kto dostanie telewizor, kto lodówkę albo +kto pójdzie na studia. Gdyby Enver wiedział o nadużyciach, toby nie było nadużyć! +Po rewolucji październikowej poeta Majakowski napisał: „Przez całe życie będę +walczył z biurokratami, ponieważ nawet w systemie komunistycznym zdarzają się + +czarne owce”. Ale biurokratów było tylu, że w końcu doprowadzili Majakowskiego +do samobójstwa. A Envera oddzielali od ludu tak jak ściana. +Ale jego dwa największe osiągnięcia to było stworzenie systemu edukacji +i umocnienie systemu obronnego. Bo Enver zawsze miał na uwadze godność +Albańczyka. +W latach czterdziestych, po wyzwoleniu, każdy kończył cztery klasy +podstawówki, i już. Ludzi z wyższym wykształceniem było tylu, co kot napłakał. +Moja mama skończyła ledwie pięć klas i wszystkim z okolicy czytała listy i gazety. +Szkoły trzeba było tworzyć niemal od zera, ale po dwóch dekadach nie było +w Albanii ani jednego analfabety. +W latach dziewięćdziesiątych krewni mojej żony próbowali zaaranżować +małżeństwo córki z chłopakiem z Joaniny. Rodzina dziewczyny pojechała się +zapoznać. I kiedy tak się zapoznawali, ojciec dziewczyny zacytował jakiś wers +z Iliady. „Jak to możliwe, że znacie Homera?” – zdumieli się Grecy. „Przecież +mieliśmy Homera w szkole!” +Nie mogli uwierzyć, bo większość z nich skończyła tylko cztery klasy +podstawówki. Po co Grekom szkoły, skoro pracowali w fabrykach albo uprawiali +ziemię? A w Albanii każdy, kto pracował, był wyedukowany. Jeśli młody chłopak +przychodził do pracy w naszej fabryce i nie miał wykształcenia, kierownictwo +stawiało mu warunek: jeśli nie skończysz liceum, nie dostaniesz awansu. A awans +oznaczał podwyżkę. Młodzi musieli się więc uczyć. Kto w dzisiejszych czasach +namawiałby do nauki chłopaka z fabryki? Ma być tanią, bezmyślną siłą roboczą, +i już. +A drugie: obrona kraju. Bo wszystkie kraje wokół były kapitalistyczne, +a Jugosławia skłaniała się ku gospodarce rynkowej. Sami wrogowie, którzy +naciskali na zmianę systemu! Ale Enver zawsze trzymał się wyznaczonej ścieżki +i wolał przygotowywać się na atak, niż komukolwiek ulec. W 1965 roku Stany +Zjednoczone rozpoczęły bombardowania Wietnamu, a w Albanii kipiało od +doniesień na ten temat. Żeby obronić się przed nalotami, Wietnamczycy zbudowali +sieć bunkrów i tuneli i po każdym bombardowaniu wychodzili spod ziemi cali +i zdrowi. +Hoxha miał do wyboru: bronić komunizmu albo się poddać. Ale Albańczycy +rodzą się z mieczem w ręku. Tak! W 1913 roku Isa Boletini, nasz wielki polityk, +pojechał do Wielkiej Brytanii dyskutować o losie Albanii. Przed spotkaniem +strażnicy przeszukali go i zabrali mu pistolety, a na spotkaniu jeden z angielskich + +lordów zażartował: „Kto by pomyślał, że Anglikom uda się rozbroić Albańczyka!”. +Wtedy Isa Boletini wyjął kolejny pistolet, który miał schowany głęboko pod +ubraniem, i powiedział: „Albańczyk nigdy nie da się całkowicie rozbroić!”. +Dlatego Hoxha zdecydował się na wietnamską technikę obronną i pokrył całą +Albanię bunkrami. Kiedy przyjechała do nas delegacja z Grecji, złapali się za +głowę: „Co to jest?!”. A kuzyn mojego wujka, który był wtedy ministrem handlu, +odpowiedział: „To są nasze czołgi. Wprawdzie nie mogą was zaatakować, ale nie +cofną się o krok, jeśli po nas przyjdziecie”. +Albańczycy odejmowali sobie jedzenie od ust, żeby zbudować sieć tuneli +i bunkrów. Gdyby nie cały ten zamysł, żyłoby się nam o wiele lepiej, to prawda. +Ale coś za coś! W razie ataku nasza infrastruktura obronna nie pozwoliłaby +wrogowi przejąć kontroli nad krajem. „Kapitaliści próbują rzucić nas na kolana – +powtarzał Hoxha – ale choćby na nasze wody wpłynęły okręty Stanów +Zjednoczonych, zasypiemy je takim deszczem kul, że będą bez szans”. +Jednak gdy w 1991 roku Albania upadła, natychmiast rzuciliśmy się na kolana +przed Stanami Zjednoczonymi. I teraz jesteśmy jak piesek, co radośnie merda +ogonem, gdy tylko pan na niego spojrzy. +Wszystko runęło po śmierci Hoxhy. Jego następca Ramiz Alia był największym +zdrajcą w historii narodu albańskiego. Jeszcze łzy na naszych twarzach nie +obeschły, a on już zaczął zamykać fabryki i zabierać nam chleb. To on pierwszy +nawiązał kontakty z Amerykanami i cynicznie skazał kraj na bankructwo. Rozwalił +gospodarkę i pozamykał fabryki, bo wiedział, że wynędzniała Albania będzie +musiała zwrócić się po pomoc do Zachodu. Ludzie zaczęli nienawidzić komunizmu +i Envera Hoxhy. +Mój brat był komisarzem korpusu wojskowego na południu. Mówił mi, że +Albania ma takie rezerwy żywności, że ludzie mogliby przez szesnaście lat jeść, pić +i nie pracować. Ale gdy umarł Hoxha, zdrajcy narodu wrzucili zapasy kukurydzy +i pszenicy do morza, żeby przyspieszyć upadek systemu. Żebyśmy zdechli z głodu. +Ramiz Alia świadomie i cynicznie zniszczył albańską gospodarkę i obraz Envera +Hoxhy w oczach rodaków. Ludzie myśleli, że to przez Hoxhę znaleźli się +w skrajnej nędzy, ale Albańczyków zniszczył zagraniczny imperializm! Upadek +komunizmu zaczął się w Polsce, a potem wszystko się rozlało: Czechosłowacja, +Węgry, Rumunia, Bułgaria, aż doszło do Albanii. Imperialiści mieli już +doświadczenie, jak niszczyć społeczeństwa. + +Zaślepieni ludzie obalali pomniki Envera w całym kraju. Ale cóż z tego, że +zwali się posąg z brązu? Pomnik jest niczym, prawdziwy Hoxha ciągle żyje +w naszych sercach. +Nie mogę słuchać lamentów o zbrodniach systemu. Historie o tym, że Hoxha +zabijał kolegów z liceum, zostały rozdmuchane w latach dziewięćdziesiątych. +Dziennikarze za wszelką cenę próbowali zrobić z niego potwora. A jeśli Hoxha +dawał rozkaz, żeby kogoś zabić, to dlatego, że miał dobry powód. Ci, którzy +działali na szkodę kraju, musieli zostać zabici, tak samo jak wszyscy niebezpieczni +intelektualiści, którzy studiowali za granicą i mieli kontakty z obcokrajowcami. +Martwi albo internowani nie mogli popełnić więcej błędów. Balliści uciekli +z Albanii i utworzyli stowarzyszenie w Stanach Zjednoczonych, organizowali +kongresy i próbowali obalić system, wysyłając do Albanii dywersantów, a myśmy +nawet o tym nie wiedzieli! Nic dziwnego, że Hoxha izolował synów ballistów. To +były krety, które ryły pod fundamentami systemu. +Może komunizm zabił sto albo tysiąc osób, ale wszyscy byli wrogami władzy. +Nikt nie został zabity ani internowany, jeśli nie był winny. To dziś niewinni ludzie +siedzą w więzieniach, bo w kraju nie ma sprawiedliwości i każdy może sobie kupić +wyrok, jeśli ma pieniądze. Jednego dnia jesteś w więzieniu, drugiego wychodzisz. +Za Envera jeśli lekarz wziąłby najmniejszą łapówkę od pacjenta, zaraz zostałby +internowany. Teraz jak nie dasz w łapę, to możesz paść w poczekalni i nikt nawet +na ciebie nie spojrzy. Dawniej obowiązywały reguły, których nikt nie ośmielił się +łamać. Dziś nie ma żadnych reguł. +Amerykański wywiad wysłał kiedyś płatnego mordercę, by zabił Envera, tu, +w Gjirokastrze. Ale gdy ten morderca zobaczył, jak lud kocha Envera, jak dzieci +całują go w policzki, jak dorośli płaczą ze szczęścia na widok swojego wspaniałego +przywódcy, powiedział: „Jakże mógłbym zabić tak dobrego człowieka?”. I oddał +się w ręce albańskiej policji. Naprawdę! +Nie ma większego piękna na świecie niż piękno komunizmu. Dzięki niemu +miałem w sobie spokój, jako człowiek i jako obywatel. Nie miałem absolutnie +żadnych problemów. A dziś albańscy milionerzy śpią z pistoletami przy łóżku, bo +niczego nie mogą być pewni. +Dlatego płaczę, gdy myślę o Enverze. I dlatego w latach dziewięćdziesiątych +kupiłem tyle portretów Envera, proszę policzyć – sześć. W moim warsztacie +zrobiłem zegar z jego zdjęciem i ustawiłem go na drugą piętnaście w nocy, bo o tej +godzinie umarł Enver. + +Od szesnastego roku życia piszę wiersze, opublikowałem wiele tomików. +Napisałem też poemat o śmierci Envera i na początku lat dziewięćdziesiątych +zastanawiałem się, czy włączyć go do nowej książki. Czy polityka powinna +pojawić się obok wierszy miłosnych? A potem pomyślałem: poemat o Enverze +również jest wierszem miłosnym! W końcu opisuje ból po śmierci ukochanego +wodza. +Enver będzie wiecznie żywy +Ból przepełnia nas straszliwy +Przysięgamy: jest nam celem +Życie aż po śmierć z Enverem +Słowa jego są nam złotem +Nikt ich nie obrzuca błotem +Błotem nikt nie rzuci w niego +W wodza nam nieśmiertelnego +Czemu przyszedł tamten dzień +Gdy na kraj nasz opadł cień? +Umarł Enver, noc nadchodzi +Ziemia znów go nie porodzi +Umarł Enver? Ależ skąd! +Ta wiadomość to jest błąd +Ta wiadomość to toksyna +Los odebrał matce syna +W kwietniu dnia jedenastego +Śmierć zabrała nam Wiecznego +Taki płynął potok łez +Że przez wiosnę nie spadł deszcz +Kiedy rozmawiam z Nexhipem Mangą, jego oczy szklą się raz po raz. +Kiedy pytam o zbrodnie Hoxhy, marszczy brwi z niedowierzaniem, jakbym tym +pytaniem sprawiała mu przykrość. +Mimo to pod koniec rozmowy prowadzi mnie do swojej biblioteki liczącej kilka +tysięcy tomów. Z najwyższej półki spogląda na nas dobrotliwie Enver w złotej +ramie, o ustach jak pączek róży, i uśmiecha się łagodnie. Jeden z sześciu +znakomitych Enverów królujących pośmiertnie w tym domu. + +Dzieci dyktatora +O Enverze, drogi wujku, +Twoje dłonie pełne cukru. +W jednej cukier, w drugiej hurma, +Rada partia, że cię ma! +Ile razy słyszałam ten wierszyk, odkąd przyjechałam do Albanii? +Mój trzydziestoletni chłopak recytuje go ze śmiechem, ale jego +sześćdziesięcioletnia matka kręci głową. +– Uwierz mi, nie było Albańczyka, który nie miałby tych wersów wyrytych +w głowie jak w kamieniu. +Jej dziewięćdziesięcioletnia teściowa, żona partyzanta i córka kułaka, która +często zapomina, jak mam na imię i skąd się tu wzięłam, recytuje wierszyk +bezbłędnie i wzdycha. +Drogi wujek wszystkich Albańczyków wiedział, co dobre dla każdej owieczki +w jego stadzie. Jeśli miałeś największe możliwe szczęście i dostałeś zgodę na +rozpoczęcie studiów, musiałeś wypełnić formularz. Pozycja pierwsza: kierunek, +którego życzy sobie partia. Pozycja druga i trzecia: kierunki, które sam chciałbyś +studiować. W wyjątkowych sytuacjach, jeśli byłeś urodzony w czepku dobrej +biografii, partia zgadzała się spełnić twoje marzenie, ale zazwyczaj wybierała ci +kierunek zgodny z tym, czego potrzebował kraj. +Jak wielki był to zamach na ludzką wolność, zdaję sobie sprawę dopiero, gdy +słucham znajomych opowiadających mi o rodzicach: „Mama jest prawnikiem, ale +zawsze chciała pracować w laboratorium”. „Tata jest nauczycielem, chociaż marzył +o geologii”. Za ludźmi niczym cień snuje się ich niezrealizowane marzenie. Ta, +która chciała leczyć, została architektką, chociaż nie umiała rysować. Ten, który +wymarzył sobie piłkę nożną, został oddelegowany na filologię. Dla własnego dobra +marzyć należało pragmatyczne i z pożytkiem dla kraju. +Partia wybierała ci studia, partia osadzała cię w mieście lub na wsi, partia +dawała błogosławieństwo narzeczonym, partia zrywała nieodpowiednie związki +i pilnowała, by nie doszło do mezaliansów. „Zły” musiał wybić sobie z głowy +„dobrą”. „Dobra” musiała zapomnieć o „złym” i wziąć „dobrego”, którego +podsunęła jej partia. + + +Od rana do wieczora słyszałeś, że żyjesz w najlepszym z możliwych światów +i że czuwa nad tobą dobry wujek i wódz. Wytycza granice twojego podwórka i nie +pozwala ci się oddalać, bo mógłbyś się zgubić. Winny mu jesteś nieskończoną +wdzięczność, bo on wie najlepiej, czego i ile potrzebujesz, i tyle właśnie ci da. +O Enverze, drogi wujku, +twoje dłonie pełne cukru… +Pytam o ten wierszyk Fatosa Lubonję, pisarza i publicystę, kiedy siedzimy +w Ilirii, ostatnim retrobarze dzielnicy Blloku. Wszystkie miejsca wokół wyglądają +już jak przeszczepione z Włoch, Londynu czy Francji: wyspy hipsterskiej +nonszalancji i krzykliwego blichtru pośród sypiących się niskich bloków +i wyszczerbionych chodników. +– Imre Kertész powiedział kiedyś, że dyktatura sprowadza człowieka do +poziomu dziecka, które za wszelką cenę chce przetrwać, choćby kolaborując. Partia +i Enver to byli Wielcy Rodzice. Każdy miał myśleć to, co kazał myśleć Hoxha, +pracować tam, gdzie życzyła sobie partia, ubierać się tak, jak oczekiwała tego +władza. Kiedy przyszła wolność, Albańczycy byli dziećmi, które nie wiedziały, +czym jest odpowiedzialność, bo dotąd za wszystko odpowiadał rząd i system. +Nagle dostali prawo do tego, by dojrzeć i zacząć o sobie decydować, ale każdy +myślał tylko o tym, jak zaspokoić własne potrzeby. Komunistyczna mentalność +zrosła się z neoliberalną ideologią, która uczyła, że nie ma czegoś takiego jak +społeczeństwo, są tylko jednostki, więc ja zajmuję się sobą, a rynek wszystko +reguluje. Niektórzy Albańczycy wyjechali za granicę, ale nawet tam nie stworzyli +społeczności. Dlaczego? Bo albański komunizm był przeciwko idei społeczeństwa. + + +Zakład fotograficzny w Durrës, 1984 (© by Ferdinando Scianna / Magnum Photos) + +Część druga +Błoto słodsze niż miód + +Zły chłopiec +Jedyny dostępny raj znajdował się na ziemi i nazywał się Albania, na inne raje +władza nie dawała zgody. Tęsknotę za Bogiem można było wyrażać tylko +w zaciszu domowym, zasłoniwszy oczy oknom i zatkawszy uszy ścianom. Na cóż +był Bóg Albańczykom, skoro mieli Envera Hoxhę, uśmiechniętego ziemskiego +Boga, który za dobro wynagradzał, a za zło karał? +„W blasku ranka, w nocy cieniach ktoś się rodzi dla cierpienia”. Oto w małym, +zaryglowanym kraju, w złej, niepotrzebnej rodzinie urodziło się dziecko, które już +zawsze miało dźwigać ciężar pochodzenia. +„W cieniach nocy, w dnia jasności ktoś się rodzi dla radości”. Tak było, jest +i będzie w raju rządzonym przez srogiego Boga. +„Zły chłopiec” – rzucił w moją stronę nauczyciel pierwszego dnia w szkole. +Chwycił mnie za rękę, pociągnął za sobą i zawlókł na środek sali. Skuliłem się, +a oni nie spuszczali ze mnie wzroku. Ja jeden i sto par przymrużonych oczu. +– Patrzcie! – zawołał nauczyciel. – To jest zły chłopiec. Lepiej trzymajcie się od +niego z daleka. +Wystawił mnie, bezbronnego, małym hienom na pożarcie i dał im znak: +„Bierzcie go. Cokolwiek z nim zrobicie, macie moje błogosławieństwo”. +Dzieci zwęszyły krew i wiele razy rzucały się na mnie, wykorzystując moją +bezsilność. Nauczyciele pilnowali, żeby chłopiec o złej biografii zawsze był +najgorszy. +Pewnego razu dziewczynka z klasy spisała ode mnie pracę domową, a potem +poszła z nią do odpowiedzi. Dostała najwyższą ocenę, dziesiątkę. Później +nauczyciel wywołał do tablicy mnie. Poszedłem z tymi samymi odpowiedziami +i dostałem cztery, czyli ocenę niedostateczną. Aż odebrało mi oddech. +– Ale dlaczego? – zawołałem. – Przecież Blerta spisała ode mnie odpowiedzi +i przed chwilą dostała najwyższą ocenę! +Nauczyciel spojrzał na mnie. +– Twoim psim obowiązkiem jest pomagać jej, ilekroć cię o to poprosi. Ciesz się, +że taki nikt jak ty do czegokolwiek się nadaje. +Wracałem do domu sam, a łzy ciekły mi po policzkach. + +Mam w sobie tyle gniewu… Gdy myślę o tym małym dziecku, które stoi na +środku sali i nie może się bronić, i jeszcze nie wie, co go czeka, ile dobra, ile zła. +Byłem taki mały… Co ja komu zrobiłem? Czasem wraca do mnie tamten ból +i czuję, jak zalewa mnie gniew. +Ci, którzy mnie krzywdzili, gdy byłem dzieckiem, w latach dziewięćdziesiątych +kładli mi ręce na ramieniu: „Wybacz, co złe, taki był system” – mówili. Co ja mam +zrobić z tymi przeprosinami? Byłem takim samym człowiekiem jak oni, a jednak +oni nie traktowali mnie jak człowieka. +* +Przyszedłem na świat we wsi Sinanaj. Ojciec pożegnał się z Tiraną, kiedy ośmielił +się powiedzieć, że kolektywizacja zniszczy i tak ledwie żywe albańskie rolnictwo. +Za wyrażenie zdania władza podziękowała mu, zsyłając go wraz żoną na wieś, +żeby mógł sobie pobyć na łonie natury i sprawdzić, czy naprawdę żyje się tam tak +źle. Przy okazji nie omieszkano wyciągnąć, że brat ojca był jednym z oficerów +w armii króla Zoga. Jakby tego nam było mało, brat mamy, który walczył +w partyzantce przeciwko Niemcom, po wojnie miał czelność oznajmić: „Nie biłem +się z wrogiem po to, by zwyciężył komunizm, tylko po to, by wyzwolić kraj. +I dlatego teraz chcę być wolny! Chcę mieć prawo mówić, co mi się podoba!”. +I ledwie otworzył usta, już siedział w więzieniu. +W domu było nas szesnaścioro: rodzice i czternaścioro dzieci. Czternaścioro +brzuchów, które trzeba zapełnić, czternaścioro gęb, z których wydobywa się +prośba: „Jeść!”, czternaścioro kręgosłupów, na których można oprzeć ciężar, +czternaście par rąk, które szybko przyzwyczajały się do pracy. Odkąd pamiętam, +w domu było głodno, a ja myślałem tylko o tym, co włożyć do ust. Mieliśmy dach +nad głową, to prawda, ale nie mieliśmy podłogi. Każdy dzień był walką z brakiem +wszystkiego i drobnymi upokorzeniami. +Wieś znała głód znacznie lepiej niż miasto. W latach sześćdziesiątych wszystkie +wiejskie rodziny pracowały w kooperatywach i codziennie patrzyły na jedzenie, +o którym mogły tylko pomarzyć. Ziemniaki, pomidory i ogórki były eksportowane +albo wysyłane do miast. Żeby kupić butelkę mleka, trzeba było wybrać się w długą +pieszą wędrówkę do miasta. Piliśmy je w tycich kubeczkach, bo tak go było mało. +Wokół grzebały w ziemi państwowe kury, muczały państwowe krowy, a myśmy +nie mieli prawa ich dotknąć. Najodważniejsi trzymali kury w piwnicy, tajne, + +reakcyjne kury, które nigdy nie widziały światła słonecznego i miały surowo +wzbronione gdakać. Nie miałem pojęcia, jak wygląda prawdziwy sklep, o butiku +już nie wspominając, bo ze wsi znałem tylko nędzny blaszak, w którym można +było kupić chleb, makaron, ryż, dżem i olej tak wstrętny, że najbardziej nadawał się +do wylania. +Pewnego dnia rodzice zawołali mnie do siebie i powiedzieli: +– Jutro przyjedzie wujek, który zabierze cię do Tirany. +A kiedy moje oczy wypełniły się łzami, mama przytuliła mnie i powiedziała: +– Nie płacz, z wujkiem będziesz miał jak w raju. +Nie wiedziałem, co to jest raj, bo miałem dopiero pięć lat i byłem małym, +ruchliwym szczylkiem, najmłodszym z całej czternastki. Ale wiedziałem, że gdzieś +tam, daleko, za górami i za lasami, mieszkał wujek, brat ojca, któremu żyło się +całkiem nieźle. To znaczy: żyło się źle, bo dwanaście lat siedział w więzieniu, ale +przynajmniej mieszkał w stolicy, a nie na wsi jak my. Władza okazała łaskę i nie +zesłała go w środek jakiejś beznadziei, z której nie można się było wydostać, tylko +pozwoliła mu wrócić do Tirany, skąd pochodził. +Wujek wiedział, że wegetujemy. Kiedy wyszedł z więzienia, okazało się, że nie +może mieć dzieci. +– Ty masz czternaścioro, ja nie mam żadnego, daj mi jedno na odchowanie – +poprosił ojca. +A ojciec nie myślał długo: +– Dam ci Yzeira, bo jest najmłodszy i ma imię po naszym ojcu, niech wyrośnie +nam na dobrego człowieka. +Rodzice cieszyli się, że chociaż jednemu z nas uda się wymknąć nędzy. Gdybyś +mnie widziała w dzieciństwie… Nie mam prawie żadnych zdjęć, bo kto w takiej +biedzie mógł sobie pozwolić na zdjęcia, ale wyobraź sobie, że jako dzieciak +wyglądałem tak jak mój najstarszy syn Ruben – długie rzęsy, wielkie oczy, usta +duże i czerwone. Byłem ślicznym, bystrym dzieciakiem. Myślałem sobie: „Będę +miał rodziców w dwóch miejscach, tu i tam”. +Podróż autobusem trwała tak długo, jakbym jechał do innego kraju. Pamiętam +z niej tylko kolory: zieleń pól i drzew i błękit nade mną. +Wujostwo byli jak bezchmurne niebo, ciągle się uśmiechali. Na dzień dobry +położyli mi na dłoni kawałek czekolady. Nie wiedziałem, co to, po raz pierwszy +miałem w ustach czekoladę. Nie mogłem uwierzyć, że na świecie może istnieć coś +tak dobrego. + +A potem ciocia wyciągnęła kolorowe kulki. Powiedziała: „Karmelki”. +Powtórzyłem: „Karmelki”. Spróbowałem. I znowu nie mogłem uwierzyć: skąd się +coś takiego wzięło? +A jeszcze później ciocia powiedziała: „Zjedz sobie biszkopta”. Co to jest +biszkopt? Włożyłem go do ust i zamknąłem oczy. W domu od święta dostawaliśmy +czasem tylko chleb z cukrem albo trochę marmolady. +Drugiego dnia zabrali mnie do teatru kukiełkowego, a ja nie wiedziałem, co +zrobić ze swoją radością. Skakałem, krzyczałem, płakałem, a wujostwo się śmiali. +Buty dali mi takie piękne, że nie mogłem uwierzyć, że są moje. Włożyłem je +i bałem się zrobić krok. Potem zabrali mnie na plac zabaw i ja na placu zabaw +pokazywałem te buty wszystkim dzieciom. I co chwila przytulałem się do cioci +i wujka. W ogóle nie chciałem się od nich oderwać. +Mama miała rację: trafiłem do raju. +Ale w Albanii prawo pisał diabeł. Minęło siedem dni i po mnie przyszli. Wielcy, +srodzy i wściekli. Wujek kurczył się pod ich krzykiem. +– Gówniarza sobie wziąłeś ze wsi, nie pytając nikogo o zgodę? Myślisz, że +damy zdradzieckiej gnidzie deprawować dziecko? +I jeden z mężczyzn pociągnął mnie za sobą, jakby chciał mnie zarekwirować. +Krzyknąłem. Dla niego byłem tylko rzeczą, dzięki której mógł gnębić wroga ludu. +Pamiętam, jak strasznie zapłakali rodzice, kiedy po tygodniu zobaczyli mnie +z powrotem w domu. +Musiałem wrócić w tę nędzę, w ten głód i w to błoto. Mam w sobie tyle bólu… +Czasem wraca myśl o tym, jak potoczyłoby się moje życie, gdyby władza nie +zapragnęła wymierzyć wujkowi kolejnego ciosu. Kim bym był? Co bym osiągnął? +Poszedłem do szkoły: mały, zasmarkany wróg, który nie miał nawet porządnych +butów. +Równość w systemie komunistycznym to była bujda, społeczeństwo dzieliło się +na dobrych i złych, przodowników i pasożytów, miastowych i wsioków, tych, +którzy mieli odrobinę, i tych, którzy nie mieli nic. Przodownicy potrzebowali +reakcyjnych pasożytów, żeby ich prześladować. Dobrzy potrzebowali złych, +żeby przeglądać się w ich oczach i rosnąć. +Jeśli ktoś się wyróżniał, jeśli wpadł w oko funkcjonariuszowi Sigurimi – +zaczynało się zbieranie haków, żeby go zniszczyć. Sumienni i gorliwi szpiedzy +przynosili w darze dowody agitacji, prawdziwe i zmyślone. Zawsze coś się dało +wygrzebać. Każdego roku system produkował nowych wrogów ludu, bo dyktatura + +potrzebowała ich tak samo jak wyznawców. Musieliśmy być czujni i kontrolować +się nawzajem. System żywił się naszym strachem, ponieważ ci, którzy się boją, +klaszczą i pochylają głowy. I chociaż komunizm jako filozofia wydaje mi się +znacznie szlachetniejszy i bardziej ludzki niż kapitalizm, to w Albanii ideologia +zapuściła korzenie, sycąc się strachem z naszych głów. +Ze szczytu góry każdy mógł spaść w przepaść. Nawet najświatlejszy, +najbardziej oddany miłośnik komunizmu. +Ten mechanizm pożerania najlepszych odmienił moje życie. +Pamiętam, gdy po raz pierwszy wszedł do klasy i usiadł przy biurku – nowy +dyrektor szkoły, który przyjechał aż z Tirany. Wysoki i prosty jak ołówek, mocny, +jakby nikt nie mógł go złamać. Elegancko ubrany, z gładko zaczesanymi włosami, +ze spokojnymi oczami, zupełnie inny niż wszyscy. +Pomyślałem: „Jaki piękny! Pan minister!”. +Bo nasz nowy dyrektor Thoma Deliana jeszcze parę miesięcy wcześniej był +ministrem kultury i edukacji, i to najdłużej w historii – przez trzynaście lat. Ludzie +mówili, że to on był odpowiedzialny za reformę języka albańskiego, że to on +powołał do życia Akademię Nauk Albanii. Nie mogło nam się w głowie pomieścić, +jak człowiek z taką wiedzą, który studiował filozofię w Moskwie, trafił do nas, +gdzie kury dupami szczekały, bo nawet psów nie było. +Delianę strącili z piedestału za liberalizm czy oportunizm, właściwie za +cokolwiek – po prostu w 1976 roku popadł w niełaskę, a był to czas wzmożonej +paranoi Hoxhy i wzmożonych czystek. Podobno, szeptali ludzie, życie ocalił mu +list z samokrytyką, który wysłał do wodza. Pobyt w Sinanaj miał pomóc Delianie +przemyśleć jego reakcyjną postawę i wyciągnąć wnioski na przyszłość. +Thoma Deliana patrzył na nas z uśmiechem i po kolei pytał każdego o imię. +W końcu doszedł do ławki, w której siedziałem z córką mojego brata, bo trzeba ci +wiedzieć, że w szkole było nas jedenaścioro o nazwisku Ceka – moi bracia, siostry +i kuzyni, cała ferajna Ceków. +– Jak masz na imię? – zapytał moją pyzatą towarzyszkę. +– Flutura Ceka. +– A ty? – zwrócił się do mnie. +– Yzeir Ceka. +– Jesteście rodzeństwem? +– Nie – Flutura pokręciła głową ze śmiertelną powagą. – On jest moim wujkiem. + +I wskazała moje chude, obszarpane, dziesięcioletnie jestestwo. +Thoma roześmiał się w głos i śmiał się tak, jakby nie chciał przestać. +„Wesoły pan” – pomyślałem i sam się uśmiechnąłem. Przywykliśmy do tego, że +nauczyciel prędzej dziesięć razy da nam linijką po łapach, niż się do nas +uśmiechnie. A ten był ładny, czysty i lubił się śmiać. Widać, że przyjechał +skądinąd. Dziwny pan minister. +Polubiłem go od pierwszego wejrzenia. +Wszyscy znali to nazwisko: Thoma Deliana! Wielki minister z Tirany został moim +sąsiadem. Nie spuszczałem z niego wzroku, gdy szedł przez wieś, wyprostowany +i godny. Nosił się inaczej, mówił inaczej, zachowywał się inaczej, jakby przyjechał +do nas na chwilę i zaraz miał wrócić do swojego świata. Każdego dnia na lekcji +literatury pytał mnie o coś, jakby sprawdzał, czy mam w sobie ciekawość. +Oczywiście, że miałem! Im nędzniej było w domu, tym bardziej byłem pazerny na +wiedzę, na historie, na obrazy. Thoma zauważył, że lubię czytać i mam talent do +wymyślania opowieści. Pewnego dnia poprosił, żebym przyniósł mu ze szkoły +paczkę. +A mieszkał obok nas, ale nie w nędznej chałupie, tylko w pięknym, okazałym +domu, który zaraz wyremontował tak, że był jeszcze piękniejszy. Kiedy +odwiedziłem go po raz pierwszy, zobaczyłem, że ma lodówkę i telewizor. Na +ścianie wisiała też strzelba, co znaczyło, że mógł polować, a to był wielki +przywilej. Nigdy nie widziałem ani takiej strzelby, ani telewizora. Jedyny telewizor +znajdował się w wiejskiej świetlicy i czasem drałowałem tam pięć kilometrów +w jedną stronę, żeby o osiemnastej obejrzeć te trzy, cztery godziny bredni +i dyrdymałów, które nam puszczali. Kiedy byłem mały, nie mieliśmy w domu +nawet radia. A Thoma Deliana miał wszystko. +I miał też książki. Dwa tysiące książek! Wraz z nim do naszej wsi przyjechała +wielka biblioteka, która zajęła trzy pokoje jego domu. Miałem wrażenie, że +wszedłem do wielkiego kanionu wypełnionego książkami. Patrzyłem na nie +urzeczony. +– Chcesz którąś? – zapytał. +Pokiwałem głową, a on wybrał z półki tomik z bajkami i wręczył mi go. +– Tylko uważaj, bo będę cię przepytywał. +Pobiegłem do domu i zaraz schowałem książkę pod poduszkę; już wtedy +wiedziałem, że im mniej ludzie o tobie wiedzą, tym lepiej. + +Thoma pytał mnie czasem, czy lubię nauczycieli i co o nich myślę, ale nie robił +tego wprost, bo wiedział, że w Albanii nie ma niewinnych pytań. Kiedy +przychodziłem do niego w domu, nigdy nie oczekiwał, że będę powtarzał te +wszystkie durne formułki, których uczono nas w szkole. Nie chciał ode mnie +ideologii, chciał, żebym myślał. A w komunistycznej Albanii myślenie było +zjawiskiem rzadkim i niebezpiecznym. Ci, którzy myśleli, musieli szczególnie mieć +się na baczności. +Tak minął rok spokojnego życia, a potem – wszystko się skończyło. Z Tirany +przyszedł rozkaz, by ukrócić rządy krwiopijcy Deliany i posłać go do pracy +właściwej dla wrogów ludu. I tak dyrektor szkoły, były minister kultury i edukacji, +został pastuchem. „Takim ludziom jak on należy się zasłużona kara” – oświadczył +na środku wsi przedstawiciel Komitetu Centralnego. Władza zachęcała, by +piętnować zdrajcę, burżuja i oszusta. +Thoma wraz z żoną musiał przeprowadzić się do rudery, której nie mógł nawet +wyremontować. Pozwolono mu jedynie wstawić drzwi i okna. A skończył już +pięćdziesiątkę, rzeczy łatwe – przynieść wodę, rozpalić kozę – stawały się dla +niego coraz trudniejsze. +I tak ministrowi, który studiował w Związku Radzieckim, kazali wypasać +krowy. Zrzucili go na samo dno. Ale Thoma wiedział, że w Albanii zawsze może +być gorzej, dlatego drżał o los swoich synów, którzy studiowali w Tiranie. Dla jego +żony, która wcześniej wykładała na uniwersytecie, życie na wsi było udręką, +a kiedy przenieśli ich do rudery, całkiem się załamała. Thoma chciał ją za wszelką +cenę ratować. +– Jeśli chcesz ocalić naszą rodzinę – powiedział – musisz mi zrobić to samo, co +zrobiła partia. +Parę dni później skamieniali mieszkańcy Sinanaj oglądali scenę, której wielu +mężczyzn nie zapomni do końca życia. Virgjini, żona Thomy, na środku wsi +podniosła na niego rękę, krzycząc: „Nienawidzę cię!”. +Takich rzeczy ludziska nie widzieli, jak żyją… Żona bijąca męża! Mój ojciec +wrócił do domu porażony. +– Niech mnie diabli! – zawołał od progu. – Nie uwierzycie, co widziałem. – +I krzyknął na matkę, by nalała mu raki, bo o suchym pysku nie szło opowiedzieć. +Wiedziałem, że Thoma kochał swoją żonę, i wiedziałem, że przez ostatni rok +zrozumiał mentalność wsi. Ludzie wzięli go na języki, a plotki szybko dotarły tam, + +dokąd chciał. Być może Thoma nie spodziewał się tylko, że gdy żona podniesie na +niego rękę, ludzie wokół zaczną bić jej brawo i krzyczeć „Hurra!”. +Kilka dni później Virgjini dostała pozwolenie na powrót do Tirany, do synów, +a życie jej męża zamieniło się w mękę. +Każdego dnia o siódmej rano Thoma musiał meldować się na komisariacie +i podpisywać listę: „Ja, wróg ludu, jestem”. Nie wolno mu było opuszczać wsi. +Pilnie obserwowano, z kim się spotyka i o czym rozmawia, a donosy gorliwie +składano na ołtarzu Sigurimi. +Kiedy Thoma mówił „dzień dobry”, odpowiadało mu milczenie. Tylko dzieci, +które pamiętały go jako dyrektora, czasem pozdrawiały go pierwsze. Nikt inny. +Tępa wsiowa wulgarność i strach wzięły odwet na kulturze. Po roku takiego życia +minister wyglądał gorzej od nas. Wszyscy wokół ciężko pracowali, żeby go +zniszczyć. +Pewnego razu zobaczyłem dwóch synów Thomy idących pod osłoną nocy do +domu ojca. Thoma stał na progu i zobaczył jednocześnie i ich, i mnie. +– Nie mów nikomu – rzucił jakby mimochodem następnego dnia. +Jakże mógłbym donieść na niego? Już wtedy wiedziałem, że muszę go chronić. +Ale Thoma nie ufał nikomu, nawet mnie, złemu chłopcu. Kiedy innym razem +zapytałem go, dlaczego trzyma w domu portret Envera Hoxhy, popatrzył na mnie +długo, jakby chciał odgadnąć, czy próbuję go sprowokować. +– Nie pytaj – powiedział w końcu. +Im gorzej powodziło się Thomie, tym częściej go odwiedzałem. W szkolnej +bibliotece mogłem znaleźć tylko komunistyczną propagandę: Marksa, Engelsa, +Stalina, miłościwie nam panującego wodza i trochę literatury fachowej +z matematyki czy biologii. Do tego parę książek rodzimych literatów, jak Ismail +Kadare czy Dritëro Agolli, i żelazną klasykę spod znaku Szekspira i Gorkiego. Nic +więcej, wszystko zgodne z duchem partii. A Thoma miał w domu trzy nasze +szkolne biblioteki, bo książek, o dziwo, mu nie zabrali. Trzymał w ukryciu nawet +Freuda po niemiecku! Czasem mi o nim opowiadał, a dla szesnastolatka +z albańskiej prowincji książki Freuda były ciekawsze niż Biblia dla księdza. +Thoma dawał mi też do czytania pospolite romanse, na przykład o bogatym +mężczyźnie, w którym kochało się wiele kobiet. Mówił, że nawet z tak marnych +książek mogę się czegoś dowiedzieć o życiu. +– Wyobraźnia musi pracować – powtarzał. – Tu, w Albanii, nawet nie wiesz, +o czym można marzyć, bo niczego innego nie widziałeś. A książka przenosi cię + +w czasie i przestrzeni jak latający dywan: siedzisz pod drzewem hurmy, krowy +snują się wokół, wiesz, że nigdy stąd nie wyjedziesz, a w myślach możesz być +wszędzie. To tak, jakbyś ciągle otwierał nowe okna i oglądał nowe miejsca +i nieznane twarze. +Po trzech latach wreszcie przenieśli Thomę do pracy w kooperatywie. To była +ciężka, fizyczna robota, ale i tak o wiele lepsza niż wypasanie krów. Z czasem +Thoma zaczął znowu zdobywać szacunek, bo wiedział więcej niż inni. Ludzie +przychodzili do niego po przepis na zupę czy dżem albo prosili, żeby napisał dla +nich list do partii. Thoma znał też wszystkie rośliny lecznicze i potrafił doradzić +przy różnych dolegliwościach. +Pamiętam dobrze, jak latem 1983 roku wyszliśmy razem w góry zbierać zioła. +Kiedy usiedliśmy na zboczu, zapytałem znowu: +– Thoma, czemu ty masz w domu zdjęcie Hoxhy? +Ale Thoma milczał. Bał się odpowiedzieć. Każdy mógł latać do Sigurimi, nawet +ja. Parę miesięcy wcześniej zostałem aresztowany i on dobrze o tym wiedział. Nic +prostszego, niż zrobić szpiega z takiego gnojka. +– To lepiej ty mi powiedz, dlaczego cię zgarnęli. +– Przecież wiesz, przez książkę, którą mi dałeś. +– Masz na myśli tę, którą mi ukradli? +Roześmialiśmy się. To była oficjalna wersja, której mieliśmy się trzymać. +Ale wiedziałem, że Thoma nadal mi nie ufa. Popatrzyłem mu prosto w oczy. +– Myślisz, że gdybym cię wydał wtedy, na komendzie, pozwoliliby ci teraz +zbierać ze mną zioła, jak gdyby nigdy nic? +Thoma spojrzał na mnie i roześmiał się głośno, jak wtedy, gdy widziałem go po +raz pierwszy, a potem zaczął płakać. Płakał, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. +Jakby sznurki, które przytrzymywały go w pionie, niespodziewanie puściły. +– Dlaczego żyjemy w kraju rządzonym przez kanibala? +Tak właśnie powiedział. Kanibala. Bo Enver żywił się nami, naszym bólem +i naszym strachem. +– Nie rozumiesz, dlaczego muszę trzymać w domu zdjęcie potwora? Ono chroni +mnie przed śmiercią. Gdybym nie miał w domu portretu kanibala, byłbym następny +na pożarcie. +A potem przyszliby po nas. +Było nas trzech, którzy czytaliśmy książki od Thomy: ja, mój kolega i jeden +żołnierz z pobliskiej bazy wojskowej. Gdy miałem czas, chodziłem do kryjówki, + +którą urządziliśmy sobie wśród krzewów. Tam w umówionym miejscu zawsze +czekała na nas książka. Żołnierz przychodził w nocy i czytał przy świeczce podczas +służby. Pewnego razu powiedział: +– Za żadne skarby nie zostawiaj książki w domu, bo kiedyś przyjdą go +przeszukać i będziesz miał kłopoty. +Na początku mu nie wierzyłem, ale porozmawiałem z kolegą, którego ojciec +szesnaście lat siedział w więzieniu, i doszliśmy do wniosku, że musimy być +bardziej ostrożni. +Ale i tak w końcu ktoś podejrzał naszą kryjówkę, poszedł sprawdzić, co tam +robimy, znalazł książkę i zaniósł ją na komisariat. Czasem zadaję sobie pytanie: kto +nas wsypał? W naszej wiosce nawet drzewa miały oczy. +Żołnierza zabrali na przesłuchanie. Przybiegł do mnie jego kolega +z wiadomością: +– Trzymaj gębę na kłódkę, bo zaraz przyjdą po ciebie. +Ale byłem już biegły w sztuce kłamstwa, więc powiedziałem tylko: +– Nie wiem, o czym mówisz. +I tak zabrali mnie na posterunek. Wchodzę do pokoju, a tam na stole książka, +którą wtedy czytaliśmy, Cichy Don, tom drugi. Policjant patrzy na mnie i czeka: +będę się bał czy nie? A ja nic. Twarz z kamienia. Patrzę na książkę, patrzę w okno, +patrzę na policjanta, nie wiem, o co chodzi. Pyta mnie, jak się nazywam, skąd jest +moja rodzina, jak mi idzie w szkole. +– Komsi komsa – mówię. +– Skąd znasz żołnierza? +– Znam wielu żołnierzy. +– Pytam o żołnierza, z którym się przyjaźnisz! +– Przyjaźnię się z wieloma żołnierzami. +– Lubisz literaturę? – pyta niewinnie. +– Tak, lubię – mówię, ale nawet nie rzucam okiem na naszą książkę. Wpatruję +się w policjanta, jak gdyby nigdy nic. +– A co masz do powiedzenia o książce Cichy Don? +– Nie czytałem jej. +– Nie czytałeś? – pyta i wskazuje tom leżący na stole. +Wyciągam dłoń, że niby widzę tę książkę po raz pierwszy i chciałbym ją +obejrzeć. Wtedy przesłuchujący puka w blat biurka i na dany znak pojawia się +dwóch strażników. + +– To twoja książka – mówi policjant – a ty jesteś wrogiem ludu. +– Nie – odpowiadam. +I widzę, że policjant się waha. Nie miał stuprocentowej pewności, że jestem +w to zamieszany, bo wiedział, że kilka tygodni wcześniej do domu Thomy włamali +się jacyś ludzie i ukradli wiele rzeczy, w tym książki. Każda z książek Thomy +miała exlibris, więc gdy znaleźli Cichy Don, od razu wiedzieli, że należała do +niego. Mogłem ją dostać od niego i czytać ukradkiem, ale równie dobrze mogła to +być książka porzucona po tamtej kradzieży. +Policjant przyjrzał mi się uważnie. +– Powiedz nam prawdę. Kto dał ci tę książkę? Jeśli ją czytałeś, przymkniemy na +to oko, tylko powiedz, kto ci ją dał. Thoma Deliana? Jesteś dobrym chłopcem, +dlaczego miałbyś coś przed nami ukrywać? +Milczałem, więc policjant dał znak strażnikom i zaczęło się bicie. W brzuch, +w ręce, w łydki, w końcu przyłożyli mi w twarz, aż zalałem się krwią. A potem dali +mi mokrą szmatę, żebym się wytarł. +Nie wiedziałem, że w pokoju obok biją także żołnierza. Ale żołnierz był silny +i nie dał się złamać. Na każde pytanie tak jak ja odpowiadał: „Nie wiem”. +Jak się okazało, bicie było tylko prewencyjno-ostrzegawcze. Nie mogli mnie +aresztować, bo poza donosem nie mieli żadnych dowodów. +– To, co się stało – powiedział policjant z uśmiechem – zostanie między nami. +Nie waż się mówić o tym w domu. +Mówić o tym w domu? W życiu. Nikt nie wiedział, że czytam książki Thomy. +Ale po powrocie nie mogłem znaleźć sobie miejsca i w końcu zwierzyłem się bratu, +który wcześniej siedział w więzieniu. +– Coś ty narobił? – zapłakał brat. – Zgubisz nas wszystkich! +Więcej o tym nie rozmawialiśmy. A ja nie powiedziałem nikomu innemu, co +mnie spotkało. Bałem się, że ktoś z bliskich może współpracować z Sigurimi. +W końcu umarł nawet nasz nieśmiertelny wódz, a ja płakałem. Hoxha wydawał mi +się prorokiem, Jezusem Chrystusem, Bogiem. Pamiętam, jak ojciec pytał mnie: +„Czyś ty zgłupiał?”, ale ja miałem szesnaście lat i wydawało mi się, że bez Hoxhy +Albania jest skończona. Że zaraz przyjdą Amerykanie, Włosi, Niemcy i wszystkich +nas pozabijają. Miałem w głowie prosty podział: my, dobrzy Albańczycy, +i burżuazyjni kryminaliści po drugiej stronie granicy. +Po śmierci Hoxhy Thoma powiedział: + +– Musisz uważać i być czujny. System już wkrótce upadnie, ale minie wiele +czasu, zanim pozbędziemy się go z naszych głów. +Nie wierzyłem własnym uszom! Komunizm upadnie?! To się nikomu nie śniło. +Thoma nigdy wcześniej nie krytykował komunizmu. Uważał, że to jedyny +słuszny system, z całego serca nienawidził tylko Hoxhy i ludzi, którzy go otaczali. +– Hoxha nie był Bogiem. Prawdziwy Bóg jest nieśmiertelny! +Zdębiałem. +– Prawdziwy Bóg? +– Bóg, który istnieje i jest wieczny. +– Ale przecież religia to opium dla ludu! – zawołałem. +– I myślisz, że wszyscy, którzy żyli przed nami, naprawdę się mylili? +Thoma wyszedł do drugiego pokoju i wrócił ze starą, pożółkłą Biblią z 1938 +roku, jeszcze z czasów króla Zoga. Nie miałem pojęcia, co to jest. A Thoma zaczął +mi opowiadać o Adamie i Ewie, o synu marnotrawnym, o miłosiernym +Samarytaninie, najpiękniejsze historie, jakie mogłem sobie wyobrazić. +A potem spojrzał na mnie i uderzył mnie w twarz. +– Za co?! – zawołałem, łapiąc się za policzek. +– Żebyś do końca życia zapamiętał, że Bóg istnieje. Żebyś nigdy o tym nie +zapomniał! +Thoma pokazał mi inny świat, inny sposób myślenia. Najbardziej lubiłem, kiedy +opowiadał mi, jak wygląda życie w Europie. +– A wiesz, że kobiety w Europie mają prawo same wybierać sobie partnerów? +– Nie może być! Przecież to szaleństwo! +Wprawdzie Hoxha zabronił aranżowania małżeństw w kołysce, co było +w Albanii wielusetletnią tradycją, ale na prowincji rodziny ciągle dogadywały się +między sobą. Władza przymykała na to oko, bo i tak najważniejsze było, by +prawdziwi komuniści poślubiali prawdziwych komunistów. +– A jednak! – mówił Thoma. – A we Francji i w Niemczech ludzie wybierają +swoich prezydentów w wolnych wyborach. +– Niemożliwe! – wołałem. +– Owszem! +I tłumaczył mi, czym naprawdę jest demokracja i że nie ma nic wspólnego +z systemem, który panuje w Albanii. +Po śmierci Hoxhy ludzie znowu zaczęli zapraszać Thomę do swoich domów. +Kilka miesięcy później pozwolono mu wreszcie wrócić do rodzinnego Elbasanu. + +Jego ośmioletnie zesłanie na wsi dobiegło końca. +Kiedy zobaczyliśmy się znowu w 1992 roku, już po upadku komunizmu, Thoma +przytulił mnie do siebie jak syna, a potem jego oczy się zaszkliły. +– Nie wolno ci nigdy więcej uwierzyć w totalitaryzm! Tyle lat wierzyliśmy +w system kanibala… Nigdy więcej! – powiedział i zamachnął się, jakby chciał +mnie uderzyć. +– Nie, nie musisz mi przypominać – zaśmiałem się. – Bóg istnieje, wiem. +Byliśmy wolni. On, wróg ludu, i ja, zły chłopiec. Odtąd mogliśmy sami sobie +pisać biografie, wiedząc, że Bóg istnieje, że raj jest gdzie indziej i że w każdej +chwili możemy opuścić Albanię, jeśli nie będzie tu dla nas miejsca. +Miałabyś dla mnie jakieś książki po angielsku? +Thoma Deliana, urodzony w 1925 roku w Elbasanie, pierwszy sekretarz partii komunistycznej w okręgu +Elbasan, w latach 1963–1976 minister edukacji i kultury. Od roku 1977 do 1985 internowany w rejonie Lopësi, +następnie przeniesiony do Elbasanu. Zmarł w 2014 roku. + +Błoto słodsze niż miód +Myśmy walczyli o tę ziemię do ostatniej kropli krwi, myśmy ją wydarli z rąk +Niemców i Włochów, my ją uprawiamy, nie szczędząc trudu naszych rąk, a ona +jest dla nas dobra i rodzi obficie. I porodziła dla nas ziemniaka, a ziemniak jest nie +tylko warzywem, ziemniak jest chlebem i posiłkiem! Zjesz ziemniaka i brzuch +masz pełen od rana do wieczora, nie ma większego wroga głodu niż on. Wypełnia +nas szczęście nie do opisania, kiedy widzimy, jak pod socjalistycznym słońcem +Albanii ku chwale narodu wzrastają ziemniaki. +Niech żyje albańska ziemia, która rodzi ziemniaki! +…Niech żyje! +I niech żyje wiecznie Partia! +…Niech żyje! +W tym kraju, gdzie błoto jest słodsze niż miód! +Hojna jest albańska ziemia, podarunkiem każdego Albańczyka dla ziemi niech +będzie to, co już mu niepotrzebne. Dlatego na dzisiejszym zebraniu zarządzamy, co +następuje: w darze matce ziemi każdy zobowiązany jest odtąd zebrać co rano do +wiaderka nieczystość swą codzienną i dostarczyć ją niezwłocznie do punktu +zbiorczego. Stamtąd nieczystość zbiorowa zostanie przetransportowana stosownym +środkiem transportu… +…gównowozem… +…a potem trafi na albańskie pola i albańskie wzgórza, gdzie zostanie złożona +ziemi w podzięce. Taka jest wielka narodowa potrzeba. +W społeczeństwie socjalistycznym nie toleruje się marnotrawstwa. Od jutra, +nauczeni doświadczeniem naszych chińskich braci, zobowiązujemy się dokładać +osobistą cegiełkę do budowy muru socjalistycznej twierdzy, tak by mur ten rósł +wyżej i wyżej i odgradzał nas od zagrożeń imperialistycznego świata. Sukcesy, +które już osiągnęliśmy, cieszą wszystkich pracowników kooperatywy, bo głód jest +coraz mniejszy, a plony są coraz obfitsze. Stworzyliśmy zdrową bazę dla dalszego +wzrostu, a teraz wzrost wzrośnie jeszcze bardziej, gdy w pocie czoła będziemy go +użyźniać urobkiem własnych trzewi. Członkowie kooperatywy to ludzie o szerokiej +politycznej świadomości, którzy dadzą z siebie wszystko. + +Tak, w wiaderku. Punkt zbiorczy wyznaczono za wsią. +Naszą siłą organizacja, wiedza i doświadczenie! Ojczyzna kroczy ścieżkami +postępu! +Ziemia jest hojna, więc my też bądźmy dla niej hojni. Ziemia jest dobra, +a będzie jeszcze lepsza dzięki ludziom, którzy nie szczędzą jej krwi, potu +i wytworów swego ciała. Nikt już nie powinien mówić, że nieczystości są +nieczyste! By plony były obfitsze, by ziemniak rósł w siłę, by kukurydza wzrastała +wyżej, oddamy ziemi wszystko, co mamy! Partio, Enverze, w każdej chwili +jesteśmy gotowi! +W jednej dłoni kilof, w drugiej strzelba, a w trzeciej wiaderko! +Czy ktoś ma pytania? Czy ktoś chce coś powiedzieć? +…Albańskie gówno jest gówno warte!… +Kto to powiedział?! +…Nic nie jest warte gówno głodnych ludzi… + +Włoskie piosenki +Wyobraź sobie, że ciągle słyszysz: „Bądźcie wdzięczni Enverowi, bo jest +najlepszym przywódcą na świecie”. „Nie jedzcie tyle, objadanie się powoduje +choroby”. „Dzięki socjalizmowi Albania stoi na najwyższym poziomie rozwoju”. +System myśli za ciebie, mówi ci, jak żyć, co sądzić, kogo kochać. Władza +wypełnia ci każdą godzinę życia: wstać o szóstej, wyprawić dzieci do szkoły, pójść +do fabryki, wyrobić normę… Reżim dyktuje rytm, tak by nie było nawet chwili na +zastanowienie się: kim jesteśmy? Co robimy? +A teraz spróbuj powiedzieć na głos: „Nie podoba mi się, jak wygląda życie +w Albanii”. No, odważ się komuś wyznać: „Nie takiego życia chcieliśmy”. Spróbuj +i czekaj, co się stanie, kto następnego dnia zapuka do twoich drzwi. +Nazywam się Mari Kitty Harapi, co w czasach komunizmu znaczyło: córka Simona +Harapiego, wroga ludu, bratanica członka Balli Kombëtar, zdrajcy narodu, +siostrzenica ministra z czasów faszystowskiej okupacji i siostrzenica albańskiego +ambasadora w imperialistycznej Francji. Cała rodzina była wykształcona za +granicą, w Padwie, w Wenecji, we Florencji – jednym słowem, najgorsza, +najohydniejsza burżuazja. W oczach komunistów nie mogłam być bardziej nikim. +Ojciec trafił na pięć lat do więzienia, bo doniósł na niego brat: brat brata +publicznie oskarżył o krytykowanie władzy. Wujkowie minister i ambasador mieli +zostać rozstrzelani, ale system okazał, jaki jest łaskawy, i skazał ich ledwie na sto +lat więzienia, sto lat… Jeden odsiedział dwadzieścia siedem, drugi siedemnaście, +aż w końcu zostali wypuszczeni tylko po to, by mogli umrzeć we własnych +łóżkach. Ich ciała były wyniszczone, oczy puste, umysły zrujnowane, jakby już byli +po drugiej stronie. Zabierano z domów ludzi, a wypuszczono cienie. +Ojciec wrócił do nas z więzienia odmieniony. Nigdy nie opowiadał o torturach, +ale któregoś dnia, gdy chodziłam po mieszkaniu, nucąc włoską piosenkę, chwycił +mnie za ramię i powiedział, patrząc w bok: +– Kitty, to jest ostatni raz, kiedy śpiewasz po włosku. Jeśli chcesz śpiewać, rób +to w łazience, tam ściany są grubsze. Tutaj ci nie wolno. +Nigdy więcej nie odważyłam się zanucić w domu. + +Zdarzało się, że słuchaliśmy w ukryciu Głosu Ameryki albo Radia +Watykańskiego. Kiedy kończył się program, mama pytała: +– I co tam nowego? +– Nic – mamrotał ojciec. +– Naprawdę? – dopytywała. +– Naprawdę – powtarzał. +Zdrada brata sprawiła, że nie ufał już nikomu, nawet własnej żonie. Nie było dla +nas żadnej nadziei. +Z taką historią rodzinną mogłam zostać tylko prostą robotnicą, ale na początku +nawet nie w fabryce, to byłby zbyt duży przywilej – zesłali mnie do kolektywu, do +ciężkiej pracy fizycznej, do dźwigania, do ziemi, do zgarbionych pleców. Miałam +świetne stopnie w liceum, ale studia były dla dobrych komunistów, nie dla dobrych +uczniów ze złą biografią. A nawet gdybym skończyła studia, pewnie i tak +musiałabym iść na wieś – miasto było dla ludzi z dobrą biografią. +Ani słowa! Nie powiedzieć ani słowa! – w ten sposób przeżyłam komunizm, to +była moja strategia przetrwania. Jeśli rodzisz się w złej rodzinie, pewnego dnia +uświadamiasz sobie, że wokół ciebie nie ma nikogo. Kiedy ktoś przychodził do +domu, nigdy nie wiedziałam, czy chce coś pożyczyć, czy poszpiegować. Jeśli +przyjaciółka narzekała: „Przysługuje nam co miesiąc tylko sto gramów kawy”, +musiałam mówić: „Ależ skąd! Przysługuje nam mnóstwo kawy!”. Każdym +słowem, każdym krokiem zabezpieczałam się przed innymi. Między mną +a światem zawsze stała przezroczysta ściana. Kiedy wychodziłam z domu, starałam +się znikać. Szłam ulicą, wyobrażając sobie, że mnie nie ma. Żeby tylko nikt nie +zwrócił na mnie uwagi. Żeby nic mnie nie zgubiło. +Donosiła na mnie czwórka moich przyjaciół – kiedy zobaczyłam swoją teczkę, +nawet się nie zdziwiłam. +To ja miałam odwiedzać wujków w więzieniu, może dlatego że byłam najmłodsza +i najsilniejsza, w mojej przetrąconej rodzinie odniosłam najmniejsze obrażenia. +Autobusy kursowały tylko na krótkim odcinku, więc później czekałam na +ciężarówkę z kierowcą na tyle miłościwym, by zechciał mnie podwieźć bez +zadawania pytań, a ostatni kawałek pokonywałam pieszo, czując kamienie pod +cienkimi podeszwami butów. I tak po wielu godzinach docierałam do wsi Laç, + +gdzie obaj moi wujkowie, wykształceni na najlepszych uniwersytetach Europy, +pracowali fizycznie jak niewolnicy. +Ciemna, zwalista sylweta więzienia, potem wydęty strażnik i jego dwa spasione +psy. Cmokając z obrzydzenia, strażnik wkładał paluchy do placków, dżemów +i ciast, które przywoziłam, grzebał w nich zawzięcie, wykrzywiając twarz, a potem +dawał brudne palce do oblizania psom. Wiły się czerwone jęzory, łase ślepia +śledziły każdy ruch. Mechaniczna taśma upokorzenia i wstydu, żeby pokazać, że +więźniowie nie są nawet psami. +Drżałam ze strachu pod spojrzeniami strażników. Nie spuszczając ze mnie +wzroku, otwierali żelazną kratę, a ja wchodziłam do sali widzeń i siadałam przed +kolejną żelazną kratą. Patrzyłam na twarz wujka, porysowaną bruzdami, spaloną +słońcem, ze złuszczoną skórą; szary i znużony cień. Przykładałam policzek do +kraty i czułam jej chłód, a zaraz potem – spierzchnięte usta wujka na mojej skórze. +I przez te pięć minut musieliśmy powiedzieć sobie wszystko, a przecież nie +mogliśmy powiedzieć niczego. +Jak się masz? Nie wyglądasz źle… Potrzebujesz czegoś? Proszę, załatw mi parę +butów, dwa ręczniki. Jak matka? Jak babka? Daj, niech cię ucałuję. +I już, koniec. Pięć minut mijało jak chwila, choć podróż w jedną stronę +zajmowała tyle pustych godzin. +Potem przychodziły listy od wujków do mamy: „Jak cudownie było ujrzeć +Kitty, jej piękną twarz. Jesteśmy odizolowani, zupełnie sami. Zobaczyć ją to +największe szczęście”. +Do więzienia trafił także mój ukochany brat Angelini. Kiedy przyjechałam +przywieźć mu jedzenie, strażnik spojrzał na mnie spode łba, a potem wzruszył +ramionami. +– No i na co przyjeżdżałaś? Przecież dawno go rozstrzelaliśmy! +Zachwiałam się, zgięłam wpół, załkałam. Strażnik walnął się dłonią w udo. +– Czego płaczesz, głupia?! To był żart! Żart, słyszysz? Dawaj to jedzenie. +Chciał się tylko ze mną pośmiać… +Wiele lat później, gdy brat wyszedł z więzienia, siadywał przy stole +i opowiadał: +– Wiedziałem, że mnie wywiozą, więc schowałem się za kolumną, a tu strażnik +za mną kic, kic, cichuteńko, ale ja nic, a on łubu-du mnie pałką po plecach, a ja: +„Aaaaa!”. + +Śmialiśmy się, że mało nie spadaliśmy z krzeseł. „Ale z tego brata zgrywus!” – +myślałam i dopiero po latach zrozumiałam, że to był jego sposób radzenia sobie +z okrucieństwem, które go spotkało, ze zwierzęcym strachem, z codziennym +upodleniem. Śmiał się, a myśmy śmiali się z nim, bo nic innego nam nie zostało, bo +lepiej było śmiać się, niż płakać, lepiej było być żywym niż martwym. Nasza +wesołość, strwożona i smętna, z prawdziwym śmiechem nie miała jednak nic +wspólnego. +Łańcuch strachu oplatał nas wszystkich. W końcu zrozumieliśmy, że nic nie jest +takie, jak przedstawia to propaganda, że pracujemy niewolniczo, że władza wie +o nas wszystko, że nomenklatura ma rzeczy, o jakich nam się nie śniło. Ale nawet +oni, „czerwoni paszowie”, strzegli swoich cieni, bo w każdej chwili system mógł +ich strącić z piedestału, przycisnąć do ziemi, wymazać. W komunistycznej Albanii +nikt nie zasypiał z myślą, że obudzi się w swoim łóżku. +Cała nasza rodzina była prześladowana, a jednak matka mnie pocieszała: +– Inni to się nacierpieli! Przynajmniej mieliśmy szczęście, że nikt z nas nie +umarł podczas tortur. +Wiedzieliśmy, że niektórych wieszano do góry nogami i zostawiano bez +jedzenia, bez wody, na zimnie, że wisieli tak godzinami, dniami, czekając, aż +śmierć wszystko pochłonie. Ból się nie wyczerpywał, zawsze można było zadać go +więcej. Jednych internowano, inni umierali w kałuży krwi. +Bywały lata lepsze i gorsze. Dopóki Albania bratała się ze Związkiem Radzieckim, +do 1960 roku, mogliśmy piec ciasta, jedliśmy słodycze, wszystko było łatwiej +dostępne, bo ratował nas import z Rosji. Ale i tak nie potrzebowaliśmy lodówek, bo +nigdy nie było tyle jedzenia, żeby cokolwiek mogło się zepsuć. Potem na chwilę +złapaliśmy oddech, pod koniec lat sześćdziesiątych system rozluźnił uścisk, ale +wszystko zmieniło się około 1973 roku, gdy poczuliśmy na własnej skórze, czym +jest chińska rewolucja kulturalna w wydaniu albańskim. +Skończyło się oglądanie francuskich filmów w kinie, nie wolno było patrzeć na +twarz Brigitte Bardot, na garnitury Alaina Delona, na piękne płaszcze, fryzury, +samochody… Skończyło się słuchanie włoskich oper w radiu. Żadnych eleganckich +ubrań z paczek, żadnych piosenek z innego świata. System wydał wojnę +wszystkiemu, co piękne, i pielęgnował w nas strach. Profesorowie i intelektualiści +wykształceni za granicą trafili za kratki, więc nauczycielami zostawali ci, którzy +ledwie skończyli liceum. + +Do Szkodry przyjechali Chińczycy ze swoim dziwnym, szczebioczącym +językiem, a wraz z nimi pojawiły się nowe zwyczaje, na przykład trzydzieści minut +gimnastyki: tłum zmęczonych ludzi w fabryce podryguje rytmicznie, robiąc +pajacyki. Jakby mało nam było albańskiego absurdu, musieli jeszcze importować +chiński! Co odważniejsi opowiadali dowcipy: +– Jak Chińczyk wymyśla imię dla dziecka? +– Zrzuca aluminiowy talerz ze stołu i nadsłuchuje: Ting Ting! +Ale opowiedzenie dowcipu mogło odmienić całe twoje życie. Do dziesięciu lat +za agitację – tak system oduczał Albańczyków poczucia humoru. +– Dlaczego trafiłeś do więzienia? +– Przez kilka drobniaków. +– Jak to? +– Nie zainstalowałem w drzwiach dobrego zamka. +Jeśli Sigurimi miało cię na liście, taki dowcip był dla nich w sam raz. +Ale w 1978 roku Albania zerwała nawet z Chinami, nawet twardogłowe Chiny +nie dość były socjalistyczne! Teraz mieliśmy stać się całkowicie samowystarczalni, +a to oznaczało jedno: nędzę. Władza dawała ci olej, ale już nie ziemniaki, więc +ludzie ciągle kombinowali albo wymieniali się jedzeniem. Piekliśmy najprostsze, +skromne ciasto Regina: dwie łyżki sody, trochę mąki, oliwa, masło, cukier i woda +zamiast mleka. Na wielkie święta udawało się czasem upiec baklawę, ale trzeba +było zaangażować kilkoro ludzi, żeby pomogli zebrać składniki. +Wszyscy byliśmy biedni, jedliśmy tylko chleb z olejem i ser, a jeśli ktoś miał +więcej, uchodził za szczęściarza. Kiedy mama chciała sprawić nam przyjemność, +piekła w sobotę świeży chleb, nasz największy przysmak. Czasem w paczkach od +rodziny z Włoch przychodziły słodycze, ale jedliśmy je w domu, ukradkiem, żeby +nie kłuć nikogo w oczy. Raz wyrzuciłam papierek po cukierku na chodniku przed +domem i zobaczyłam, jak nasz mały sąsiad podnosi go łapczywie, obraca +w palcach, wącha, a potem liże. Nigdy nie jadł cukierka. +Hoxha krzyczał z trybun: „Ani na chwilę nie zmrużymy oka, zawsze będziemy +czujni, ściany naszej twierdzy są zrobione z granitu!”. Dumni, czujni, zapomniani. +Nawet jeśli gdzieś w Albanii tliły się iskierki oporu, nic o nich nie wiedzieliśmy. +A w Europie nikt nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo cierpimy. Zagraniczne +delegacje przyjeżdżały do Durrës, gdzie grała muzyka i stoły uginały się pod +ciężarem jedzenia, i nikt nie miał pojęcia, że Albania jest głodna. Ci, którzy +przyjeżdżali o nas pisać, nie zbliżali się nawet do prawdy, do tego, jak bardzo + +podzielone jest społeczeństwo: na dobrze wykształconych ze złymi biografiami +i wzorowych, odpowiednio zastraszonych i potulnych – idealny materiał, by lepić +nowego albańskiego człowieka, bezgranicznie oddanego partii. Ludzie na wsi spali +na klepisku, na posłaniu z siana, a tu nagle system przydziela im łóżko, poduszkę, +widelce. Albo dostają pracę w fabryce, mieszkanie – dla nich reżim był wielkim +społecznym awansem, oznaczał lepsze życie. +Wszystko było zasługą systemu, nawet to, że jeden plus jeden równa się dwa. +„Einstein dokonał wielkich odkryć jako żarliwy komunista” – krzyczały nagłówki +gazet. W świecie kłamstw nikt nie mógł być sobą. Nasze dzieci nie należały do nas. +Mój syn nie był moim synem, jego matką była partia. Jeśli partia mówiła: „Czas, +byś się ożenił”, musiał się ożenić. Nie miałam żadnego wpływu na swoje życie. Nie +byłam nawet numerem. Byłam niczym. +I nic nie było moje, mój był tylko strach. Czy zrobiłam coś złego? Piękne +kobiety musiały sypiać z ludźmi Sigurimi, żeby nie trafić do więzienia. Partia +potrzebowała dzieci, które miały stać się robotnikami i żołnierzami, więc aborcja +i antykoncepcja były zabronione. Nawet nasze ciała nie należały do nas, w naszych +ciałach też czyhała partia. +I mama, i ojciec studiowali we Włoszech, więc życie w komunistycznej Albanii +bolało ich bardziej niż mnie, bo w głowie mieli wciąż obrazy z innego świata, który +zatrzasnął przed nimi drzwi. +Dlatego w 1972 roku wspólnie postanowiliśmy, że zrobimy wszystko, by kupić +telewizor, który kosztował wtedy czterdzieści tysięcy leków, czyli równowartość +ośmiu pensji. Żeby spełnić to marzenie, musieliśmy sprzedać, co tylko się dało: +maszynę do szycia, stare lustro, ukochane książki ojca. Ale ojciec nie protestował, +bo powtarzał, że telewizor będzie dla nas oknem na świat. +A potem zaczęło się wielkie kombinowanie z antenami, żeby choć na chwilę +złapać sygnał z Jugosławii albo Włoch. Do tej pory słuchaliśmy muzyki przez +radio, a teraz nagle pośród szumów, błysków i trzasków docierały do nas piosenki +z festiwalu w San Remo. Znaliśmy imiona włoskich piosenkarzy lepiej niż sami +Włosi, każdy utwór, słowa każdej piosenki… Czasem miałam wrażenie, że +oglądamy sen. +To małe pudło w dużym pokoju roztrzaskało mit wielkiej albańskiej potęgi. +Ojciec szeptał: +– Dobry Boże, wierzymy w kłamstwa, w same kłamstwa… + +Ale jeśli chcieliśmy go zapytać o coś więcej, unosił palec. +– Im mniej każde z nas mówi, tym lepiej. +Kochałam muzykę, balet, uwielbiałam Adriana Celentana, ale całą miłość do +muzyki musiałam zamknąć w swojej głowie. Nie mogłam powiedzieć koleżance: +„Jak wspaniale śpiewa Demis Roussos! Jak pięknie wygląda na scenie Mina!”. +Pamiętałam: za Demisa można dostać ze trzy lata, a za Minę drugie tyle. +Sukienki były takie same, buty były takie same, do jakiegokolwiek mieszkania byś +weszła, wszystko wyglądało tak samo. Ojciec żartował: +– Dzięki Bogu przynajmniej żony mogą się różnić między sobą. +Siostra mamy wyszła w 1945 roku za Włocha, więc trzy razy do roku +dostawaliśmy od niej paczkę. Jeśli ciotka wysłała nam coś szczególnie ładnego, +kontrola rekwirowała to, zostawiając adnotację: „Nie pasuje do albańskiej +rzeczywistości”. W Albanii nie było miejsca na rzeczy piękne, a przynajmniej nie +dla takich jak my. Albo wymyślano, że za odbiór paczki trzeba zapłacić +dwadzieścia tysięcy leków. To były cztery miesięczne pensje, pieniądze +nieosiągalne dla normalnej rodziny! Składaliśmy się więc z sąsiadami – jeden +dawał trzy tysiące, drugi cztery, a potem dzieliliśmy między sobą rzeczy. Ale +wystarczyło, by sekretarka w dziale kadr powiedziała: „Ach, jaką masz ładną +sukienkę”, i trzeba było zawołać: „Ależ weź ją proszę, jeśli ci się podoba”. +Sekretarka udawała, że się wzbrania: „No jakże to tak, bez płacenia?”, ale +spróbowałabyś powiedzieć, żeby zapłaciła, to na drugi dzień jej mąż wysyczałby ci +do ucha: „Ty włoska imperialistko, tak lubisz rozpustne szmaty? Może zesłanie +nauczyłoby cię rozumu?”. W ramach kary za burżuazyjne upodobania trzeba +było w deszczu lub śniegu sprzątać całą okolicę w dziurawych butach. Jeśli +spotykała mnie taka kara, wkładałam grube skarpetki i owijałam stopy celofanem, +żeby się nie przeziębić. Dlatego co ładniejsze rzeczy nosiliśmy tylko po domu; bo +jeśli się komuś nie spodobałaś, hak zawsze się znalazł. +Kiedyś poprosiłam ciotkę, żeby przysłała mi buty. A ona, chcąc sprawić mi +przyjemność, znalazła dla mnie coś specjalnego: pomarańczowe czółenka. Kiedy +otworzyłam paczkę, aż usiadłam z wrażenia. Kochana, naiwna ciotka, jak bardzo +nie miała pojęcia o życiu w Albanii! Wszystko dookoła było w kolorze pyłu, +prochu i kurzu, a ten pomarańcz wzywał drapieżniki: „Bierzcie ją!”. W Albanii te +buty robiły większe wrażenie niż kosmici, ale nie miałam innych, musiałam w nich +chodzić. Zaraz rzuciły się w oczy szefowej zmiany w fabryce. Zasugerowała, że + +bardzo by się jej przydały, ale udawałam, że nie rozumiem, o co chodzi. +Następnego dnia wywaliła mnie z pracy za imperialistyczną ekstrawagancję +w ubiorze! Zamiast do fabryki, wysłali mnie do roboty na bazar, razem +z albańskimi Cyganami. +Tak, otwieranie przesyłek z Włoch to były krótkie chwile szczęścia. Szczęściem +było też zjedzenie czegoś innego niż chleb i ser. Szczęściem było pojechanie na +plażę i wykąpanie się w Jeziorze Szkoderskim. Potrzebowaliśmy do tego +specjalnych dokumentów, a kontrolerzy przetrzebiali zawartość koszyka, macali +każdy pomidor, obracali w palcach ser. Mieliśmy tylko piętnaście dni wolnych +w roku i jechaliśmy na wakacje wtedy, gdy państwo decydowało, że można – raz +w maju, raz we wrześniu, a raz w lutym. Wakacje były przywilejem i nagrodą: dla +robotników, dla administracji, dla ludzi Sigurimi. Zasłużeni mieli własne ośrodki +wczasowe. My spędzaliśmy czas w ośrodkach robotniczych albo pod namiotem. +Tu, w Szkodrze, ciągle szeptano, że Czerwony Faraon słabnie, a kiedy umarł, co +odważniejsi żartowali: +– Jest tak mało mięsa, że pewnie pokroili już nam Hoxhę na wędliny. +– Przynajmniej jednego komunistę mniej – wzdychaliśmy. +Coś się zmieniło. Władza zaczęła się w końcu obawiać, że ludzie nie +wytrzymają dłużej nędzy i wreszcie się zbuntują, więc poluzowała uścisk. +Coraz więcej osób wychodziło z więzień, coraz łatwiej było iść na studia. Strach +zelżał, ale głód narastał. Wszystko robiliśmy sami: ser, chleb, masło, bo na targu +można było kupić tylko szczypior. Ludzie dostawali obsesji na punkcie jedzenia, +nie wahali się kraść. Pracowałam wtedy w państwowej kwiaciarni i raz po raz +udawało mi się wymienić nielegalny bukiet na kawałek sera… +Myślałam czasem, że Albanii już nie ma, że kraj upadł i tylko źli ludzie, którzy +za wszelką cenę chcą utrzymać się u władzy, próbują nas przekonać, że państwo +nadal istnieje. Pewnego razu, gdy wracałam do domu drogą nad jeziorem, +zobaczyłam, że na powierzchni wody coś się unosi. Podeszłam bliżej – to były +książki, książki autorstwa naszego ukochanego przywódcy, zmarłego, lecz +nieśmiertelnego Envera Hoxhy! Rozejrzałam się ze strachem. Bałam się, że coś +złego może mnie spotkać, więc na wszelki wypadek poszłam do dyrektora fabryki. +– Towarzyszu dyrektorze – zaraportowałam – widziałam wrzucone do wody +dzieła Towarzysza Komendanta! +A dyrektor powiedział po prostu: + +– Rozumiem, wracaj do pracy. +Nie zapytał, ani gdzie, ani kiedy, ani jakie dzieła, w jakiej wodzie. Wydało mi +się, że w kąciku jego ust zobaczyłam cień uśmiechu. I wtedy zrozumiałam – +kończy się Albania, jaką znaliśmy. +Wreszcie 27 sierpnia 1990 roku sama po raz pierwszy wyjechałam za granicę, +do Wenecji, odwiedzić kochaną ciotkę, która przez lata ratowała nas paczkami. +Statek był piękny, luksusowy i czysty, ale ludzie na pokładzie pochodzili z innego +świata, mieli ze sobą tylko chleb, ser i pomidory. Mężczyzna obok mnie cały czas +się trząsł. +– Nie zdajesz sobie sprawy – szeptał – ale w każdej chwili mogą nas zawrócić. +Kiedy włoski marynarz rzucił do mnie: „Udanej podróży!”, wymamrotałam: +„Żeby cię pokręciło”, bo z tyłu głowy miałam tylko jedną myśl: mężczyzna +w mundurze oznacza przemoc i kłopoty. +Moja mama ciałem była w Szkodrze, ale myślami całe życie mieszkała +w Wenecji. Kiedy tam pojechałam, miałam wrażenie, że wracam do znajomego +miasta, bo mama opowiadała mi o każdym budynku, każdym placu i zaułku, każdej +podróży gondolą; zawsze marzyłam, by znaleźć się w krainie z jej opowieści. +I to się udało. Wraz z upadkiem komunizmu odzyskałam kontrolę nad życiem. +Kiedy tylko chciałam, mogłam śpiewać włoskie piosenki. +A jednak… Minęło tyle lat, a strach ciągle przesiaduje w moim cieniu. Kiedy +weszłyśmy tu, do kawiarni, rozejrzałam się i ucieszyłam, że jesteśmy same. +Wybrałam najbardziej ustronne miejsce, a potem przyjrzałam się twojemu ubraniu: +gdzie możesz mieć ukrytą pluskwę? A przecież po prostu mi powiedziałaś, że +będziesz nagrywać. Rozłożyłam przed tobą książki o komunizmie i pomyślałam: +„Jak to dobrze, że nikt nas nie widzi”. Minęło tyle lat, a ja wciąż myślę strachem, +on ciągle we mnie jest. +Kiedyś w 1992 roku poszłam do urzędu i przez przypadek trafiłam do pustego +pokoju, w którym piętrzyły się jakieś akta, na podłodze walały się sterty papierów. +Podniosłam jedną z kartek: „W Kopliku szesnaście osób maluje na czerwono jajka +na Wielkanoc”. Równe, okrągłe litery… List z poprzedniego świata. +Wiele osób powie ci, że komunizm w Albanii się nie skończył, bo u władzy są +wciąż ci sami ludzie i nikt nie został naprawdę ukarany. Czym jest demokracja? +Przecież głos powinien być wolny, a tymczasem u nas ludzie głosują, bo ktoś +z danej partii załatwił im pracę, bo dostali od kogoś pięćdziesiąt euro, bo chcą coś + +uzyskać. Dziś każdy może stąd uciec, tylko dokąd? Nikt nie chce u siebie +Albańczyków. +Kiedyś jeśli trzymałaś język za zębami, byłaś bezpieczna. Dziś możesz +krzyczeć, ale nikt cię nie usłyszy. + +Jak to się dawniej głosowało raźno i co rychlej +Hajde, hajde, ludzie, ludziska, wstawać, obrabiać się, żywo! Każdego jednego +potrząchnąć, gębę umyć, łapy wyszorować, włosy przylizać! Kur pieje, słońce +mozolnie gramoli się po niebie, a my dalejże, buty najśliczniejsze, koszule +najczystsze, spódnice haftowane, co kto ładnego ma, to na grzbiet wkłada. Dzisiaj +na wszystkie zbytkowne ozdoby władza łaskawie przymknie oko, bo to wielkie +święto jej, hajde, hej! +Schodzą się ludzie ze wsi, wspinają się ludzie pod górę, odświętni +i uśmiechnięci, uczesani i umyci, zachwyceni sposobnością wdzięczną, że dziś tu, +o, właśnie, powiedzą, co myślą, pokażą, jak partię kochają, głos oddadzą +i zaświadczą radośnie, że partia to matka umiłowana, że partia to ogień, co w niego +zaraz jeden z drugim gracko wskoczą! Więc idą pod glazurą, uwzniośleni idą, +pozdrawiają się nawzajem, mirë, shumë mirë, dobrze, bardzo dobrze jest w tym +naszym życiu, i tak łączą się w gromadę wielką, i schodzą ze wzgórza stadem +czarno-szaro-granatowym, gwarnym i frymuśnym, i wąskimi uliczkami wspinają +się znowu, by dotrzeć tam, gdzie gra orkiestra, gdzie tańce-wywijańce, gdzie +szczęście robotnika i szczęście rolnika podają sobie dłonie, a potem podnoszą je +nad głową i zaciskają w pięść. +A wtem kogut pieje, szósta wybija i mężczyzna srogi wrota otwiera. Hopla, +hajde, tłum do urn! Wielkie głosowanie za otwarte uważa się, głosuje, kto chce! +Bo w Albanii komunizm jest demokratyczny, dziś każdy może powiedzieć, czy jest +za rządami miłościwie nam panującej partii pod wodzą ukochanego Envera, czy +może jednak przeciw. Czy może coś nie podoba się komu głupiemu? Można oddać +głos na tak, można oddać głos na nie, wszystko można, można godnie żyć +i w cierpieniu umrzeć. +Więc muzykanci wywijają skocznie, więc ludzie do lokalu lecą, trochę +pokrzykują, trochę się tarmoszą, ktoś komuś kartę wyrwie z dłoni, ktoś kogoś +popchnie, każdy chce jak najszybciej wypowiedzieć się – tak czy nie? +W komunistycznej Albanii różne rzeczy można uważać, dlatego w lokalu +postawiono też specjalną budkę zasłoniętą kotarą, kto chce, wejdzie sobie, można! +Ale nikt się jeszcze nie znalazł, co by wlazł. Ludzie mówią: za kotarą głosuje, + +znaczy – ma coś do ukrycia, nie podoba mu się partia nasza słuszna i łaskawa, +Enver ukochany nie podoba mu się. +Dlatego każdy krokiem dziarskim, krokiem paradnym spieszy oddać głos pod +komisyjnym okiem, głos roztropny i właściwy. Tu stara Rrumbulaku rechocze +z radości, tam chłopak Markajów dziewczyny w tańcu obraca, gra orkiestra, +a komisja spogląda na czyste ręce ludu. +I już radio grzmi, radio donosi: okręg Dibra zakończył głosowanie o ósmej rano, +frekwencja sto procent, sto procent mówi ukochanej partii tak! W okręgu Tepelena +trochę gorzej, głosowanie zakończone o dziewiątej, frekwencja dziewięćdziesiąt +sześć procent, niestety, komuś obywatelskiego obowiązku nie chciało spełnić się, +ktoś partię dzisiaj haniebnie rozczarował. W porządnych okręgach głosowanie +zaczynają o szóstej, a o siódmej kończą, w porządnych okręgach nie głosują tylko +szaleńcy i internowani, bo ich głos nikogo nie obchodzi. +A u nas, w Gjirokastrze, wszyscy są? No nie, patrzcie, stary Bani zwariował +chyba, ludzie, widzicie, jak się wspina na wzgórze ze stadem swoich durnych +owiec, a to szuja! A to bydlę marne! A to burzyciel zepsuty! +Komisja spogląda na siebie i brwi marszczy. Zaraz wybije dziesiąta. Dziesiąta to +wciąż nie południe, ale już późno okrutnie, późno straszliwie. Jak frekwencję +niestuprocentową wytłumaczyć? Skoro jeszcze stara Karajowa nie była łaskawa się +doczłapać, bo mówi, że już jej kostucha w oczy zagląda, babsko stare, leniwe, na +łożu śmierci się wylegujące! Kto to będzie partii wyjaśniał? Występuje pot na +komisji czoło. Wahania, jąkania, bardzo źle. Trzeba będzie sprawozdanie zdawać, +wytłumaczenia szukać… A przecież tego wytłumaczyć się nie da. +Więc dwaj z komisji zrywają się i biegną, przez ulice brukowane, przez trawy, +przez łąki, za pasterzem zdrajcą podłym, nieumytym, nieubranym, dywersancko +owce prowadzącym! Biegnie przez pola komisja, powiewają na wietrze krawaty, +niesie się wysoko aż po krawędź wzgórz orkiestry melodia swawolna. Widzi +pasterz czarne sylwetki w oddali, strwożone, spocone, widzi i uśmiecha się +leciuchno. Odwraca się plecami do miasta i idzie w las. + +W świetle lampy naftowej +Na wieży minaretu mężczyzna strzela z mitraliezy. +Psy podnoszą smukłe pyski i nadsłuchują; wcześniej siedziały cierpliwe +i niewzruszone, gdy mała Fatbardha Mulleti kładła dłoń na ich mokrych nosach. +Czasem, gdy wyciągały się na dywanie, opierała głowę o ich twarde brzuchy. Na +psy składały się: gładka, szara sierść i spokój, ciepły język i ufność. A potem +przyszli mężczyźni, którzy mieli czarne buty i czarne karabiny. W skupieniu +mierzyli w grzbiety psów, pociągnęli za spust. +Wszystko się skończyło. +Zniknęły kryształy, najmodniejszy zbytek w mieszkaniach albańskiej klasy +wyższej. +Zniknęły zasłony, pod którymi spały psy, marmurowe schody, kominek +z czerwonej cegły, pokój gościnny ze złoconymi meblami i bordowym obiciem +foteli. +Olbrzymi stół w jadalni, pod którym czasem chowała się mała Fatbardha. +Kiedy Haki Mulleti, urzędnik państwowy i posiadacz tych dóbr, w latach +trzydziestych kształcił się w Wiedniu, nie zaprzątał sobie głowy komunizmem. +Teraz to właśnie komunizm zabierał mu ukochany dom, sklepy i ogród pełen +brzoskwiń, winogron i fig. +Wraz z wtargnięciem nowej władzy przepadły też obrazy: portret Skanderbega, +portret babki Mulleti i portrety sióstr Mulleti. Ta starsza była poważna i skupiona, +jej twarz na płótnie ginęła w mroku; ta młodsza promieniała w świetle, jasna +i pełna pogody. Pędzel malarza przewidział ich losy: młodsza zmarła w wieku +osiemnastu lat na zapalenie opon mózgowych, starsza dożyła późnej starości. +Na procesie Hakiego tłum krzyczał: „Wrogowie ludu na stryczek! Powiesić ich!”. +Krzyk ludzi dudnił małej Fatbardzie w uszach. +Urzędnicy państwowi, zwłaszcza ci wykształceni za granicą, pierwsi szli na +szubienicę albo pod lufy plutonu egzekucyjnego. Hakiego skazano na pięć lat +więzienia, ale komuniści zarekwirowali cały jego majątek. +Haki uważał, że ma wielkie szczęście. +Jego żona obiecała sobie, że wszystko przetrwa. + +Mała Fatbardha nie myślała nic. Tęskniła za psami. +Haki trafił do ciemnej więziennej celi, jego żonę wraz z piątką dzieci zesłano do +piwnicy w miasteczku Kavaja; ciemność rozpraszały wąskie pasma światła z okien +pod sufitem. Komuniści pozwolili im zabrać tylko stelaż łóżka ze sprężynami, +jedyny mebel w ciemnej piwnicy, niebywały luksus w beznadziejnej pustce. +Zamiast na krzesłach, siedzieli na poduszkach wypełnionych owczym runem. +– Stół z naszej dawnej jadalni zająłby tu całe wnętrze, więc może lepiej, że go +nie mamy – żartowała matka. +To na jej głowie było teraz karkołomne zadanie: wykarmić całą piątkę +w czasach codziennego głodu. W takich warunkach ludzie zaczynają rozumieć, +jacy są silni. Matka zacisnęła pięści i zamieniła się w kamień. +– Im zimniejszy jest kamień, tym twardszy się staje – mówili ludzie w wiosce. +Matka wstawała wcześnie rano i szła szukać dzikich roślin, które nadałyby się +do jedzenia. Robiła herbatę z ziół, cerowała ubrania, nosiła wodę w wiadrach, nie +przystawała ani na chwilę. Musiała dać swoim dzieciom nadzieję – że przyjdzie +następny dzień, że życie będzie się toczyć dalej. +Kiedy Haki wrócił z więzienia, opowiadał im bajki o dzieciach, które straciły +dom, ale i tak były bardzo szczęśliwe, bo miały przy sobie rodziców. +– Uczcie się modlić – mówił – bo wkrótce system zabierze nam też Boga. +Fatbardha wychodziła na podwórko i tańczyła, tańczyła, tańczyła, ale tuż za +płotem zaczynał się inny świat. Świat siniejących ciał, które zwisały z gałęzi +morwy, ciał zawiniętych w białe prześcieradła, na których czerwoną farbą pisano +„wróg”, ciał czerniejących w rowie. Trupy ładowano na wozy i zostawiano przed +wejściem do szkoły, by każdy mógł zobaczyć, co władza robi tym, którzy nie +wierzą w komunizm. +Co noc Sigurimi zabierało jej ojca, a on w świetle ostrych lamp składał zeznania: +– Czy twój brat Qazim Mulleti wrócił już do kraju? +– Qazim nigdy tutaj nie wróci – powtarzał Haki. +Każdego dnia wychodząc do szkoły, Fatbardha modliła się, by pod jej +nieobecność Sigurimi, ten potwór o niezliczonych mackach, zwróciło jej ojca. +A w szkole witał ją śmiech: +– Patrzcie, bratanica Prefekta! +Bratanica Qazima Mulletiego, najsłynniejszego wroga ludu w Albanii! Wuj +Fatbardhy był przez trzy lata prefektem Tirany, jej wojennym burmistrzem + +kolaborującym z włoskim rządem. Kiedy szala zwycięstwa zaczęła się przechylać +na stronę komunistów i gdy Qazim zrozumiał, że jest na liście pierwszych do +rozstrzelania, uciekł z kraju, zostawiając całą rodzinę. Był rok 1944. +Pięć lat później Qazim Mulleti został bohaterem sztuki teatralnej Prefekt, która +nie schodziła z afisza przez kolejne czterdzieści lat. Przesądny i autokratyczny, a na +dodatek rozgarnięty jak stóg siana, Prefekt był pośmiewiskiem całej Albanii, +symbolem tego, z czym komunizm każdego dnia toczył ciężki bój. Otaczający +Prefekta mieszkańcy starej, faszystowskiej Tirany wierzyli w najdurniejsze +zabobony, a własną matkę sprzedaliby za garść pszenicy. Galeria tumanów, +nygusów i prostaków podbiła serca Albańczyków w całym kraju. Prefekt był +nadawany w Radiu Tirana, a gdy na początku lat siedemdziesiątych Albania +zaczęła odkrywać telewizję, nakręcono komedię z Robertem Ndreniką w roli +głównej, tak popularną jak w Polsce Sami swoi. +Odkąd Prefekt pojawił się na deskach teatru, życie rodziny prawdziwego +Prefekta zamieniło się w koszmar. Jego żona Hajrie, przedstawiona w sztuce jako +odrażająca, zarozumiała gęś, została internowana wraz z piętnastoletnim synem +Reshitem w Tepelenie, gdzie znajdował się najstraszniejszy ze wszystkich obozów +zesłania. +Życie w Tepelenie było katorgą. Mężczyźni całymi dniami rąbali drewno, +kobiety całymi dniami znosiły je z lasu, za najmniejsze przewinienie karano +staniem godzinami po pas w lodowatej wodzie. Taka kara dla wielu była wyrokiem +śmierci, bo jedzenia ciągle brakowało i ludzie cierpieli z niedożywienia i chorób. +Podczas epidemii tyfusu tylko jednej nocy zmarło trzydzieścioro dzieci. +Reshit musiał zakopywać ciała. W ciągu pięciu lat – dwieście ciałek małych +dzieci. Setki ciał dorosłych, mężczyzn i kobiet, ludzi, którzy niedawno mówili mu +„dzień dobry”. Po trzech latach komendant doszedł do wniosku, że zmarłych trzeba +wykopać i przenieść w inne miejsce. Więc Reshit wydobywał ciałka dzieci i ciała +dorosłych, znowu setki razy mówił śmierci „dzień dobry”. +Z jednej strony była nienawiść, z drugiej pogarda i śmiech. Panicz Reshit, +obozowy grabarz, był w końcu synem głupkowatego Prefekta, którym każdy mógł +gardzić, ile chciał. Czasem Reshit się odgryzał: +– Co, wieśniaku, myślisz, że potrafiłbyś rządzić Tiraną? +Ale i tak codziennie słyszał za plecami rechot. +– Zawsze byłem pośmiewiskiem – mówił Fatbardzie pod koniec życia. – +Cierpiałem od małego do późnej starości. Nigdy nie zaznałem wytchnienia + +w cierpieniu. +Fatbardha kochała Reshita jak brata. +– Był pięknym, wrażliwym mężczyzną, delikatnym i świadomym swojego +położenia, dlatego nigdy się nie ożenił. Nie wyobrażał sobie, że mógłby stworzyć +rodzinę, którą obarczyłby swoim cierpieniem. +Ilekroć władza planowała otwarcie nowego obozu, wzywano Reshita i wysyłano +go do pracy, dlatego całe życie spędził w namiotach. Po pięciu latach w Tepelenie +przeniesiono go na bagna Myzeqei, gdzie dwa razy dziennie musiał stawać do +raportu i nigdzie nie mógł się ruszyć bez pozwolenia. Ale mimo to uważał się za +szczęściarza – w Tepelenie na pięcioosobową rodzinę przypadały dwa metry +kwadratowe, więc wszyscy spali wciśnięci w siebie, zduszeni. W Myzeqei +w jednym baraku mieszkały dwie rodziny. Tu ludzie mieli pracować i żyć, tam – +głodować i umrzeć. +Pewnego dnia przyszedł list: „Najdroższa Fatbardho, piszę do Ciebie przy +świetle świecy. Budujemy obóz, jest okropnie zimno, ale chciałbym, żebyś +przyjechała i nas odwiedziła. Wiem, że nie masz pieniędzy, ale nie martw się, +opłacę Twoją podróż”. +– Kiedy odwiedziłam Reshita w 1956 roku, uzmysłowiłam sobie, że są tam tak +odizolowani, że ciągle śpiewają piosenki z 1945 roku. Całymi nocami +rozmawialiśmy o książkach i o tym, co się działo w kraju, bo o niczym nie +wiedzieli. Nie mieli dostępu do radia ani gazet. Żyli we własnym świecie, we +własnym czasie, w zamkniętej przestrzeni. Wbrew pozorom łatwiej było żyć +w obozach internowania niż na wsiach. W obozach żyli sami wrogowie ludu, więc +wszyscy byli sobie równi, dzielili to samo cierpienie. Na wsiach żyli też ludzie +z dobrą biografią, których władza zachęcała, by pomnażali cierpienie wyklętych. +Reshita i jego matkę rzucano po całej Albanii – do wiosek w gminach Savër, +potem w Gradishtë, w Grabjanie. Wszędzie byli zdrajcami otoczonymi przez +dobrych panów posłusznych reżimowi. W Gradishtë nie było wody, więc gdy +przyjeżdżał beczkowóz, mieszkańcy wsi ustawiali się w kolejce, ale wrogowie ludu +zawsze stali na końcu. Czasem odmawiano im wody, czasem tłuczono im dzbany. +Walka klasowa ogarnęła całą Albanię, kraj podzielił się na dwie kasty, z których +jedna czuła się w obowiązku napiętnować drugą. +Reshit przeżył na zesłaniu całe życie, czterdzieści sześć lat, tyle, ile trwał +komunizm. A gdy system upadł, Reshit zachowywał się tak, jakby był martwy. + +Cierpienie wyssało z niego wszelką radość. Człowiek, który chodził po wolnej +Tiranie, był już tylko wyschniętą skorupą. +– Umarł na atak serca – mówi Fatbardha. – Może to serce pękło mu z żalu po +wszystkich latach cierpienia? +W podręczniku do historii Fatbardha czyta, że 4 lutego 1944 roku Niemcy dokonali +w Tiranie masakry, za którą współodpowiedzialny był jej wuj Qazim. +– Głupi zdrajca Prefekt! – ryczą dzieci. +Fatbardha myśli: „Gdybym tylko mogła wykopać dziurę i schować się +w niej…”. +Na szczęście jednym z jej nauczycieli jest przyjaciel ojca, Zoi Xoxa, tak jak oni +zesłany tu z Tirany za karę. Nauczyciel nazywa Fatbardhę „ziarnkiem pszenicy”, +kokrra e grurit, bo jest maleńka i włosy ma jasne jak łan zboża. +Zoi Xoxa był dziennikarzem i wybudował sobie dom w sercu Tirany – tam, +gdzie komuniści postanowili urządzić dla siebie zamkniętą dzielnicę Blloku. +Wszyscy, którzy mieli tam domy, a wcześniej studiowali za granicą, zostali +wywłaszczeni. Dom Xoxy przydzielono wieśniakom ze Skraparu, którzy ochraniali +Envera i jego świtę. Tego samego dnia, gdy do drzwi zapukało Sigurimi, zmarł na +zapalenie opon mózgowych najstarszy, siedemnastoletni syn Xoxy. +– Proszę, dajcie mi go chociaż pochować – błagał Xoxa. +– Nie – powiedzieli mężczyźni w szarych płaszczach. – Cała twoja rodzina ma +być internowana, łącznie z ciałem syna. +Na wóz zapakowano parę mebli, dywan, lampę i trumnę, i tak pojechali, +z Tirany do Kavai, w powolnym kondukcie pogrzebowym. +Nauczyciel należał do świata Fatbardhy – świata pomnażanego cierpienia, +w którym każdy dzień mógł przynieść jeszcze więcej bólu. Czasem opowiadał +dzieciom o starym dębie, a Fatbardha miała wrażenie, że mówi specjalnie dla niej. +– Był sobie stary dąb, rozłożysty i piękny, ale ludzie uznali, że jego czas się +skończył, i wbili siekierę w pień, raz, drugi, trzeci, i pocięli drzewo na kawałki, +i rozpalili ognisko. Kiedy płomienie poszybowały w górę, a ludzie grzali się +w cieple, usłyszeli głos ducha dębu, który opowiadał im o czasach, gdy był +młodym drzewem, rósł w promieniach słońca i dawał wszystkim cień. +Fatbardha zrozumiała, że nauczyciel mówi o sobie – to on pracował i budował +Albanię, to jego społeczeństwo ścięło, to on nadal ogrzewa ludzi, pracując jako +nauczyciel. Wtedy postanowiła: zostanie nauczycielką. + +* +Ale dla bratanicy Qazima Mulletiego władza nie przewidywała łatwych +scenariuszy. Fatbardzie odmówiono prawa do studiów, ale pozwolono jej przenieść +się do babci w Szkodrze, by mogła skończyć szkołę średnią. +– Po coście ją tu przywieźli? – zapytała babcia. – Przecież ona też może umrzeć. +Rok wcześniej zapalenie opon mózgowych zabrało siostrę Fatbardhy, tę, którą +malarz uwiecznił na obrazie zanurzoną w mroku. Fatbardha zajęła jej biurko. +I uczyła się całymi dniami, byleby tylko udowodnić władzy, że powinna dostać +szansę. +„Na studia pedagogiczne nie kwalifikuje się” – przeczytała w oficjalnym piśmie. +Ale pozwolono jej zostać nauczycielką w Lezhy. +– My wiemy, kim ty jesteś – oświadczył dyrektor na dzień dobry. – Dlatego +dajemy ci sześć miesięcy, a potem pomyślimy, co z tobą zrobić. +I tak Fatbardha trafiła do wioski Kallmet nieopodal Lezhy u stóp góry Velë, +pośród bezkresnych zielonych pól i strumieni, które po deszczu zamieniały się +w potoki. +Fatbardha dowiedziała się, że jako nauczycielka ma prawo kontynuować naukę +korespondencyjnie. Oficjele z Lezhy poradzili jej, by wybrała specjalizację +z biologii, geografii i chemii. +– Siadywałam do nauki o siódmej wieczorem i kończyłam o drugiej w nocy, +wszystko przy świetle lampy naftowej, bo w mojej wiosce nie było jeszcze wtedy +prądu. Najpierw trzy lata studiów ogólnych, potem pięć lat specjalizacji z chemii, +cała nauka przy jednym stole, w zupełnej samotności, i raz na trzy miesiące kontakt +z żywym człowiekiem – egzaminy. +Ostatni egzamin z biologii zdawałam, gdy z nieba leciała ściana wody, zalało +wszystkie mosty i jedyna droga z wioski biegła przez betonową tamę… Po tej +tamie przeszłam na drugą stronę, w strugach deszczu, nad rwącą rzeką. +Usiadłam przed profesorem, odpowiedziałam na pierwsze pytanie. Czułam, jak +po plecach skapuje mi woda z włosów. Profesor przyjrzał mi się i spytał: „Jak ci się +udało tutaj dotrzeć, dobra dziewczyno?”. Siedziałam oniemiała, nie wiedząc, co +odpowiedzieć. Po raz pierwszy w życiu ktoś nazwał mnie „dobrą dziewczyną”… +Ja, wróg ludu, dobrą dziewczyną? „Jak to możliwe, że przyszłaś tutaj, narażając +życie?”, dociekał profesor. + +Zwiesiłam głowę. Nie mogłam mu powiedzieć, że dostałam przepustkę z wioski +tylko na ten jeden dzień i nie miałam pewności, że dostałabym kolejną z powodu +powodzi. Nie mogłam mu powiedzieć, że gdy zapalam lampę naftową, czuję się +wreszcie szczęśliwa, światło towarzyszy mi każdej nocy, dodaje sił, żebym +pracowała dalej… Tak bardzo chciałam studiować, gdybym przestała, +umarłabym… Tylko dzięki nauce mogłam się odbić od dna. +„Dobra dziewczyna”… Te słowa wracały do mnie przez wiele, wiele lat. +W jakimś innym świecie, w innej rzeczywistości byłam dobrą dziewczyną. +– W 1967 roku, gdy pracowałam we wsi Manati, podszedł do mnie gruby, +ordynarny mężczyzna o złym spojrzeniu i powiedział, że we wtorek o dziesiątej +mam się stawić w wydziale spraw wewnętrznych w Lezhy. +I odwrócił się na pięcie. Pomyślałam o ojcu, o ojcu odbieranym nam każdej +nocy przez Sigurimi, o czekaniu, aż wróci, o radości, gdy po powrocie ze szkoły +widziałam, że leży w łóżku, i o strachu, że jutro zabiorą go znowu, może na +zawsze… Naszego ukochanego ojca o oczach czarnych jak oliwki… +W wydziale powiedzieli mi: „Ktoś o tak złej biografii może zmazać swoją winę +tylko na drodze współpracy”. „Nie mam żadnych przyjaciół – powiedziałam. – Nie +mam kogo nakłonić do zwierzeń. Ludzie na mój widok uciekają. Nie chcę mieć nic +wspólnego z polityką”. Kierownik wydziału, szef lokalnego Sigurimi, niski, +zawzięty mężczyzna o nalanej twarzy, w jednej chwili spurpurowiał. Wycelował +we mnie krótki, gruby palec: „Daliśmy ci szansę, chociaż jesteś z psiej rodziny, +pozwoliliśmy ci studiować, pozwoliliśmy ci pracować, państwo okazało ci +nadzwyczajną łaskę, a ty tak się odwdzięczasz?”. +Nie zwiesiłam głowy, po prostu patrzyłam przed siebie, zamieniona w kamień, +jak moja matka wiele lat wcześniej, nie mrugając, wpatrując się w przestrzeń ponad +głową szefa Sigurimi, ponad jego czerwoną, szeroką twarzą. I tak na kolejnym +spotkaniu, i na następnym, Sigurimi mówiło do kamienia. W końcu kierownik się +poddał, ale ręce miał ciągle zaciśnięte w pięści: „Podpiszesz deklarację, że +odmówiłaś współpracy. A jeśli komukolwiek o tym powiesz, zamkniemy cię za +agitację i propagandę”. +Pochyliłam się nad kartką: „Ja, niżej podpisana Fatbardha Mulleti, +odmówiłam…”. +Miałam wrażenie, że piszę własny wyrok śmierci, odsunięty w czasie. +Wiedziałam, że w trakcie procesu ludzie, których nie znasz, zeznają przeciwko + +tobie jako naoczni świadkowie przestępstwa, którego nie popełniłaś. Jeśli tylko +Sigurimi chciało, uruchamiało wielką machinę, która miała jeden cel: zgnieść cię. +Od tej pory musiałam budować mur między sobą a światem. Jak mogłam po +czymś takim zbliżyć się do ludzi? Jak mogłam komukolwiek zaufać? Uwielbiałam +książki, ale nigdy z nikim o nich nie rozmawiałam… Uwielbiałam muzykę +klasyczną, koncerty filharmoników wiedeńskich nadawane przez radio były dla +mnie jak szklanka wody dla spragnionego, ale nigdy nikomu o tym nie mówiłam. +Nie miałam prawa się zakochać. Ale podpisanie tego oświadczenia było najbardziej +chwalebnym momentem w moim życiu i paradoksalnie mnie wyzwoliło. Kilka lat +temu dostałam od prezydenta medal z dyplomem: „Przeżyła komunizm +z godnością”. Ja, zła dziewczyna… +W 1975 roku Enver Hoxha zagrzmiał: „Wśród nauczycieli ukrywają się +reakcjoniści”. Przemówienie światłego dyktatora, który znowu chwycił swój lud +mocniej za gardło, stało się początkiem wielkich czystek w szkołach. Po +siedemnastu latach pracy Fatbardha Mulleti po raz kolejny straciła wszystko. +– W moich aktach wpisali: „Nie nadaje się do wykonywania zawodu +nauczycielki”. Musiałam wrócić do rodziny, do baraku w Kavai… A tak bardzo +kochałam uczyć… Przez wszystkie te lata byłam najbardziej oddaną, wzorową +nauczycielką, bo chciałam udowodnić, że słusznie dano mi drugą szansę. W czasie +bezsennych nocy odtwarzałam w każdym szczególe te siedemnaście lat. Kto był +najlepszym uczniem, kto gdzie siedział w ławce, kto najładniej śpiewał… Na +wszelki wypadek zniszczyłam pamiętniki, które pisałam przez lata, żeby nie +dostały się w niczyje ręce. +W końcu po trzech latach na bezrobociu, po trzech latach odbijania się od drzwi, +znalazłam pracę w fabryce spinaczy w Szkodrze. Miałam wykręcać metalowe +sprężyny, które łączą dwa kawałki drewna. Spójrz na moje ręce… Ale w fabryce +poznałam wspaniałe kobiety, prawe, serdeczne, współczujące. Ludzie tam nie byli +tak okrutni i mściwi jak na wsi. +I wreszcie mając czterdzieści lat, poznałam swojego przyszłego męża, który też +dźwigał ciężar złej biografii, dlatego łatwiej było mu zrozumieć, kim jestem… Ale +tym razem na przeszkodzie stanęła jego rodzina – ja byłam muzułmanką, on był +katolikiem. W dniu naszego ślubu rodzina męża zerwała z nim kontakt. +Przeżyłam z nim dziesięć wspaniałych lat, pełnych miłości i szczęścia, bo mąż +był bardzo szlachetnym, a do tego niezwykle dowcipnym człowiekiem, potrafił + +osłodzić śmiechem najbardziej gorzkie chwile. Uwielbiał występować na scenie, na +wszystkich amatorskich występach komików zajmował pierwsze miejsce. Śmiał +się, że to ja przynoszę mu szczęście – ja, bratanica Prefekta. Zmarł na atak serca +w 1990 roku, dzień przed szturmem na ambasady, gdy reżim zaczął pękać jak kra +na rzece. Nasz synek Piter miał wtedy dopiero sześć lat. A dziś jest wykładowcą na +uniwersytecie w Szkodrze… Dzięki niemu domknęła się moja historia. +* +Patrzę na siedemdziesięcioośmioletnią Fatbardhę: jest wspaniała w zielonej +sukience i dużych, drewnianych koralach opadających na opalony dekolt. Czas nie +odebrał jej urody, wręcz przeciwnie, wyostrzył piękno delikatnych, klasycznych +rysów. Dla Fatbardhy przeszłość dzieje się teraz; dzięki teraźniejszości nadaje +nowy wymiar temu, co minęło. Pomiędzy nami na stole leżą trzy książki, do +których zaczęła zbierać materiały, gdy tylko runął system: drobiazgowe biografie +kobiet, które cierpiały tak jak ona. +– Wiesz, dlaczego je napisałam? Po pierwsze, by odkłamać pięćdziesiąt lat +albańskiej chwały. Po drugie, bo spotkałam kiedyś człowieka, który powiedział: +„W czasach komunizmu nikt nie trafił do więzienia bez powodu”. Tak? Miałam +pięć lat, gdy moja rodzina straciła wszystko, przez pół życia byłam napiętnowana, +widziałam dzieci, które umierały z niedożywienia, pisarzy, których więziono, +poetów, którzy zawiśli na szubienicach, młodych ludzi, którym strzelono w plecy, +kiedy próbowali uciec… A jednak wciąż żyją ludzie, którzy twierdzą, że system +był słuszny. Że cierpieliśmy słusznie, w sam raz, tyle, ile nam się należało za naszą +niewinność. +W komedii Prefekt aktor grający mojego wujka powtarzał: „Zobaczysz, co +komunizm nam przyniesie, zobaczysz, co nas spotka” i ludzie wybuchali +śmiechem, ale z czasem chichot zamarł im na ustach. Kto chciał, szydził z Qazima +Mulletiego, ale w końcu to duch wujka śmiał się z nich wszystkich. + +Piękno zawsze znajdzie drogę +„A” jak atje – tam… +„B” jak bir – syn… +Ojciec pisze na kartce litery, a potem jego usta wymawiają głoski – okrągłe „a”, +zuchwałe „b” – i układają się w uśmiechu. +Albo próbuję pedałować, ale moje nogi są jak dwa kawałki drewna, nie umieją +porozumieć się z rowerem. Słyszę chrzęst piasku pod kołami i wołanie ojca: „Patrz +przed siebie!”. +Albo spoglądam na jego opalone ciało zanurzone w wodzie, na mocne plecy +robotnika, jego ręka przywołuje mnie: „Skacz, nie bój się, jest głęboko!”. +To ojciec nauczył mnie czytać, gdy miałem raptem pięć lat, i do dziś zdarza się, +że zatrzymuję wzrok na słowach i myślę o nim z wdzięcznością. Nazywam się +Ridvan Dibra, mój ojciec był robotnikiem, a ja jestem pisarzem i wykładowcą +akademickim i stało się tak również dzięki niemu. Czasem obserwowałem, jak +wieczorami uczy się włoskiego w świetle lampy naftowej. Nawet w takich +warunkach zrodziło się między nami coś pięknego… System nie był w stanie +zniszczyć codziennego piękna. To nas ratowało. Piękno zawsze potrafiło znaleźć +drogę poza systemem. +Myślę, że czas spędzony na zesłaniu tak naprawdę mnie ocalił. Internowanie +miało być moim końcem, miało mnie zgnieść, a jednak dowiedziałem się dzięki +niemu czegoś, czego nie zrozumiałbym, tkwiąc w bańce miejskiego +socjalistycznego świata. Życie utrudzało nas, ale jeśli zdarzało się coś dobrego, +czerpaliśmy z tego w pełni, piękno przenikało nas na wskroś. Wszystko cieszyło: +widok gór, zachód słońca… Kwiat cukinii wydawał się wspaniały. Gdybym +mieszkał w Szkodrze, nie dostrzegałbym tego wszystkiego. Pewnie zostałbym +członkiem jakiejś organizacji i zaraz wpakował się w kłopoty. Internowanie na wsi +uchroniło mnie przed znacznie większym nieszczęściem. +Opowiadam czasem o przeszłości mojemu synowi, ale on mi nie wierzy. Może +nawet nie potrzebuje tych historii, w końcu żyje już w zupełnie innym świecie. +Dziś ta dawna zdolność odczuwania przyjemności zanikła. Współczesnego +człowieka nic już nie może w pełni zaspokoić, zawsze czuje niedosyt. + +Od małego czytałem zachłannie i pisałem z łatwością, ale dopiero tam, na wsi, +na krańcu świata, narodził się we mnie pisarz. +Ilekroć trzymałem długopis w lewej ręce, nauczyciel zachodził mnie od tyłu +i z całej siły walił linijką w dłoń. Meldowałem się u dyrektora, a on gardłował: +„Pisać lewą się nie godzi!”. Wszyscy najchętniej obcięliby mi tę rękę, żebym pisał +prawą, ale się nie ugiąłem. Przez tę obitą dłoń po raz pierwszy zrozumiałem, czym +jest system autorytarny. +Lewa ręka trzymała podręcznik ciężki od propagandy. Deklamowaliśmy +z ogniem w oczach żałosne wiersze sławiące partię i Hoxhę. Wkrótce sam +zacząłem pisać takie dzieła, marne i schematyczne, chwaliłem rozwój pięknej wsi +albańskiej, chociaż wieś coraz bardziej osuwała się w nędzę, i pisałem +o partyzantach, choć nie miałem pojęcia o wojnie. Kiedy skończyłem dziesięć lat, +przyznano mi nagrodę za wspaniałą poezję patriotyczną, ale wkrótce zaczęła +kiełkować we mnie myśl, że coś z tą naszą wielką albańską literaturą jest nie tak. +Na oczy przejrzałem znacznie później, kiedy jako licealista poszedłem pracować +wśród klasy robotniczej. Tak to sobie system zaplanował: żeby przyszły +inteligencik zderzył się z realiami i nie przywiązywał się do myśli, że jest +inteligencikiem. Przychodziłem do fabryki cegieł i od rana słuchałem: „Idźcie z tą +robotą do wszystkich diabłów!”, „Do kurwy nędzy, wszystko nam się sypie!”. Bo +warunki w fabryce były średniowieczne, robiliśmy cegły ręcznie, byle jak. To było +piekło, i Albania, i ta praca – piekło, które uczy picia, palenia i przeklinania, ale też +otwiera oczy. Tak jak Ewie otworzyły się oczy, gdy zjadła owoc z zakazanego +drzewa. +W tym czasie zaniosłem do komisji cenzorskiej kilkadziesiąt wierszy i czekałem +na werdykt – czy moja poezja jest słuszna, czy nie. +– A dlaczego pan nic nie napisał o traktorach? – zafrasował się cenzor. – +Przecież traktor to znak rozwoju rolnictwa. Dlaczego pana poezja tak ostentacyjnie +ignoruje traktory? Przepraszam bardzo, nie wyobrażam sobie tego tomiku bez +poematu o traktorze… +Ułożyłem stosowny poemat. Cenzor rzucił okiem, a potem się uśmiechnął. +– Wie pan co… Mały figiel, a przeoczylibyśmy taką ważną rzecz! Przecież pan +zapomniał o poemacie na cześć partii! +Potworne niedopatrzenie… Tomik wreszcie wydano, ale to nie była moja +książka, to była książka władzy, idealnie spełniająca oczekiwania czasów, tak + +toporna, jakbym układał wiersze z cegieł. Oczy musiały być zatrzaśnięte, głowy +puste. Miałem poczucie, że jestem brudny. +Ale już wtedy wiedziałem, że bardzo chcę studiować literaturę, że literatura +pozwoli mi przeżyć. Tymczasem komisja orzekła, że w moim przypadku ojczyzna +bardziej potrzebuje żołnierza niż literata. Ja żołnierzem? Na szczęście z pomocą +przyszła Liga Pisarzy Szkoderskich – wywalczyli dla mnie uniwersytet. +Ale tam cała para szła w gwizdek literatury propagandowej. Na dodatek +niezłomni twórcy pisali książki równie długie, co rzetelne, po tysiąc stron każda, +najwidoczniej wena nigdy ich nie opuszczała. Poświęcaliśmy dużo uwagi +literaturze klasycznej i realizmowi spod znaku Balzaka i Stendhala, za to ani +słowem nie wspomniano nam o Sartrze czy Camusie. Na szczęście po jakimś +czasie zdaliśmy sobie sprawę, że odwracając do góry nogami krytykę literatury +modernistycznej, możemy dowiedzieć się jakiejś prawdy o świecie. +Ale na trzecim roku przyszedł kryzys. Wiedziałem już, że realizm socjalistyczny +nie ma nic wspólnego z realnością, że jest jej surrealistycznym wynaturzeniem. +Nic, co było w książkach, nie zgadzało się ze światem dookoła. Jedynie +w twórczości Kadarego mogłem dostrzec milczące ślady oporu, wątłe światełko +w tunelu. Atmosfera na studiach przypominała podrzucanie sflaczałego balonu, +a do tego już się zorientowałem, że są między nami szpicle. Nie byłem w stanie +porównać sytuacji w Albanii do życia w Europie Wschodniej, ale wydawało mi się, +że będziemy cierpieć jeszcze przez dekady. Jak można budować życie, jeśli nikt +nikomu nie ufa? Na studiach radziłem sobie świetnie, publikowałem artykuły +w pismach literackich, miałem dobre wyniki, a na dodatek pochodziłem z biednej +i prostej rodziny, więc wszystko wskazywało na to, że zostanę na uniwersytecie. +A mimo to wracały myśli o samobójstwie, jak drzazgi pod paznokciem, o tym, że +system jest klęską, że życie w kłamstwie jest nic niewarte. +I w 1981 roku, kiedy siedziałem w kawiarni Grand Café z kolegami, coś tam +sobie golnąłem i wdałem się w dyskusję o literaturze. Zeszło na twórczość Gjergja +Fishty, franciszkańskiego zakonnika ze Szkodry, którego dziś uważa się za jednego +z najwybitniejszych albańskich poetów, ale wtedy był niegodnym wzmianki +wrogiem ludu, władza chciała go utopić w zapomnieniu. Koledzy krytykowali go +zgodnie z linią partii, a ja, ośmielony raki, powiedziałem, że nie, nieprawda, Fishta +zasługuje, by być naszym poetą narodowym. +– A skąd ty to właściwie wiesz? – zainteresował się kolega, bo twórczość Fishty +była zakazana. + +– Czytałem fragmenty… +Zapadła cisza, koledzy w zamyśleniu patrzyli przez okno, widok za oknem +nagle ich zafrapował. Kiedy wracałem do domu, czułem jeszcze gniew i coś +w rodzaju ulgi. Ale niczego się nie spodziewałem, w końcu piłem z najlepszymi +przyjaciółmi. +Wezwali mnie do komitetu partii natychmiast, następnego dnia. Poszedłem wraz +z ojcem i przez całą drogę słyszałem jego monotonny, spokojny głos, jakby znowu +uczył mnie liter: +– Wszystko będzie w porządku. +Na dzień dobry sekretarz partii wbił palec w powietrze przede mną i zawołał: +– Ty wrogu ludu! +Zaraz podniósł się chór sędziów: +– Złamiemy cię, zdrajco! Złamiemy ciebie i twojego ojca za to, że wychował cię +na zdrajcę! +Zobaczyłem kątem oka, że mój ukochany tata trzęsie się ze strachu jak liść. +– Albo idziesz do więzienia, albo kończysz studia i zsyłamy cię na dno. +Nie było się nad czym zastanawiać. Studia zamieniły się w koszmar, w ciąg +upokorzeń i drobnych podłości. Na każdym zebraniu omawiano moją postawę, +nazywano mnie zakamuflowanym zdrajcą. Na egzaminie oblał mnie profesor +ukochanej filozofii, choć wcześniej byłem jednym z najlepszych studentów. +Czułem, jak się kurczę. Wracały drzazgi, myśli o samobójstwie. +Zesłali mnie do wioski tak małej i odległej, że nie miała nawet nazwy, nazywała +się po prostu Wioska. Dostać się tam to była komunistyczna odyseja. Wieś leżała +osiem godzin piechotą z Kukës i nie jechał tam żaden autobus. Ktoś na przystanku +pocieszył mnie, że jest też krótsza droga, przez Buzëmadhe. W końcu udało mi się +złapać okazję, a gdy kierowca wysadził mnie na rozstajach, rzucił: „Teraz to już +ludzi pytaj”. Niosłem ciężką walizkę, do której zapakowałem całe moje dawne +życie. Zanim dotarłem do wsi, zatrzymałem się przy domu mężczyzny, który +w dawnych, lepszych czasach był babą bektaszyckim, duchownym popularnej +w Albanii odmiany islamu. Przywitałem się. Milczał. Patrzył na mnie i milczał. +W końcu ruszył w drogę razem ze mną. +Dopiero później dowiedziałem się, że ludzie przychodzili do niego, by ich +uleczył, bo wierzyli, że ma niezwykłe moce. Pewnego razu zjawił się u niego mój +kolega i zaczął go wyzywać od szarlatanów. +– Jak jesteś taki niezwykły, to spraw, żeby zjawił się tu teraz wilk! + +– Wilk właśnie tu przyszedł – odpowiedział baba. +Ale to było potem. Najpierw w niemym towarzystwie duchownego dotarłem do +Wioski. Pierwsze wrażenie było takie, że postawiłem walizkę, usiadłem na niej +i pomyślałem, że dalej się nie ruszę. Bardzo szczupli, bardzo biednie ubrani ludzie, +sypiące się domy z kamienia, pył unoszący się nad drogą. To była górska wieś, +ludzie od wieków żyli tu dzięki zwierzętom, ale na początku lat osiemdziesiątych +kolejna z setek idiotycznych reform odebrała im cały inwentarz z wyjątkiem krów. +Nieszczęsna Wioska całkiem wynędzniała. +– Zgnijesz tu – przywitała się ze mną szkolna sekretarka. +Miałem wrażenie, że rzuca na mnie klątwę. Kilku nauczycieli zostało tu +oddelegowanych na przymusowy staż, ale inni trafili do Wioski za karę. +– Osiem lat, Gjirokastra – przywitał się ze mną młody facet. +Obserwowałem ich twarze, wyciągnięte, zmęczone, niektóre naznaczone +rozwijającą się chorobą psychiczną, cierpieniem, izolacją. Patrzyłem na nich +i myślałem: „To jest mój los. Jeśli się poddam, będę taki jak oni. Oni to ja za pięć, +osiem, dziesięć lat. Uważaj”. +I obiecałem sobie, że nie dam się klątwie. Że Wioska mnie nie złamie. +Zaraz rozeszła się wieść, że w Szkodrze zrobiłem coś naprawdę okropnego, +tylko nie bardzo było wiadomo co, ale dyrektor szkoły postanowił na wszelki +wypadek mnie ukarać. Oddelegował mnie do porządkowania wielkiej szkolnej +biblioteki. Jego błyszczące oczy mówiły: „Żeby nie było ci za lekko”. +To mnie uratowało: ta nadzwyczajna biblioteka. Ktoś, kto się wcześniej nią +opiekował, stworzył wspaniałą kolekcję – wszystkie dzieła Szekspira, wszystkie +dzieła Balzaka, cała klasyka grecka. Wiedza miała trafiać do najbardziej +zacofanych zakątków Albanii, ale odizolowanie Wioski przyniosło kolejną +niespodziankę – na półkach znajdowałem zakazane książki, które w Szkodrze +dawno wycofano z obiegu: dzieła Petra Marki, Dritëra Agollego, Ismaila Kadare. +Najwidoczniej rozkazy partii nie dotarły na peryferie. Ta biblioteka mnie ocaliła. +Znajdowałem się na bezludnej wyspie, mogłem od nowa kształtować siebie. +Podbudowany, poszedłem w odwiedziny do baby. Siedział w mroku chaty pod +grubym pledem. +– Jak długo tu zostanę? – zapytałem. +– Pięć lat – odpowiedział. +I rzeczywiście tak było. + +Ale mogłem zostać dłużej, biorąc pod uwagę, co mi się przydarzało. Pewnego +kwietniowego dnia wracałem z Kukës do Wioski krzynkę pod gazem i gdzieś po +drodze zobaczyłem samochód kooperatywy. Władowałem się na pakę, ale +towarzysze podróży wydali mi się jeszcze bardziej chmurni i posępni niż zwykle. +– Dlaczego się tak smucicie, koledzy? Może coś wam zaśpiewam! – +powiedziałem, gdyż po wypiciu mam zwykle nastrój optymistyczny. +Ale kiedy po dwóch zwrotkach nikt nie dołączył, zamilkłem. Gdy dotarliśmy do +wsi, zobaczyłem, że ludzie pociągają nosami, trą oczy. Pomyślałem: „Niedobrze, +pewnie umarł szef kooperatywy. Ale żeby od tego aż płakać?”. +Kiedy wszedłem do bursy dla nauczycieli, usłyszałem szlochanie. A gdy +przechodziłem obok pokoju kolegów z Gjirokastry – przejmujące zawodzenie. +Zapukałem. +– Towarzysz Komendant nie żyje – wystękali koledzy. +„No i co właściwie mam czuć? – pomyślałem. – Czy coś się teraz zmieni?” +W pewnym sensie rządy Ramiza Alii były jeszcze bardziej odrażające. Żelazny +uścisk zelżał, ale wciąż byliśmy na krótkiej smyczy, nie wiedząc, czego możemy +się spodziewać. Już nie na łańcuchu, ale ciągle w klatce. Dwóch moich przyjaciół +zginęło na granicy, kiedy próbowali uciec. Zimą gruchnęła wieść, że zniknęła para +nauczycieli, ciche, wycofane małżeństwo. Krążyły cztery opowieści o ich losach: +że zostali zastrzeleni, że ich aresztowano, że zjadły ich wilki i tylko jeden facet +upierał się, że zdołali uciec. Dopiero kilka miesięcy temu wysłali mi zaproszenie na +Facebooku. Mieszkają w Stanach Zjednoczonych, mają się świetnie. +Gdzie Wioska, a gdzie Facebook… Pamiętam, jak się cieszyłem, gdy we wsi +wreszcie założono telefon i mogłem porozmawiać z narzeczoną w Szkodrze. +Połączenie ciągle się rwało, oboje przekrzykiwaliśmy szumy, czekaliśmy +godzinami, żeby usłyszeć głos po drugiej stronie. Albo ile miałem radości, że mogę +obejrzeć cały mecz i nie ma przerw w dostawie prądu. Że przed Nowym Rokiem +odśnieżono drogę i będę mógł pojechać do Szkodry zobaczyć się z rodziną. +Ale wiem, że odizolowując mnie od Albanii, Wioska uchroniła mnie przed +większym nieszczęściem. Wokół nic się nie działo, więc szedłem do biblioteki +czytać. Trzymałem się z daleka od miejscowych notabli, ale z kolegami mogłem +być szczery. Ludzie okazywali mi wielkie serce. Byli biedni, ale uczciwi, nie mieli +wiele, ale wszystkim się dzielili. W gruncie rzeczy ludzie różnią się od siebie +mniej, niż sądzimy. W swojej esencji są tacy sami: próbują unikać zła +i odpowiadają dobrem na dobro. Zawsze starałem się zbliżać do ludzi, licząc na to, + +że są z natury dobrzy. Jeśli system chce wydobyć z człowieka zło, bez kłopotu je +znajdzie, ale jeśli człowiek chce wydobyć z człowieka dobro, to i dobra znajdzie +pod dostatkiem. +Moi koledzy byli o wiele bardziej zmęczeni, o wiele więcej lat spędzili już na +zesłaniu. Razem chodziliśmy w teren, żeby układać ciągnące się po stromych +wzgórzach absurdalne slogany z kamieni. Ilekroć partia świętowała rocznicę +powstania, stawaliśmy w karnym rządku i śpiewaliśmy głupawe piosenki +z dawnych czasów. Na zebraniach kolektywu omawialiśmy zagadnienia kluczowe +dla naszej społeczności, na przykład dlaczego nauczyciel Dibra pisze lewą ręką. +Kolektyw oznajmiał, że oczekuje, iż wykażę konstruktywną postawę i zacznę pisać +prawą. +– Przez trzydzieści lat aktywności lewej ręki prawa utraciła zdolność przejęcia +funkcji lewej – tłumaczyłem ze śmiertelną powagą. +Żeby się nie załamać, niektórzy moi koledzy nie trzeźwieli, przychodzili na +zajęcia pijani, byleby tylko nie złapać ostrości, byleby tylko odgrodzić się od +systemu. Jedni popełnili samobójstwo, drudzy znaleźli schronienie w szaleństwie. +Człowiek potrzebował wielkiej siły, żeby nie zwariować. +W pierwszym roku mojego pobytu w Wiosce przyszła bardzo sroga zima. Śnieg +pochłonął wszystkie szczegóły, pejzaż był gładki, bez kolorów i kształtów, jakby +ukryty pod magmą. Pomyślałem, że tym właśnie jest komunizm – konformizmem +i jednostajnością. Tylko Gjalica, najwyższy szczyt Kukës, rysowała się na +horyzoncie wyraźna i ostra – to był Enver Hoxha. Cała reszta znikła pod śniegiem. +Enver wznosił się ponad nami i decydował o wszystkim. Dobrze wiedział, co +robi, i świadomie zdeformował komunizm, by stworzyć własny system. Kochał +samego siebie, ale paranoicznie kochał też Albanię i uważał ją za swoją własność. +Reżim wymagał pasywności i ujednolicenia, a ponieważ był bezlitosny, nie +napotykał żadnego oporu. Teczki Sigurimi do dziś leżą zamknięte, co może +dowodzić, że znaczna część albańskiej elity zaprzedała się władzy. Na mnie też +latami naciskano, bym został informatorem. To było najstraszniejsze w reżimie: jak +łatwo korumpował ludzi, jak łatwo sprawiał, że sprzedawali zaufanie najlepszego +przyjaciela. +Enver Hoxha za wszelką cenę próbował stworzyć nowego albańskiego +człowieka, ale stworzył potwora, który po jego śmierci dał się porwać +kapitalizmowi, nie przestrzegając żadnych reguł, gotowy na wszystko, byleby jak + +najszybciej się wzbogacić. Narkotyki, gangsterskie biznesy, prostytucja. Najkrótszą +drogą do celu. Enver Hoxha stworzył człowieka słabego, chybionego, który nie +miał żadnej wiedzy o świecie, żadnego wsparcia instytucji, żadnego oparcia +w rządzie. +Kapitalizm przyniósł chaos, brak bezpieczeństwa i nierówności, a im trudniejsze +było życie, tym bardziej wzmacniał się mit komunizmu jako czasu sprawiedliwego. +Nasza transformacja przedłuża się w nieskończoność, jest okrutna i bezwzględna +dla słabych, i to ona wykreowała nostalgię za komunizmem, kolejny rak, który +trawi albańskie społeczeństwo. + +Opowieść o butach +Albańskim butom wszystko przychodziło z trudem, cienkie podeszwy mozolnie +pokonywały szutrowe drogi albo grzęzły w błocie. Czasem butom udawało się +uciec i zobaczyć świat, o którym tak bardzo marzyły. Musiały tylko iść +wystarczająco długo przez wysokie góry na granicy, przez kręte ścieżki i wąskie +przełęcze. Ale częściej zatrzymywały się raptownie, gdy przygraniczną ciszę +przeszywał strzał karabinu. Wartownicy zdejmowali buty ze sztywniejących stóp, +bo wprawdzie trup już do niczego się nie przyda, ale jego buty – owszem. +Były sobie raz buty, które chciały być adidasami i codziennie biegały na +stadionie w Szkodrze, czy padał śnieg, czy deszcz, czy świeciło słońce. Patrzyli +ludzie na właściciela pędzących butów. Niech sobie biega, wariat jeden, gdzie on +tam dobiegnie, tylko se łapcie poniszczy. Bo Albania wysyłała sportowców za +granicę wyłącznie do krajów zaprzyjaźnionych, ale z upływem lat coraz mniej było +państw, które chciały się z nią przyjaźnić. Tyle że ów mężczyzna pewnego dnia +zniknął. Dopiero gdy internowano jego rodzinę, rozeszła się wieść, że biegaty, co +zawsze trenował i nigdy się nie męczył, przepłynął jezioro przy granicy +z Jugosławią i rozwiał się w obcym powietrzu. Zmęczone buty zostały na brzegu +jeziora, nie miały siły płynąć. +Buty opowiadały sobie tę historię i nie mogły się nadziwić: skąd się tamte +wzięły? Bo jak Albania długa i szeroka chodziły po niej identyczne buty, czarne +i szare, na cienkich podeszwach, produkowane w czterech krajowych fabrykach. +Tylko czasem trafiały się lepsze egzemplarze, skórzane, mocne, dla zarządców +systemu i „czerwonych paszów”. Ale pozostałe buty im nie zazdrościły. Wiedziały, +że nawet jeśli te lepsze trafiły na stopy, które zaszły daleko, to wystarczyła chwila, +by podeszwy pożegnały się z marmurem posadzek i przywitały z błotem odległych +wsi. W Albanii los był kapryśny, więc buty starały się stąpać bezgłośnie. +To ważne, żeby mieć dobre buty, żeby stopy nie marzły, żeby nie dokuczał im +ból. Ludzie przez dekady marzyli o butach, bo butów nie było, a te, które były, +mówiły o podporządkowaniu i strachu: co dzień z rana wypucować do błysku, +a potem chodzić na palcach, oszczędzać zelówki. + +Dziś długonogie dziewczyny drżą, krocząc na wysokich obcasach po +dziurawych chodnikach, ich szczupłe, osikowe ciała uginają się miękko, kiedy +próbują złapać równowagę. Ciężko szurają łapcie starszych kobiet, kiedy suną, +niemal nie odrywając stóp od chodnika. Postarzali mężczyźni zakładają tanie +mokasyny o długich kanciastych nosach i podeszwach spękanych z biedy. Młodzi +noszą adidasy z grubą warstwą błota i kurzu, śladami krętych ścieżek życia. +Albania pamięta upokorzenia lat dziewięćdziesiątych, znoszone buty z włoskiej +pomocy humanitarnej, nowe adidasy ukradzione z greckiego sklepu, szpilki, które +pomagały wstydliwie zarabiać, mokasyny za wojenne paliwo sprzedane Serbom +w czasach embarga. Dlatego dzisiaj albańskie buty udają, że widziały Wenecję +i wróciły z karnawału w Rio, są kolorowe, błyszczące, pokryte brokatem +i lakierowane na złoto. Krzyczą: „Może nas poniosło, może przesadzamy, ale +przeszłyśmy długą drogę, patrzcie! Nigdy więcej nędzy, stóp bosych +i zmarzniętych, stóp obutych, ale przemoczonych, nigdy więcej kamieni +wbijających się w cienkie, dziurawe podeszwy”. +Młody chłopak stoi przed kontenerem, trzyma w rękach niebieskie adidasy +znalezione w śmieciach. Ogląda je ze wszystkich stron, wkłada dłoń do środka, +sprawdza palcem wnętrze. To wspaniałe buty. Podziwianie trwa długo, chłopak +specjalnie przeciąga tę chwilę. Stoi przy nim jakiś dzieciak, trzymając się pod boki. +On też się ucieszył. +Na butach tych, którzy mają cokolwiek i walczą o więcej, osadza się kurz, kiedy +stoją przy ruchliwych ulicach, przy rondach i skrzyżowaniach, obok swoich łopat +i skrzynek z narzędziami: to znak, że są gotowi do pracy, czekają tylko na kogoś, +kto ich wynajmie. Ich buty są równie zmęczone jak oni, wyglądają, jakby zaraz +miały się rozpaść. Mężczyźni patrzą w ziemię, w chwilach ożywienia spluwają pod +nogi. Stoją tutaj, są wolni, państwo niczego im nie da, los mają w swoich +spracowanych rękach. Być wolnym to znaczy móc robić, co się chce, i mówić, co +się chce, to znaczy stać na ulicy, czekając, aż ktoś najmie cię do roboty, +i powtarzać, że nienawidzisz tego parszywego kraju, że lepiej już było… Kiedy? + + +Mężczyźni w klubie myśliwych w Szkodrze, 1984 (© by Ferdinando Scianna / +Magnum Photos) + +Część trzecia +Kręgi + +Szeptem +Nigdy nie zrozumiesz, czym był albański komunizm. Gdzieś na peryferiach Europy +powstała Korea Północna, kraj bunkier, kraj twierdza. Ludzie mówią czasem, że +nasz komunizm to był mały Holokaust. Tak jak nie da się opowiedzieć +o Holokauście, tak nie da się opowiedzieć o życiu w kraju, który był więzieniem. +Możesz przytaczać fakty i przedstawiać historie, ale nie dotkniesz naszego +cierpienia. +W komunistycznej Albanii ból i trauma mieszały się z poczuciem absurdu. Los +nic nie znaczył. Logika nic nie znaczyła. Każdego dnia rzecz, która miała ustalone +znaczenie, mogła stać się czymś innym. +Szłaś ulicą i nie mogłaś być pewna, że ziemia jest ziemią. Nie mogłaś być +pewna, że dojdziesz do celu. Nie mogłaś być pewna, że ludzie, do których mówisz, +są ludźmi, za których się podają. Nie mogłaś być pewna, że słowa znaczą, co +znaczą. +Mój kuzyn dostał dwa lata więzienia, bo podczas meczu Albania–RFN +powiedział: „Ten Beckenbauer to jest znakomity gracz!”. Siedział w domu kultury +w grupie kilkudziesięciu osób, chwilę później ktoś gwizdnął, ktoś zawołał, ktoś się +poderwał, „Goool!!”. Niby nic się nie stało. +Wyrok, uzasadniał sędzia, jest odpowiednio surowy. W końcu wychwalając +niemieckiego piłkarza, skazany znieważył piłkarzy albańskich, podeptał ich +godność, co wymiar sprawiedliwości wycenił na dwa lata. Zaraz zatroszczono się +też, by znaleźć na niego kolejne haki: ponoć narzekał, że siedzi. W albańskim +więzieniu źle mu się siedziało? Osiem lat. Wyszedł po dziesięciu. Był wrakiem. +Co znaczyło jego życie? Co znaczyło jego cierpienie, gdy cierpiał każdy wokół? +Kilka lat można było dostać, jak ci pomidory ze straganu nie pasowały. Za +wodniste, skarżyłaś się, znaczy: obrażałaś płody albańskiej ziemi. Sprzedawcy +może to nie bolało, ale faceta, który stał za tobą, owszem. Poczuł się urażony +w imieniu partii, doniósł, dostał za to kalosze albo trzy paczki papierosów, a ty +w więzieniu zamieniałaś się w strzęp. Nie czułaś już smaku. +Albo na przykład powiedziałaś w piekarni: „Coraz gorszy chleb pieczecie, +twardy jakiś, gliniasty” – agitacja i propaganda. Jak miałaś szczęście, dwa lata. Jak + +nie miałaś szczęścia, przez dziesięć lat żarłaś wióry więziennego chleba +i wspominałaś ten, który ci nie smakował. +Gdy ktoś z zagranicy pyta mnie o współczesną Albanię, mówię: rok 1997, kiedy +kraj stał na krawędzi wojny domowej, to było uderzenie w twarz. Ale czasy +komunizmu to było, jakby ktoś gwałcił cię każdego dnia. Każdego dnia traciłaś +poczucie bezpieczeństwa i godność. Jeśli urodziłaś się wśród zdeklasowanych, +każdego dnia szykowałaś się na najgorsze. +Nazywam się Gentian Shkurti, jestem artystą. Mogę ci opowiedzieć historię +mojej rodziny, ale ona i tak niczego ci nie wyjaśni, bo co znaczy nasze cierpienie +w porównaniu z cierpieniem innych? Taka jest właśnie Albania: zawsze znajdziesz +straszniejszą historię. Czym było nasze cierpienie? To, że trzech kuzynów zostało +zamordowanych przez partię, a siedmiu przesiedziało pół życia w więzieniu, bo +dziadek należał do Balli Kombëtar? A to tylko ze strony ojca. Jest jeszcze +cierpienie ze strony matki… +Ojciec latami próbował nie rzucać cienia. Cokolwiek by powiedział, trafiłby za +kratki, z taką historią rodzinną za jedno nierozważne słowo dostałby dwadzieścia +lat. Więc żeby przetrwać, oduczył się mówić. Jeszcze teraz, gdy się do mnie +zwraca, nachyla się bardzo blisko i szepcze mi do ucha, żeby nikt nie słyszał. +Powtarzam mu czasem, gdy nade mną wisi: „Tato, czasy komunizmu się +skończyły, mów głośno, nikt na ciebie nie doniesie!”. On się mityguje: „Masz +rację, synku, masz rację”. I po chwili znowu nachyla się, szepcze. Do końca życia +będzie już tak szeptał. Nigdy nie podniesie głosu, nie krzyknie. Tylko to mu +zostało, ten szept. Musi szeptać, żeby się nie bać. +Od dziesięcioleci żyjemy w normalności, która jest czystym absurdem. +W świecie, który jest czystym chaosem, gdzie codziennie zmieniają się reguły. +Jesteśmy jak żywcem wyjęci z Sartre’a: szamoczemy się, cierpimy, a potem +umieramy gdzieś na peryferiach świata. +Chcesz, żebym opowiedział ci szczegółowo, jak katowano moich wujków? +Chcesz słuchać o głodzie czy o biciu? +Nikt o tym nie mówi, bo nikt nie chce widzieć w sobie ofiary. +Mój ojciec nie będzie chciał z tobą rozmawiać. +Jedź do Korei Północnej, zobaczysz, jak wyglądał albański komunizm. Gdy +język kłamie i słowa kłamią, wszystko jest nieprawdą. Słuchasz, jak dzieci +śpiewają, że Enver Hoxha ma dłonie pełne cukru, i jesz chleb z cukrem, bo nie ma +niczego innego. + +Dlaczego właściwie chcesz to wiedzieć? +Przecież i tak nie opiszesz albańskiego komunizmu. + +Bunt wrogów +Śnieg padał cicho i nieustannie, padał całą noc miarowo i bezwzględnie. Mróz ściął +ziemię. W górach chłód wgryza się w ciało dotkliwiej, każdy ruch sprawia ból, +pieką palce, stopy i policzki, piecze płynąca w żyłach krew. Noc rzednie powoli, +niespiesznie. Wokół wysokie, niemal pionowe ściany skał, głucho zamykające +przestrzeń, skostniała ziemia, szary skrawek nieba. +Mężczyźni, którzy stali w rzędzie, byli cisi, wytłumieni mrozem, nieruchomi jak +posągi z lodu. Strażnik liczył ich powoli, jednego za drugim. A teraz wymarsz: do +kopalni, w górę wąskiej ścieżki, przez korytarze pośród stalowych kamieni. Poły +więziennych drelichów dygotały na wietrze. +– Co tam masz? – rozległ się krzyk. +Pochód stanął. Strażnik podszedł do Pala Zefiego, pielęgniarza z okolic Durrës, +i popchnął go, ale mężczyzna nie zareagował; był zesztywniały od mrozu i ślepy od +śniegu. +Wtedy strażnik zerwał jego więzienny drelich i wszyscy ujrzeli, co Pal Zefi +ukrywał pod kurtką: czerwony, wełniany szalik w białe paski. Pośród bieli śniegu, +szarości nieba i czerni kamieni, pośród nieruchomych, brunatnych cieni wirowała +na wietrze czerwona wstęga. +– Zdejmij to – warknął strażnik. +Ale Pal Zefi odmówił. Sześciu strażników rzuciło się na niego i zaciągnęło do +izolatki, a więźniowie bez słowa ruszyli w górę, ku kopalni, w ospałym, miarowym +pochodzie. +Tak według więźnia Neima Pashy zaczęła się rewolta w Spaçu: od wełnianego +szalika i wsadzenia Pala Zefiego do izolatki, w której spędził kolejne trzy miesiące +1973 roku. Świadkami tych zdarzeń było ponad tysiąc więźniów, ale każdy +zapamiętał je trochę inaczej. +Czy rzeczywiście istniał czerwony szalik? Czas zaciera ślady, podpowiada +filmowe scenariusze, szuka symboli. Jedno jest pewne: Pal Zefi znalazł się +w izolatce i spędził w niej znacznie więcej niż trzydzieści dni, które przewidywał +więzienny regulamin. Według Miny Koty, więźnia brygadiera, Pal trafił do izolatki +w lutym, kiedy odmówił zejścia pod ziemię i zażądał pracy na powierzchni. + +A ponieważ wciąż stawiał opór, władze skazywały go na izolację przez kolejne +miesiące, na suchy chleb i przeszywający chłód, bo zimą temperatura w nocy +spadała do minus dziesięciu stopni, a na ściany izolatki wpełzał lód. +Pal Zefi zamieniał się w wychudłą zjawę z nosem wyostrzonym od głodu +i pionowymi bruzdami na twarzy, w której błyszczały niespokojne oczy. Pewnego +dnia, gdy strażnik otworzył drzwi, by wnieść mu śniadanie, Pal Zefi popchnął go +i pobiegł przed siebie. Na wpół oszalały z gniewu i rozpaczy, chwycił żelazny pręt +i ruszył na taras, gdzie odbywały się apele, i zastygł tam jak zwierzę w zasadzce. +– Nie zbliżajcie się do mnie! Nie zbliżajcie się! – krzyczał do strażników. +(Według innej wersji, wbiegając na taras, Pal Zefi zdążył uderzyć w twarz +jednego z oficerów i skamieniali więźniowie mogli zobaczyć, jak oficerska czapka +szybuje w powietrzu, a potem, pokonana grawitacją, spada przez najdłuższe +sekundy w ich życiu). +Co do jednego nie ma wątpliwości: Pal Zefi stał naprzeciwko strażników, a ci +rzucili się na niego i powalili na ziemię. Wtedy ciszę rozdarł krzyk: +– Mordują naszego przyjaciela, a my nic robimy?! +I kilkunastu więźniów poderwało się i ruszyło na cerberów. +Obie strony doskonale wiedziały, czym są tortury – po jednej stronie byli kaci, +po drugiej ofiary, ich role rozdzielono raz na zawsze: jedni, spętani kablami, +zalewali się krwią, tracili z bólu przytomność, nadzieję i oddech, drudzy – uderzali +deskami, przyduszali butami, razili prądem i wybijali zęby, skrupulatnie, +metodycznie i nie bez przyjemności. To nie oni dręczyli – to dręczyła władza, to +ona zarządzała cierpieniem. I nagle po raz pierwszy w historii Albanii więźniowie +odpłacali strażnikom za lata tortur – ofiary stanęły naprzeciwko katów +i wyprowadziły cios. +Strażnicy się rozpierzchli. A więźniowie zostali sami, skrwawieni, wzburzeni, +w samym środku więzienia, na placu boju. +Po paru godzinach pojawił się Sulejman Manoku, naczelny szef więziennictwa. +– Idźcie do pracy, tak jak przewidziano – zawołał – a my zajmiemy się tą +sprawą. To, co zrobiliście, jest niedopuszczalne. Państwo myśli o was. Chce +waszego dobra. +Część więźniów posłuchała, część stała nieruchomo. A gdy strażnicy przyszli po +Pala Zefiego, ten po prostu powlókł się za nimi, chociaż koledzy próbowali go +zatrzymać, wiedząc, że czeka go śmierć. +Po chwili strażnicy przyszli znowu. + +– Gdzie jest człowiek, który krzyczał, że mordują waszego przyjaciela? +Odpowiedziała im cisza. +– Jeśli macie odwagę, chodźcie tu po niego – rzucił ktoś z tłumu. +I wtedy więźniowie znowu zostali sami i po raz pierwszy poczuli się wolni. +I uwierzyli w swoją wolność, bo raz po raz ktoś krzyczał: „Precz z dyktaturą!”, +„Enver won!”, „Strażnicy, nie strzelajcie!”. Główny plac więzienia wypełnił się +ludźmi. +Młody więzień Dervish Bejko był człowiekiem roztropnym, więc zazwyczaj +pilnował, by powściągać emocje. Ale teraz jego usta zaciskały się z przejęcia, gdy +trzymał na ramionach przyjaciela Skëndera Daję, dwudziestolatka o spokojnej, lecz +stanowczej twarzy. +– Jesteśmy niewinni! – krzyczał Skënder. +Słuchali go wszyscy: więźniowie zgromadzeni wokół i strażnicy stłoczeni +w budynku naprzeciwko. +– Uwięziliście nas niesprawiedliwie! Sprawiliście, że nasze matki przywdziały +żałobę. Zabiliście mojego ojca, którego bezpodstawnie oskarżyliście o udział +w zamachu na sowiecką ambasadę! Nazwaliście nas wrogami, ale my nie jesteśmy +wrogami! Kochamy nasz kraj tak samo jak wy. Pracujemy w kopalni jak +niewolnicy. Puśćcie nas wolno! +– Precz z komunizmem! – krzyknął ktoś. +– Jesteśmy niewinni! – zawołał kto inny. +– Zbrodniarze! +Nienawiść, która przepełniała więźniów, wylała się im z gardeł. +Niemal wszyscy znaleźli się tutaj, bo powiedzieli coś, co ich zgubiło, bo +ośmielili się narzekać, bo próbowali uciec, bo malowali nie tak, jak życzył sobie +dyktator, bo wiersze pisali zbyt pesymistyczne, bo powiedzieli na głos: +„Komunizm jest klęską Albanii”. Tego dnia każdy mógł krzyczeć, co chciał. +A kiedy skończyły się przemówienia, więźniowie ruszyli do gablot, w których +wywieszano nazwiska dzielnych przodowników i żałosnych bumelantów, do ściany +propagandy, fletë-rrufe, na której karząca ręka partii oddzielała dobrych od złych. +Posypało się szkło, plakaty i portrety stanęły w ogniu. Ktoś napisał: „Precz +z komunizmem”, ktoś inny – „Dość”. +Ale byli też tacy, którzy położyli się w łóżkach i znieruchomieli pod kocami, +żeby potem móc powiedzieć władzy: „To nie my!”. Nikt się do nich nie zbliżał. + +Co robi człowiek, kiedy jest wolny? Co robi człowiek, któremu w każdej chwili +można zabrać wolność? +– Nie jesteśmy wrogami ludu! – krzyczeli więźniowie. – Kochamy nasz kraj! +Kto pierwszy zawołał, żeby wywiesić flagę Albanii? Po latach nie sposób tego +ustalić, bo co najmniej pięciu więźniów w różnych wywiadach przypisało sobie ten +pomysł, za każdym razem podając inny skład „grupy flagi”. +Jedno jest pewne: ktoś znalazł czerwony koc, ktoś inny – pięciolitrową butelkę +czarnego tuszu do wypisywania propagandowych haseł, ktoś posłał po Mersina +Vlashiego, młodego malarza z Burrel, który najlepiej nadawał się do tego, by +namalować orła. Staruszek z Mirdity, dzielny Ndrec Çoku, mieszał zeschły +tusz z wodą i łypał na więźniów wesołym okiem. +– To budyń dla Envera Hoxhy – chichotał. +Mersin namalował orła, wielkiego, silnego, czarnego orła o dwóch głowach, +a kiedy flaga zawisła, tam, po drugiej stronie, zapanowała kompletna cisza. +Dopiero po chwili rozdarł ją huk karabinu – to żołnierz z naprzeciwka zaczął +strzelać. Chybił. +Więźniowie zgromadzili się wokół flagi. Jeden z nich, Bedri Çoku z Fier, +przemówił: +– Przyjaciele, to jest flaga wolności! To jest prawdziwa flaga Albanii, przez +wieki skąpana w albańskiej krwi! +Neimowi Pashy łamie się głos, gdy wspomina tamtą chwilę: +– Do tej pory słyszeliśmy ciągle: „Zdradziliście swój kraj, zdradziliście swoje +rodziny, nie macie prawa mówić, że jesteście Albańczykami”. Ten gest miał dla +nas wielkie znaczenie, bo przez chwilę dawał nam złudzenie, że jesteśmy wolni. Na +fladze nie było gwiazdy, międzynarodowego symbolu komunizmu. Rewolta +przestała być wulgarną przepychanką, stała się aktem politycznym. Mussolini +umieścił na albańskiej fladze dwa topory, komuniści wymienili topory na gwiazdę. +A nasza flaga była prawdziwie nasza, albańska. Ktokolwiek narzuca narodowi obce +symbole, tłamsi go i ciemięży. Odpowiedzieliśmy godnie na wszystkie obelgi, +którymi obrzucała nas władza, ale zapłaciliśmy za to wysoką cenę. +Według jednego z więźniów flaga wisiała przez dwie godziny, bo zdjęli ją ci, +którzy bali się zemsty. Ale inni twierdzą, że przeżyła dwa dni i dwie noce rewolty. +Dookoła więzienia wyrósł las ciemnych postaci. Żołnierze, oficerowie, +policjanci, śledczy, sędziowie, prokuratorzy – kolejne kręgi władzy, a dalej – +ostatni krąg: ludzie z okolicy, którzy patrzyli w milczeniu. I jeszcze oddział do + +zadań specjalnych, który rozmieszczał wokół obozu broń chemiczną. Łącznie – +cztery tysiące osób przeciwko sześciuset zbuntowanym więźniom. +Już 21 maja wieczorem odcięto dopływ wody, więźniowie nie chcieli +szturmować magazynów z żywnością, ale po kątach odbywały się narady: co robić? +Czy powinniśmy negocjować? Czy mamy się poddać? +23 maja wcześnie rano szef krajowej policji Kasëm Kaçi przemówił +z megafonów: +– Kto chce iść do pracy, niech wyjdzie na główny plac. Kto nie chce iść do +pracy, może zostać w obozie. +Każdy postępował zgodnie z własną wolą, każdy po kolei podejmował decyzję +zgodnie ze swoim sumieniem. Tym właśnie była wolność – możliwością +decydowania o własnym życiu lub własnej śmierci. Na wychodzących czekali na +placu strażnicy z ciężkimi łańcuchami. Wiązano buntowników w pary i kazano im +siadać na ziemi, jeden obok drugiego, w milczeniu. +A potem żołnierze przypuścili szturm i ciszę rozdarły krzyki tych, którzy zostali +w środku. Władza masakrowała z dziką, bezwzględną furią, władza wreszcie brała +odwet, z powrotem ustalała, kto jest ofiarą, a kto katem. +Po półgodzinie krzyki ucichły. Do środka wbiegło kilkunastu strażników +z noszami. Wychodzili bardzo powoli, by nic nie uszło niczyjej uwadze. +Zmasakrowane ciała, nosze, które w jednej chwili przesiąkły krwią, krew, która +kapała na ziemię. Słodkawy odór cierpienia. +Kiedy więźniowie wrócili do środka, żaden przedmiot nie znajdował się na +swoim miejscu. Znowu przyjechał wiceminister Feçor Shehu, który dzień +wcześniej wdał się w sprzeczkę z jednym z więźniów, Hajrim Pashą. Teraz stojąc +przed tłumem mężczyzn w łańcuchach, zapytał tylko: +– Gdzie jest Hajri Pasha? +Usłyszał: strażnicy powlekli go do komendantury. Skowyt Hajriego niósł się po +całym obozie. +Natychmiast rozpoczęto śledztwo. Stu dwudziestu więźniów przewieziono do +Tirany. +– Czy brałeś udział w rewolcie? +– Nie. +– Kto zorganizował rewoltę? +– Nie wiem. +– Kto wzniósł flagę? + +– Nie wiem. +Na salę sądową więźniów wleczono, bo nie byli w stanie iść o własnych siłach. +Czterech rozstrzelano tego samego dnia, 23 maja. +Skëndera Daję, który wygłosił płomienną mowę i odważył się krzyczeć: +„Jesteśmy niewinni!”. +Dervisha Bejkę, który trzymał go na swoich barkach, a potem sam zabrał głos +i mówił o wolności. +Hajriego Pashę, który ośmielił się wdać w dyskusję z Feçorem Shehu. +I Pala Zefiego, od którego wszystko się zaczęło. +Sześćdziesięciu sześciu buntowników skazano na dodatkowe dziesięć do +dwudziestu pięciu lat więzienia. +Mersin Vlashi, dwudziestosześcioletni malarz, który namalował orła na czerwonym +kocu, a nie namalował gwiazdy, spędził w więzieniu kolejne dwadzieścia pięć lat. +Zmarł w 2009 roku, ale poza wzmiankami o chwalebnym epizodzie z flagą internet +nic nie wie o jego twórczości, życiu ani śmierci. +Mehmet Shehu, premier i minister obrony, który zdecydował, że w wąskiej +szczelinie wśród gór powstanie więzienie i obóz pracy, zastrzelił się w 1981 roku +po oskarżeniu o zdradę stanu. +Feçor Shehu, który tak zajadle tłumił rebelię w Spaçu, dziesięć lat później został +rozstrzelany na rozkaz Envera Hoxhy. +Kasëm Kaçi, szef policji współodpowiedzialny za masakrę, w 2017 roku miał +zostać udekorowany przez ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Saimira +Tahiriego orderem za dekady imponującej pracy na rzecz kraju. Ale na uroczystej +gali odmówił przyjęcia odznaczenia, tłumacząc: „Postkomunistyczna Albania +doceniła tych, którzy walczyli z dyktaturą, dlatego nie ma potrzeby, żeby +nagradzano mnie i moich kolegów, którzy służyliśmy dyktaturze i według +rozkazów dyktatora tłumiliśmy rewoltę w Spaçu”. Nie ma potrzeby. Tak +powiedział. + +Aż przyleci ptaszek +Jestem zmęczony chorobą… Codziennie kupuję kolejną dobę życia, ale przychodzi +taka chwila, kiedy każdy nowy dzień już tylko męczy i kiedy mówi się do Boga: +„Dość”. A jednak żyje się dalej i walczy dalej. Dlaczego tak mocno czepiamy się +życia? Widzisz ślad na moim czole? To bicie. Spędziłem w więzieniu dwadzieścia +jeden lat i cztery dni, ciągle dźwigam ten czas tu, na plecach. +Nazywam się Neim Pasha, kiedy mnie aresztowali, miałem dziewiętnaście lat… +Cóż ja wiedziałem? Nie zdawałem sobie sprawy, że błoto tak bardzo oblepia świat, +że przywiera do każdej rzeczy. Kiedy człowiek jest młody, chce poznać wszystko, +wszystkiego posmakować, ale niczego nie wie i niczego nie rozumie. W szkole +recytowałem czarno-białe wiersze o miłości do ojczyzny i o wrogach narodu. +Kiedy sam trafiłem do więzienia jako najgorszy wróg, kiedy po raz pierwszy +przeszedłem przez tortury, nadal nie rozumiałem, czym jest polityka, czym jest +władza, partia. O niczym nie miałem pojęcia. +Dopiero w więzieniu znienawidziłem system. Dopiero w więzieniu nauczyłem +się: niech przeklęty będzie ten, kto pierwszy włożył kij w ziemię, zakreślił wokół +niego krąg i powiedział: „To jest moje”. Niech przeklęty będzie ten, kto mówi: +„Ktokolwiek wejdzie w mój krąg, tego zabiję”. +Dojrzewałem w więzieniu dzięki książkom i ludziom, którzy wiedzieli więcej +ode mnie. Ekstremalne warunki wyostrzają zmysły; staje przed tobą człowiek +i natychmiast wiesz, kim jest. Przyjaciele z więzienia byli dla mnie wielką pociechą +i wsparciem, ich dobroć trzymała mnie przy życiu. Dzięki sobie nawzajem +przetrwaliśmy. Dobrze, że do mnie przyszłaś. Pisarze są przewodnikami, pokazują +cudze ścieżki, żeby inni mogli zrozumieć siebie. +Miałem trzynaście lat, gdy umarła moja matka. Została po niej wielka pustka, nie +tylko dlatego, że matka jest niezastąpiona; śmierć zmienia wszystko, wyrywa ranę +w sercu dziecka. Przez całe dorosłe życie towarzyszyła mi myśl, że utrata matki +była przyczyną nieszczęść, które mnie spotkały. +Ojciec był surowy i zapracowany, więc tę wielką miłość, z którą zostałem, +przelałem na mojego wujka, brata matki. Kiedy miał paręnaście lat, przez ich wieś +przechodziła brygada Hysniego Kapy, wówczas jednego z partyzanckich + +dowódców, a potem trzeciego najważniejszego człowieka w państwie, po Enverze +i Mehmecie Shehu. Wujek wyrwał się w stronę Kapy i zawołał: „Weźcie mnie ze +sobą!”, ale żołnierze go pogonili: „Idź ty, gówniarzu! Ledwieś od ziemi odrósł!”. +A jednak wujek się zawziął i szedł za nimi, póki nie przyjęli go do siebie. Po +wojnie został w Szkodrze komendantem oddziału i tam wpadł w pułapkę: +oskarżono go o kolaborację z jugosłowiańskim wywiadem i skazano na śmierć. +Gdyby koledzy się za nim nie wstawili, skończyłby z kulą w piersi. Dostał +dożywocie. +Nie wiedziałem, że miłość do wujka oznacza dla mnie niebezpieczeństwo. Nie +wiedziałem, że w Albanii skazańcy cierpieli nie tylko przez lata więzienia, ale +przez całe życie, bo reżim śledził każdy ich krok, próbował wywęszyć każdą +słabość. Nie wiedziałem, że system działa, bo zło zatacza coraz szersze kręgi, +dopóki nie dotknie każdego. +Nawet przez chwilę nie zastanawiałem się, czy życie w Albanii jest dobre, czy +złe. +W latach pięćdziesiątych partia co miesiąc dawała nam po worku kukurydzy, +dzięki której mogliśmy przeżyć. Zanosiliśmy ją do młyna i dostawaliśmy trzy, +czasem cztery kilo mąki. Potem piekliśmy z niej chleb. Cieszyliśmy się wszyscy, +kiedy wkładaliśmy do ust ciepłe kromki. +Na początku partia mówiła: „Wkrótce będziecie jedli złotymi łyżkami” i myśmy +w to wierzyli. +Potem Hoxha krzyczał do tłumu: „Będziemy jeść trawę, ale nie ugniemy się pod +naciskami obcych mocarstw”, a więc jedliśmy trawę. Dzieci szły w las i rwały +dzikie zioła, matki mieszały je z mąką kukurydzianą i piekły z tego placki. +Drewnianymi łyżkami jedliśmy zupę-wodę, przegryzaliśmy plackami z trawy… +Byłem prostym chłopakiem ze wsi, nie myślałem o ucieczce z kraju, nie +zadawałem pytań. Zatrudniono mnie w kopalni węgla w Memaliaj, więc tam +pracowałem. Tak jak wszyscy dookoła umiałem żyć bez nadziei i bez marzeń. +* +Jak by się potoczyło moje życie, gdybym tamtego dnia nie poszedł do dziadka? +Spotkało się nas siedmiu: trzech braci mojej matki, dwóch jej szwagrów, mój +młodszy kuzyn i ja. Wujkowie powiedzieli, że chcą uciec przez granicę do Grecji, + +ustalili datę: 15 maja. Rozeszliśmy się do domów, każdy z sekretem wiszącym +u szyi jak kamień. +Wyznaczonego dnia podszedł do mnie w pracy kolega i wyszeptał: +– Policja pyta o ciebie. +Zaprowadzili mnie na komendę. Stałem przed człowiekiem, o którym +wiedziałem, że jest wszechmocny. +– Twoi wujowie zostali aresztowani – powiedział. – Mów, jaki był plan. +Mówiłem: „Nie wiem” przy pierwszym ciosie, mówiłem: „Nie wiem” przy +kolejnym, dławiłem się krwią i powtarzałem: „Nie wiem”, a potem już nie byłem +w stanie mówić. W głowie kłębiła mi się myśl: „System wkradł się między nas. Kto +doniósł?”. +Dostałem zakaz opuszczania miasta, ale pozwolili mi wrócić do hotelu +robotniczego. Mieszkał tam mężczyzna, który wiele lat spędził w więzieniu, mądry +i cichy człowiek. Zebrałem się na odwagę i powiedziałem mu, co się stało. +– Dam ci radę – powiedział. – Nigdy nie pytaj nikogo o radę, z nikim nie +rozmawiaj, nikomu o niczym nie mów. Przeznaczenie i tak wykona swoją robotę, +więc zamilcz i nie pogarszaj swojej sytuacji. +Aresztowali mnie 4 czerwca 1966 roku. Wtedy też dowiedziałem się, że 15 maja +uciekło z Albanii dwóch moich wujków. W kraju została reszta – i cała rodzina, +która miała ponieść karę. +W miłości mówi serce, w mądrości rozum, a w cierpieniu ciało. Ciało krzyczy +cierpieniem. Torturowali mnie nieludzko, ale na każde pytanie odpowiadałem: +„Nie wiem”. W sądzie stanąłem oko w oko z żoną wujka, która była świadkiem +oskarżenia. Czy mogłem mieć jej to za złe? Miała maleńkie dziecko, została sama, +musiała się ratować. Kobietę łatwiej złamać niż mężczyznę, jak by potem żyła? +– Wyszłam z domu, żeby gotować na zewnątrz – mówiła ciotka, patrząc przed +siebie, w pustkę. – Kiedy uchyliłam okno, żeby wziąć sól z parapetu, usłyszałam, +jak Neim mówi: „Chodźmy, bo policja nas aresztuje”. +Tamtego dnia padało, ona nie gotowała na zewnątrz, siedziała obok nas. +Wszystko, co mówiła, zostało wcześniej przygotowane, nic nie było prawdą. +Ciotka miała kamienną twarz i puste oczy, odgrywała swoją rolę jak marionetka +pociągana za sznurki. Ja miałem w oczach łzy. +Skazano mnie na dwanaście lat więzienia. Wujek dostał sześć lat, szwagier +mamy trzy lata, drugi został internowany. Mojego kuzyna, trzynastolatka, zostawili +w spokoju. + +Nigdy nie będę się zastanawiał, kto na nas doniósł. +Do aresztu wzięli mnie z kopalni, ale nie pozwolili mi się nawet umyć, ani tam, ani +przed procesem. Kiedy trafiłem do więzienia w Tiranie, marzyłem tylko o jednym: +żeby zeskrobać z siebie smród bólu i strachu. +Pierwszy człowiek, którego spotkałem w więzieniu, pochodził jak ja z Tepeleny. +– Mam nadzieję, że dopisze ci szczęście i nie będziesz siedział tu długo – tak mi +powiedział. +Dostałem od niego mydło i ręcznik, umyłem się w zimnej wodzie, przeprałem +bieliznę. W celi było dwudziestu więźniów, przywitali mnie dobrym słowem +i papierosem. Zasnąłem natychmiast, jakbym był kamieniem wrzuconym do studni. +Rano więźniów budził wrzask: „Wstawać, wstawać!”, ale ja nic nie słyszałem, +nic nie widziałem, nic nie czułem, zapadłem w letarg podobny do śpiączki. +Strażnik krzyczał nade mną, walił mnie w twarz i mną potrząsał, a ja nie byłem +w stanie się poruszyć, nie mogłem otworzyć oczu. Nieprzytomnego przewieźli +mnie do szpitala. +Dostałem serię zastrzyków, krew ledwie płynęła w ciele, ale powoli, dzień po +dniu wracały mi wzrok, świadomość, pamięć. W końcu znowu przestąpiłem próg +więzienia, jeszcze raz bliższy śmierci niż życia, i znów pierwszego spotkałem tego +człowieka, który wtedy podarował mi mydło. Przyniósł mi jogurt, który zrobił +z więziennego mleka. +– Pierdolony Hoxha, niech go piekło pochłonie! – wyrzekał pod nosem, widząc, +że nie mam nawet siły jeść. – Co on z nami robi, skurwysyn przeklęty! +Jakbym się otrząsnął. To na naszego wodza można powiedzieć złe słowo…? +Byłem zbyt młody, by wiedzieć, czym różni się miłość do partii od nienawiści do +Hoxhy. +Powoli wracały mi siły, spojrzenie nabierało ostrości i zaczynałem rozumieć, że +wokół cierpią niewinni. W tej samej celi siedział z nami weteran wojenny +z Kosowa, który w walce stracił obie nogi. Usychał w łóżku od dwunastu lat +i prawie w ogóle się nie ruszał. Można by powiedzieć, że wegetuje, ale był +człowiekiem tak samo jak my. Mówił: +– Nie wiem, kiedy jest lato ani kiedy jest zima, ale każdego dnia czekam, aż +przyleci do nas ptaszek i usiądzie na parapecie. To moja jedyna radość. Jeśli +ptaszek się spóźnia, zaraz zaczynam się martwić… Moje serce bije tylko dla niego. + +Każdy z nas potrzebował myśli, która trzymałaby go przy życiu, ale wtedy jeszcze +nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dwudzieste urodziny obchodziłem w więzieniu +w Laçu, gdzie trzymałem sztamę z trzema chłopakami w moim wieku. Pierwszym +był Naum Kondakçi, brat słynnej piosenkarki Liljany, który studiował w ZSRR, +dopóki się nie okazało, że ruscy nie są dość komunistyczni. Władze kazały mu +wrócić, ale on wiedział, że się tu udusi. Ktoś doniósł, że młody Kondakçi wygląda +na Zachód. Wyrok. Drugim był Murad Martha z Librazhdu, dobry kompan +i straszny zapaleniec, pod sercem miał płomień. I trzeci, Sazan Haderi +z Gjirokastry, siostrzeniec wysoko postawionego oficjela Shefqeta Peçiego, z nim +znałem się najlepiej. +6 grudnia 1966 roku nie poszliśmy do pracy, bo zacinał deszcz. Siedziałem +z Sazanem na korytarzu, a on raz po raz wychodził przed budynek i gapił się na +chmury. Zadzierał głowę, stał tak przez chwilę i wracał. +– Ten cholerny deszcz nie chce przestać padać. +– Martwi cię to? – zapytałem. +– Zaraz przyjdzie moja żona z córką. Jak mnie aresztowali, to Alma miała sześć +miesięcy… +Oczy wypełniły mu się łzami. Zrobiło mi się go żal. +– Nie przejmuj się, jak dziewczyny przyjdą, to strażnicy cię zawołają. +– Wiem… Po prostu chciałbym, żeby pogoda była ładna. +I wtedy usłyszeliśmy dziwny łomot. Sazan się poderwał. Ruszyłem za nim, nie +mając pojęcia, co się dzieje, a on nagle odwrócił się i popchnął mnie z całej siły do +metrowego wykopu ciągnącego się przed więzieniem. Kiedy udało mi się +wygrzebać, zobaczyłem, jak Sazan wskakuje na tył ciężarówki, pada i znika mi +z oczu, a potem samochód rusza z piskiem, rozwala bramę więzienia i już, nie ma +ich. Oniemiałem. Salwy karabinów pruły powietrze, obóz huczał od krzyków +i strzałów. Zaraz zwołali apel: brakuje Nauma, Sazana, Murada. Stałem w strugach +deszczu, deszcz zmywał mi łzy, a ja marzyłem, żeby im się udało. +Byli pełni odwagi, ale zabrakło im szczęścia. Kilka kilometrów za więzieniem, +na głównej drodze z Tirany do Szkodry, kierowca autobusu usłyszał huk karabinów +i zatarasował drogę pędzącej ciężarówce. Trzech moich przyjaciół wybiegło +z samochodu i rozpłynęło się w lesie. W więzieniu krople bębniły o szyby, a na +zewnątrz deszcz chłodził ich czoła i rozmywał ślady. +O północy przywlekli do obozu Murada i Sazana związanych drutem +kolczastym. Obudzili nas, ustawili w rzędzie i rzucili nam pod nogi skrwawiony + +łup. +– Spójrzcie! – krzyczał naczelnik więzienia. – Tak wyglądają zdrajcy ojczyzny! +Oto oni, leżą przed wami! Zapamiętajcie sobie ten widok. +Rano przed zwyczajowym sygnałem pobudki przyjaciel z pryczy wyszedł do +łazienki, a gdy wrócił, miał obcą twarz. +– Przywlekli ciało. +Na korytarzu, tam gdzie codziennie stały wózki z jedzeniem, rzucili martwego +Neuma. Żebyśmy zobaczyli. I żebyśmy zawsze o tym pamiętali, ilekroć będziemy +ustawiać się w kolejce i czekać na jedzenie. Żebyśmy jedząc, zawsze mieli go +przed oczami. +Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem ciało zamordowanego człowieka. Martwą +twarz człowieka, który był mi drogi. +Gdy zobaczyłem jego zmasakrowane stopy, zdjąłem ręcznik, który miałem +zarzucony na ramiona, i obwiązałem je nim delikatnie. Ale potem mój wzrok +przeniósł się na brzuch rozorany kulami. Zdjąłem ręcznik ze stóp, zebrałem +wyprute wnętrzności, włożyłem je do środka i nakryłem. Godzinę później +naczelnik wezwał mnie do siebie. +– Kim był dla ciebie Neum? +– Kolegą z celi. +– Kuzynem? +– Nie. +– To czemuś to zrobił? +– Było mi żal. +Naczelnik wpatrywał się we mnie. +– Zabierzcie go. +Zaprowadzili mnie do izolatki, rzucili na ziemię, chwycili kloce drewna. Jeszcze +wtedy nie widziałem, że będę bity tak często, że w końcu stracę rachubę, który to +raz… +Wtedy, zamknięty w betonowej klatce dwa metry na metr dwadzieścia, zdałem +sobie sprawę, że życie w więzieniu to nie tylko izolacja – to także niekończące się +cierpienie, tortury i śmierć tych, którzy byli ci najbliżsi, i bezradność gorsza od +śmierci. +Przeszedłem przez więzienia w Tiranie, Laçu, Elbasanie, Reps, ale największy +ból czekał na mnie w Spaçu. Tam ukształtowałem się jako świadomy człowiek + +i tam przygniótł mnie drugi wyrok. Za udział w rewolcie skazano mnie ponownie, +na szesnaście lat. +Rewolta w Spaçu to było coś, co nie wydarzyło się w Albanii nigdy wcześniej, coś +nie do pomyślenia. Ludzie trafiali do więzienia, bo powiedzieli, że chleb im nie +smakuje, a tutaj nagle kilkuset więźniów ośmieliło się wystąpić przeciwko władzy. +Rebelia w realiach najstraszniejszego terroru. Władza musiała zrozumieć, jak to +możliwe, że ktoś na chwilę wyślizgnął się z jej kleszczy. +Przyznałem się do udziału w buncie, bo nie mogłem znieść bicia. Torturowali +mnie z rozmysłem, strategicznie; kata torturowanie tak bardzo nie męczy, a jak się +zmęczy, to może odpocząć. Bitemu ból nie daje ani chwili wytchnienia. Władza +przypatrywała się mojemu cierpieniu i wyciągała wnioski. Wiele razy podczas +przesłuchań myślałem, że umieram. Ale nie umarłem. +Komunizm był pięknym gmachem, który składał się z mrocznych, przegniłych +pokoi. Tak mówili więźniowie, starzy i nowi, bo ciągle przywożono kolejnych, +zwłaszcza ludzi nomenklatury skazanych z powodu nabrzmiewającej paranoi +Hoxhy. Oni dobrze rozumieli, czym jest komunizm i dlaczego stali się ofiarami. +W Tepelenie skazano na więzienie dwieście sześćdziesiąt osób, w tym aż +siedemdziesięciu dawnych bohaterów wojennych, partyzantów, dumę Albanii. +Wydawało im się, że skoro narażali życie dla kraju, mają prawo krytykować partię, +bo walczyli o raj na ziemi, a muszą żyć w piekle. +Ale w systemie totalitarnym nikt nie ma prawa mówić prawdy. Nikogo nie +chronią jakiekolwiek zasługi. Ten system żywił się krwią Albańczyków, był +potworem głodnym krwi, dlatego nieustannie polował na ludzi. A ponieważ z roku +na rok był coraz słabszy, potrzebował tej krwi coraz więcej i więcej i wysysał ją +z coraz młodszych. Starsi, którzy przeciwstawili się reżimowi na samym początku, +od razu zostali rozstrzelani albo po prostu zniknęli. +Jaką krzywdę mogłem wyrządzić systemowi ja, dziewiętnastolatek, który +usłyszał, że jego krewni chcą uciec? System chciał krwi, by przetrwać, potrzebował +naszego strachu. +Kiedy po wydarzeniach w Spaçu zaciągnęli mnie do pokoju przesłuchań, +zobaczyłem przez okno żołnierzy grających w siatkówkę, ich zdrowe, sprężyste +ciała, kolorowe koszulki, usłyszałem wesołe głosy. Strażnicy dostrzegli, że patrzę +przez okno; trzasnęły skrzydła. Dostałem w twarz. + +Dopiero po kilku dniach śledczy zorientowali się, że byłem w drużynie +odpowiedzialnej za wywieszenie flagi, i wtedy wybuchła ich furia. Kiedy mdlałem, +cucili mnie wodą, ale wtedy ból ożywał na nowo i znów mdlałem. Dlatego niewiele +pamiętam. Nie miałem zegarka, w sali tortur nie było czasu. Dopiero później +uświadomiłem sobie, że pierwszego dnia katowali mnie przez osiem godzin. Przed +północą nie byłem już w stanie ani chodzić, ani mówić. Dwóch policjantów +powlekło moje ciało do celi. +Przesłuchujących było czterech: przychodzili, bili, krzyczeli, a potem +wychodzili do następnego pokoju, by torturować innych. Zewsząd dochodziły +krzyki, niosły się po korytarzu, wydostawały przez zamknięte okna. W pewnym +momencie w pokoju zostałem tylko ja, sekretarka i czwarty z przesłuchujących, +facet z Tepeleny. +Kiedy na niego spojrzałem, podszedł do mnie i bez słowa poluzował mi +kajdanki. Pewnie myślał, że przyniesie mi ulgę, ale nie wiedział, że gdy dopływ +krwi jest ograniczony, a potem krew znowu zaczyna krążyć, pojawia się ból tak +straszny, że można zemdleć. +– Zaraz się dowiemy, co masz do powiedzenia. Pisz – zwrócił się do +sekretarki. – 28 maja, ja, śledczy z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Skënder +Qerimi… +Urwał. Siedział na krześle z pochyloną głową. Nagle podniósł ją i spojrzeliśmy +sobie w oczy. Wiedziałem, że mam kuzyna, który pracuje w Ministerstwie Spraw +Wewnętrznych, ale nigdy go nie spotkałem. Znałem tylko jego imię i nazwisko. +Skënder Qerimi. +On pytał, ja odpowiadałem, maszyna do pisania stukała miarowo. „Krew +z krwi”, myślałem. Zabrali mnie do celi. +Kilka dni później Skënder posłał po mnie. +– Nie żal ci siebie? – zapytał. +– To ty zrobiłeś ze mnie wroga – powiedziałem. +Podsunął mi jedzenie, ale pokręciłem głową. +– Mnie też nienawidzisz? – żachnął się. +Siedzieliśmy w milczeniu. Obaj zwiesiliśmy głowy. Ja i mój kuzyn, wróg ludu +i pupilek ludu. +– Jeśli zdołam cię ocalić – powiedział – twoje szczęście, ale jeśli nie zdołam, nie +będzie w tym mojej winy. + +Kilka dni później wezwano mnie na kolejne przesłuchanie. Siedział przede mną +śledczy z Gjirokastry. +– Wstań – powiedział. – Podejdź. +I z całej siły uderzył mnie w głowę, tak mocno, że upadłem na ziemię i zalałem +się krwią. +– A teraz – powiedział bardzo z siebie zadowolony – podziękuj naszemu +ukochanemu przywódcy, który postanowił, że daruje wam wszystkim życie, +chociaż powinniście być rozstrzelani jak psy. +Kilka dni później znów zaprowadzono mnie do sali przesłuchań. Na stole leżała +kartka papieru i długopis, a wokół stali mężczyźni. Kiedy usiadłem, po kolei +ściskali mi dłoń. Patrzyłem na ich ogolone, uśmiechnięte twarze, które raz zbliżały +się w moją stronę, a raz oddalały. +– …jesteś taki młody… rodzina na ciebie czeka… oni nigdy nie byli wrogami +ojczyzny… rodzina prawdziwych patriotów… wszystko o tobie wiemy… twój +dziadek zginął pod Joaniną… +– Gdzie jest towarzysz Ylli? – zapytał ktoś. +– W drugim pokoju. Zaraz przyjdzie – odpowiedział inny głos. +Wszedł towarzysz Ylli, co po albańsku znaczy „gwiazda”, piękny jak +propaganda oficer śledczy w sprawie rewolty w Spaçu. Wszyscy wstali +i zasalutowali. Ylli uśmiechnął się pod nosem. Miał trzydzieści lat, gładką cerę, +pachniał wodą kolońską. Komunistyczna gwiazda w ciemnoczerwonym garniturze +i białej koszuli. +– Ty jesteś Neim? – zwrócił się do mnie. – Słyszeliśmy, że dobry z ciebie +chłopak. Damy ci szansę, a ty będziesz nam mówił, kto jest wrogiem partii. +Moje ciało pamiętało wszystkie tortury. Byłem tak strasznie zmęczony. Tak +bardzo chciałem spokoju. Dlatego po chwili zapytałem: +– Chcecie, żebym szpiegował w Spaçu czy na terenie kraju? +– W Spaçu – powiedział Ylli. +Spędziłem tam siedem lat. Siedem lat, w czasie których stałem się dorosłym +człowiekiem. Znałem wszystkich więźniów, a oni znali mnie. +– Zmieniłeś moją rodzinę we wrogów ludu – powiedziałem – a teraz chcesz, +żebym został szmatą? +Wiedziałem, że chcieli ukarać w ten sposób nie tylko mnie, ale wszystkich +więźniów, bo pokazaliby, że władza potrafi zniszczyć każdego. + +Posiedzenie sądu odbyło się 20 czerwca. W oświadczeniu, które przedstawiono +sędziemu, nie zacytowano moich słów. Tyle Skënder mógł dla mnie zrobić. +Ale moje zeznanie zaczyna się od zdania: „Wziąłem udział w rewolcie w Spaçu, +czego żałuję”. Tyle ja mogłem zrobić dla siebie. Miałem dwadzieścia siedem lat. +Po odsiedzeniu wyroku wielu wracało do więzienia. Wystarczyły dwa, trzy +miesiące. Pytaliśmy ich: „Dlaczego znów tu trafiłeś?”. Odpowiadali: „Rodzina +odwróciła się ode mnie”. +Drżałem, gdy słyszałem te słowa, bo najbardziej ze wszystkiego bałem się +powrotu do życia pod okiem Sigurimi, powrotu do bliskich, którzy będą mieli do +mnie żal za te wszystkie lata, za ból, który spadł na nich z mojej winy. Zostawiłem +po drugiej stronie ojca i trzech braci. Każdy z nich musiał codziennie mierzyć się +z cierpieniem, którego ja byłem sprawcą. +Bałem się, że wrócę do więzienia, i bałem się wyjść na zewnątrz. Drżałem przed +światem. Miałem dziewiętnaście lat, gdy poszedłem siedzieć, i czterdzieści, gdy +wychodziłem, nie znałem prawdziwego życia i nie wiedziałem, co mnie czeka. +Wiedziałem, że więźniowie wychodzili na wolność i popełniali samobójstwo. +Topili się, wieszali byle gdzie. Jeśli nie mieli do kogo i do czego wrócić, w realiach +komunizmu ich życie traciło sens. +Dobrotliwa partia odjęła mi lata od wyroku i oto 8 czerwca 1987 roku stanąłem +przed bramą więzienia jako człowiek wolny. Patrzyłem na świat i nie mogłem +w niego uwierzyć. Wokół było tyle przestrzeni, niekończącej się przestrzeni… +Miałem w sobie tak wiele bólu, łamano mnie na tak wiele sposobów, a świat wokół +trwał, drzewa owocowały, kwiaty kwitły, wzgórza się zieleniły. Tyle cierpienia +zrodziło się wśród takiego piękna. +Kilkadziesiąt metrów od bramy płynął strumień. Włożyłem dłoń do wody +i poczułem chłód w palcach. A gdy się wyprostowałem i wszedłem na most, +zobaczyłem naczelnika więzienia. Za plecami miałem bramę, przed sobą resztę +życia, a na środku drogi stał on. Spojrzał na mnie i wyciągnął rękę. Pomyślałem: +„Cóż za ludzki gest. Znowu jestem człowiekiem” i także wyciągnąłem rękę, ale on +zamiast ją pochwycić, złapał mnie za ramiona i siłą odwrócił w stronę więzienia. +– Spójrz! – syknął. – Przypatrz się uważnie. +Przyszło mi do głowy, że ten człowiek chce mnie znowu aresztować. Tylu ludzi +wracało do więzienia! + +– Zapamiętaj ten widok. Jeśli tutaj wrócisz, obiecuję ci, że cię zakatujemy. +Zrobimy tak, żebyś cierpiał bardziej niż Taras Agolli. +Wszyscyśmy wiedzieli, co spotkało Tarasa Agollego: tortury celowane. Po +powrocie do więzienia strażnicy katowali go przez trzy miesiące pod okiem +doświadczonego lekarza. Ilekroć Taras był na granicy życia, tortury ustawały. +Trafiał do szpitala, dostawał leki i czekano cierpliwie, aż nabierze sił. Kiedy znowu +mógł ustać na nogach, tortury zaczynały się od nowa. I tak bez końca. +Naczelnik zostawił mnie samego na moście. Z takim obrazem opuszczałem +więzienie. +Kiedy przestąpiłem próg domu, bracia i ojciec po prostu mnie przytulili, jakbym +znów był chłopcem, który dwadzieścia jeden lat temu wyszedł z domu do pracy. +Odkąd wróciłem, bez wielu słów, bez żadnych deklaracji, utworzyli wokół mnie +tarczę ochronną, żeby nic więcej nie mogło mi się stać. Nie musiałem ani nic +mówić, ani się skarżyć, oni wiedzieli wszystko. Nigdy w żaden sposób nie dali mi +odczuć, że mają do mnie żal. +Ale i tak było mi ciężko. Przez trzy miesiące nie mogłem znaleźć pracy, +a w komunistycznej Albanii pasożyty lądowały w więzieniu. Wiele razy szedłem +do kopalni, którą znałem tak dobrze, prosząc, by mnie znowu przyjęli, ale za +każdym razem słyszałem: „Nie”. Kara miała nigdy się nie skończyć. +Kiedy kolejny raz usłyszałem: „Nie”, uświadomiłem sobie, że władza zrobi +wszystko, by mnie zniszczyć. Jeden z braci był wtedy ze mną. +– Przytul mnie po raz ostatni, bo to mój koniec – powiedziałem. +I coś we mnie pękło. Jakbym nie miał nic do stracenia, jakbym już wszystko +stracił. A może w tamtej chwili po prostu straciłem rozum? Dotarło do mnie: +w więzieniu czy poza nim – już nigdy nie będę wolny. Władza zawsze będzie mnie +trzymać w kajdankach. I na przekór temu, w jakimś przedziwnym akcie rozpaczy, +zacząłem krzyczeć. Szedłem przed siebie i krzyczałem: +– Zdechnijcie! Nienawidzę was! Idźcie do diabła! +Wykrzykiwałem ból gromadzony przez dwadzieścia lat. +Brat najpierw oniemiał, ale zaraz doskoczył do mnie i zasłonił mi usta. Jego +palce wbiły się w moje wargi. Przyciągnął mnie do siebie. +– Zamilcz – wyszeptał. +Cały drżałem. +– Jeśli nie żal ci siebie, zlituj się nad nami! + +Przywarłem do niego, dygocząc, a on trzymał mnie w objęciach bez jednego +słowa, dopóki się nie uspokoiłem. Dopóki nie wyciszyło się moje ciało. To był +najstraszniejszy moment. Ze wszystkich lat tamten moment był najstraszniejszy. +A jednak życie wtoczyło się na swoje tory i sunęło po nich, dzień za dniem. +Znalazłem pracę, potem poznałem przyszłą żonę, urodziła się trójka naszych dzieci. +Rodzice dali mi życie, ja dałem życie, stałem się ojcem. Nigdy nie zapomnę bratu, +że mnie ocalił. W jakimś przedziwnym odruchu człowieczeństwa dał mi wtedy +więcej niż ktokolwiek inny przez całe moje życie. +Ale w nowych czasach ledwie wiązaliśmy koniec z końcem, dzieci rosły, pracy +nie było, znajomy powiedział, że ma dla mnie robotę. Miałem zostać strażnikiem +więziennym, ja… Myślałem o swoim życiu, myślałem o swoich dzieciach i czułem, +że los znowu nie daje mi żadnego wyboru. Najstraszliwszy był moment, gdy +założyłem mundur. Wszystko wróciło. +Wydawało mi się, że udało nam się zastąpić straszny, wadliwy system systemem +nowym i lepszym, że jeśli Bóg nie potrafił wymierzyć kary ludziom, którzy +krzywdzili innych, to wymierzy im ją państwo, nowa, demokratyczna Albania. +Żeby zaleczyć rany, wstąpiłem do stowarzyszenia byłych więźniów +politycznych. Początkowo działałem w nim bardzo aktywnie, ale szybko +zrozumiałem, że nikomu nie zależy ani na tym, żeby kogokolwiek ukarać, ani na +tym, żeby zadośćuczynić za nasze cierpienia. Dostaliśmy jakieś drobne sumy, +poklepano nas po plecach, coś tam obiecano i odprawiono do domów. +A przedstawiciele starego systemu nigdy nie zostali ukarani, nie odpowiedzieli +za swoje czyny ci, którzy rozlali tyle krwi. Tak wielu ludzi cierpiało każdego dnia, +tak wielu umarło z pustym żołądkiem, tak wielu zginęło podczas ciężkiej pracy, za +którą nikt im nie płacił. Mieli nadzieję, że gdy wreszcie upadnie system, który ich +okłamał, nowy i lepszy potępi zbrodnie starego. Że Albania w końcu będzie +demokratyczna. +Ale tak się nie stało. System się nie zmienił, zmieniła się tylko jego forma. +U władzy są ci sami ludzie co dawniej, mówią tylko nowym językiem. Nie ma +prawdziwej demokracji. +Młodzi powinni się uczyć o zbrodniach komunizmu, ale skoro nikogo nie +ukarano, jaka nauka płynie dla nich z przeszłości? Czasem opowiadam w szkołach, +jak to było w więzieniu, ale dzieciaki tylko kręcą głowami: „Nie, to niemożliwe”. +W dzisiejszych czasach ludzie idą do więzienia tylko, jeśli popełnią wielkie + +przestępstwo, dlatego młodzi nie potrafią pojąć, że ktoś mógł zostać skazany bez +winy. A państwo zamiast potępić stary system, zajmuje się wyłącznie tym, jak się +wzbogacić. +Szaleje korupcja, nie ma żadnych zasad, a bez zasad nie ma prawdziwej +wolności. Moja córka miała świetne wyniki w liceum, ale żeby skończyła studia, +i tak musiałem płacić łapówki. Dzieci bogatych rodziców studiują za granicą, +opłacają uniwersytet skradzionymi pieniędzmi ojców. Więc gdzie jest wolność? +Gdzie równość? Gdzie prawda? Gdzie jest marzenie o demokracji? +Jesteśmy rozczarowani i zmęczeni. Staliśmy się żebrakami pogrążonymi +w cierpieniu. Od upadku komunizmu minęło dwadzieścia sześć lat, przyjęto +ustawy, które obiecywały rekompensaty za lata przepracowane w więzieniach, ale +pieniędzy nigdy nam nie wypłacono. Znajdą się, jak już wszyscy umrzemy. +W nowej Albanii nie liczy się prawda. Na co ona komu? Nie można jej sprzedać +ani kupić. Ludzie przestali mieć nadzieję, że prawda przyniesie wyzwolenie, że +oczyści Albanię. Świat nadal przykryty jest błotem. +Nie chcę zabierać tego błota do grobu. +Neim Pasha zmarł 9 marca 2018 roku. + +Jak pomniejszano małego geniusza +– Dobrze, zgadza się… A dwanaście razy dwadzieścia dziewięć? +Chłopczyk dotknął palcem nosa, podrapał się, otworzył szeroko oczy, a potem +pojaśniał. +– Trzysta czterdzieści… i ten… osiem. +W tym czasie nauczyciel nerwowo mnożył liczby na kartce. Zaraz, zaraz… I… +Taaak… Hm… +– Dobrze… Siadaj – wyjąkał i sam usiadł, a potem przez dłuższy czas nie +powiedział ani słowa. +Młody mężczyzna, który osunął się na krzesło przygnieciony ciężarem swojego +odkrycia, nazywał się Gjeto Vocaj. Chłopczyk, w którego się wpatrywał, niedawno +skończył sześć lat i miał na imię Nika. Kiedy spoglądali na siebie tego ranka 1962 +roku w zimnym, skromnym budynku szkoły w dalekiej wiosce Palaj na północy +Albanii, żaden nie wiedział, że los właśnie połączył ich ze sobą na zawsze. +I że Gjetowi przyniesie wiele radości pomimo bólu, a Nice chwilę sławy, +później zaś rozczarowanie i zwątpienie. I że w osiemdziesiątej wiośnie życia Gjeto +będzie opowiadał historię geniusza z regionu Dukagjini, siedząc w samym centrum +Szkodry na tarasie eleganckiej restauracji należącej do tego właśnie ongiś +cudownego dziecka, dziś – jego sześćdziesięciodwuletniego przyjaciela. +Oto mały Nika Marashi: okrągła twarz, zadarty nosek i błyszczące oczy; w swoich +jedynych spodniach, uszytych przez mamę, pozuje do zdjęcia z ukochanym +nauczycielem. Jest ruchliwy i ciekawski, więc gdy ktoś mówi, że w górach widział +w oddali migające tajemnicze światła, przez półtorej godziny wraz z innymi +mieszkańcami wsi mozolnie wdrapuje się na sam szczyt, by zobaczyć, cóż to +takiego. Patrzy przed siebie i dopiero po chwili słyszy, że tam, w dole, migocze +w Szkodrze albański postęp, nowy system już na zawsze rozproszy średniowieczną +ciemność. Ale do Palaj komunistyczne światło jeszcze nie dotarło. Nie ma radia ani +telefonów, niemal nie używa się pieniędzy, nie ma nawet szkoły. Dzieciaki, jak +tylko trochę podrosną, goni się do wypasania krów i kóz, i biada, jeśli któremuś +zagubi się choć jedna. + +Nika też musiałby łazić za kozami, gdyby nie to, że w 1962 roku także do Palaj +wreszcie zapukał komunizm i w wiosce pojawił się nauczyciel. Wszystkie dzieci od +lat sześciu do dziesięciu gromadzą się teraz w jednej klasie i niepewnie popatrują +na dwudziestokilkulatka, który dopiero co skończył studia i też rozgląda się +niepewnie. +To najmłodsze, które nie może usiedzieć, to Nika, ale Gjeto jeszcze nie zwraca +na niego uwagi. +Dopiero po kilku tygodniach zorientuje się, że w wiosce, w której nikt nie +widział samochodu, urodził się chłopiec z maszyną do liczenia w głowie. +* +„I wy poznajcie małego Nikę” – zaczął Gjeto artykuł o filigranowym chłopcu, +który wyrastał ponad wszystkie znane mu dzieci. Tekst, wydrukowany na łamach +czasopisma „Nauczyciel”, krążył z rąk do rąk od Vermosh po Sarandę, aż ktoś +z nomenklatury uznał za stosowne położyć gazetę na biurku ukochanego +przywódcy. Ten poprawił okulary i zagłębił się w lekturze. +Do chłopca wysłano delegację, która oceniła: rzeczywiście, geniusz! Problemy +logiczne rozwiązuje z namysłem małego filozofa. Cóż z nim zrobić, by go nie +zmarnować? +Młody nauczyciel idzie przez niekończące się korytarze siedziby Komitetu +Centralnego, idzie strwożony i drżący w towarzystwie milczącego sekretarza +i Ramiza Alii. Drzwi obite atłasową tkaniną, wdech, dłoń na klamce, wydech… +I oto jest – towarzysz Enver Hoxha, skromny i niezłomny, pragmatyczny +w serdeczności i okrucieństwie. Jak przystało na władcę absolutnego w ubogim +socjalistycznym królestwie, siedzi na podium przy stole zawalonym papierami, +otoczony regałami pełnymi książek, i na widok gości układa usta w uśmiechu +znanym wszystkim mieszkańcom kraju, uśmiechu władcy, który potrafi pochwalić, +a potem zabić. +– A czy ten mały geniusz zna już nazwiska wszystkich członków Biura +Politycznego? – dopytuje wódz. +Odpowiedź ściera mu uśmiech z twarzy. +– Zanim zaczniecie go uczyć, że Ziemia kręci się dookoła Słońca, upewnijcie +się, że wie, czym jest marksizm-leninizm! + +Najniezwyklejszy uczeń Albanii ma zostać objęty specjalnym programem: +nauka na świeżym powietrzu, zakres materiału bogaty, choć elastyczny, +dostosowany do zdolności chłopca, lecz bez oglądania się na jego wiek. System +chce z małego geniusza zrobić wybitnego naukowca, ale żeby chłopiec nie poczuł +się wyjątkowy, zostanie wraz z dziesięciorgiem rodzeństwa w swojej zapadłej wsi. +– Zarozumiałość jest chorobą, która gubi każdego – oznajmia ukochany +przywódca, a zgromadzeni w gabinecie nabożnie kiwają głowami. +Gjeto ma niezwłocznie zostać osobistym nauczycielem chłopca i pracować +z nim jak najdłużej. +Sigurimi ma niezwłocznie założyć Gjetowi teczkę i mieć na młodego +nauczyciela szczególne baczenie. System czeka: jedno nieostrożne spotkanie, kilka +słów do niewłaściwej osoby, jeden zbieg okoliczności i machina do miażdżenia +zostanie wprawiona w ruch. +Tymczasem wszyscy w regionie już wiedzą, że ich ziemia wydała geniusza. +Ktokolwiek go spotka, szczypie go w policzki i wymyśla jakieś obliczenia, żeby +sprawdzić, czy mały rzeczywiście jest tak wyjątkowy, jak mówią. Nika lubi te +zagadki, matematyka wydaje mu się prosta i oczywista, a cokolwiek usłyszy, zaraz +zapamiętuje i łatwo kojarzy fakty. +– Jak to się dzieje? – pytają go ludzie. +– No tak, po prostu – wzrusza ramionami Nika. +Do odpytywania też przywykł. Co kilka tygodni jeździ na jakieś testy, a to +w Tiranie, a to w Szkodrze; oczekiwania wobec niego stale rosną. Niech mały +geniusz pokaże swoją genialność! +Starszy pan, który kiedyś był tym cudownym dzieckiem, a dziś pije ze mną +kawę, uśmiecha się gorzko do swoich wspomnień. +– Aktor odgrywa swoją rolę, schodzi ze sceny i wraca do normalnego życia. +Sportowiec schodzi z boiska i mało kto potrafi skojarzyć, że ten właśnie człowiek +wygrał jakieś ważne zawody. A ja musiałem ciągle spełniać wymagania innych, +ciągle grać rolę geniusza i rozwiązywać kolejne zadania, żeby udowodnić, że +naprawdę jestem tak zdolny, jak mówili. Matematyka, którą tak kochałem, stała się +dla mnie męczarnią. Czasem ludzie przed wejściem do fabryki śpiewali o tym, jak +wspaniale iść do pracy, bo potem mieli fajrant i wracali do domu, a mnie się +wydawało, że moja praca – bycie wielkim talentem – nigdy się nie kończy. + +Ale warunki pracy genialny uczeń i jego nauczyciel mają jak nikt inny w Albanii. +Jeżdżą do Durrës, gdzie leżąc na plaży, Nika rozwiązuje zadania, które wymyśla +mu Gjeto. Nad Jeziorem Szkoderskim, wyciągnięci na kocach, dyskutują +o geometrii i pojęciu nieskończoności. Po jakimś czasie obaj zostają przeniesieni +do Szkodry i tam też szybko stają się sławni. Ilekroć ktoś spotka Nikę na ulicy, +mówi: „O, uczeń Gjeta!”. Ilekroć ktoś widzi Gjeta, woła: „Ach, jesteś +nauczycielem Niki!”. +– Gjeto był dla mnie przyjacielem, nauczycielem i ojcem – uśmiecha się Nika. – +Bywały chwile, że czułem, jakbyśmy byli jednym, jak bliźnięta syjamskie. Leżąc +w łóżkach, do trzeciej nad ranem rozmawialiśmy nie tylko o matematyce, ale też +o Stalinie, polityce Hoxhy, wolności. Ufaliśmy sobie bezgranicznie. Gjeto jest +wyjątkowym człowiekiem, w tamtych czasach mało kto miał tyle serca. +Serce mocno Gjetowi bije, gdy ściska na pożegnanie dłoń przyjaciela z pracy, który +jeszcze tego samego dnia ma rzucić się do rzeki Buny z nadzieją, że nurt nie +odbierze mu życia, lecz poniesie go do nowego, do Jugosławii. Żaden z nich nie +wie, czy ucieczka się uda ani jak to ostatnie spotkanie wpłynie na ich życie. Gjeto +po prostu życzy przyjacielowi powodzenia. +Mija siedem lat, huczą klaksony, drży chodnik ponad tunelem metra, gdzieś +w oddali wyje syrena, a w małej, zapyziałej kawiarni na Manhattanie przekrzykują +się albańscy emigranci, niespiesznie rozlewając do kieliszków raki. Tak, panowie, +któż by przewiedział, że nam się powiedzie… Nam, którzy uciekliśmy, nim +podniesiono most zwodzony i zamknięto bramy twierdzy, nam, którzy podstępem +pokonaliśmy mur… My, ocaleni, najwięksi szczęściarze na Manhattanie. Toast za +tych, co uciekli z Albanii! Niech zdycha Enver! +Niech zdycha! +A potem wspominki: ten uciekł przez Peshkopi, tamten lasem przedarł się do +Grecji… Ktoś na samodzielnie zmajstrowanej tratwie przepłynął z Himary na +Korfu… Lista cudów! +– A ja – mówi jeden – uciekłem przez Bunę do Ulcinja i nikt, zupełnie nikt +o tym nie wiedział, z wyjątkiem mojego jedynego przyjaciela, wspaniałego +człowieka Gjeta Vocaja, który nigdy mnie nie zawiódł! Tak jak z wami siedzę, tak +z nim siedziałem ostatniego dnia przed ucieczką, a potem uścisnąłem mu dłoń… +Niech żyje! + +– Niech żyje! – wołają i podnoszą kieliszki, i uśmiechają się, wszyscy +uśmiechają się do swojego szczęścia, i tylko jeden uśmiecha się do szczegółu. +Imię, nazwisko, miejsce, data spotkania, przebieg, w końcu z czegoś trzeba +żyć… +Nika Marashi, mały albański geniusz, zostaje uczniem liceum i błyszczy niczym +najjaśniejsza gwiazda komunistycznej edukacji. Piękna, owszem, ale nauczyciele +nie bardzo wiedzą, co z nią zrobić. Gdzieś na świecie podobno powstają jakieś +komputery, ale w Albanii mało kto umie je sobie wyobrazić. Nika coraz częściej +spędza wieczory, czytając książki; matematyka staje się dla niego nudą +i utrapieniem, dlatego unika jej, jak może. Szkoła ma swój rytm, mózg Niki pracuje +na innej częstotliwości. System daje mu wszystko, co ma, ale w komunistycznej +Albanii to i tak za mało. +Zgodnie z oczekiwaniami Nika idzie jednak na studia matematyczne do Tirany, +tyle że ledwie wiąże koniec z końcem: wprawdzie dzięki stypendium ma jedzenie +i dach nad głową, ale o mydle i ubraniach może tylko pomarzyć. Niby jest +uprzywilejowany, lecz zarówno w sierpniu, jak i w styczniu nosi tę samą parę +spodni i coraz częściej zrywa się z wykładów, żeby pójść na zajęcia teatralne do +Instytutu Kultury. Prowadzący docenia zarówno wyobraźnię Niki, jak i ekspresję +pewnej młodej dziewczyny z Fier, Lili. Od tej dziewczyny Nika nie może oderwać +wzroku. +* +Imię do imienia, nazwisko do nazwiska, przez lata Sigurimi cierpliwie +i metodycznie zbiera kamienie, które zawiesi Gjetowi na szyi, zanim wrzuci go do +wody. +– Co mamy? +– Gjeto Vocaj, z rodziny zdeklasowanej, pracował jako nauczyciel w wioskach +na północy. Dziadek był członkiem Balli Kombëtar i został rozstrzelany, rodzinę +internowano w Tepelenie, dom ich spalono. Zdradzieckie pomioty! I ktoś taki stał +przed naszym przywódcą… +– Nie doniósł na skurwysyna, co uciekł w 1971 roku, siedem lat temu! Siedział +ptaszek na gałęzi i ćwierkał, siedział i pasł się na naszym ziarnie, jeszcze go żeśmy + +po drodze do Szkodry wysłali… Tak żeśmy go nagrodzili za nauczanie tego gnojka +z Dukagjini! +– Zeznań z Ameryki nie możemy użyć, bo wsypiemy szpiega. To co mamy? +– Mamy szwagra, wuja, najlepszego przyjaciela, dwóch kolegów z pracy, +profesora, który go uczył… Nie podobało mu się, że po studiach trafił na +prowincję… Słuchał Radia Watykańskiego i Głosu Ameryki… Powtarzał, że na +Zachodzie jest lepiej… Że Albania się nie rozwija, że nawet nie ma gdzie sera +kupić… +– Dobrze. Na dziesięć lat będzie w sam raz. +Po zajęciach Nika czasem zagaduje Lili i nie ma wątpliwości, że patrzy na kobietę +swojego życia, choć zupełnie inną niż on: spokojną, rozsądną, skrupulatną. Dlatego +nie może uwierzyć, gdy na pytanie, czy wyjdzie za niego za mąż, Lili poważnie +kiwa głową. +Tylko że on pochodzi z katolickiej północy, a ona jest muzułmanką z południa. +Rodzice Niki jeszcze przełknęliby jakoś to rozczarowanie, ale ojciec Lili, dumny +mieszkaniec Fier, nawet nie chce o tym słyszeć: jego córka nie poślubi jakiegoś +oberwańca z gór, dzikusa bez kultury. +Ale Nika ma już plan: porwie ukochaną! Wtedy zgodnie z albańską tradycją +rodzice nie będą mieli nic do gadania. Rozważna Lili uznaje ten pomysł za +romantyczny, a przede wszystkim skuteczny. +Jak postanowili, tak robią. Gdy Nika z narzeczoną staje w drzwiach rodzinnego +domu, jego ojciec wzdycha, a potem wkłada najlepsze ubranie i jedzie do Fier, do +rodziców Lili. +– Mój syn nie powiedział mi, co zamierza, tak samo jak wasza córka ukryła +wszystko przed wami. Żadne z nich nie zapytało nas o zdanie. +Ojciec Lili milczy, ale w końcu kiwa głową. +– Wygląda na to, że nie mamy już nic do powiedzenia. +A gdy rok później na świat przychodzi pierwszy syn Lili i Niki, świeżo +upieczony dziadek z Fier telepie się przez nieskończone wertepy na znienawidzoną +północ, a potem schyla się nad niemowlęciem w kołysce. +– Co ja mam z tobą zrobić? Teraz już muszę być twoim dziadkiem… +Mniej więcej w tym czasie do drzwi Gjeta Vocaja puka nieznajomy. Mężczyzna +o przystojnej, choć niewesołej twarzy mówi, że towarzysz proszony jest w trybie + +natychmiastowym do wydziału spraw wewnętrznych. Czegóż może chcieć władza +od przykładnego i cichego obywatela komunistycznej Albanii? Gjeto robi +błyskawiczny rachunek sumienia, ale nie znajduje żadnych grzechów. Patrzy przez +chwilę w stronę wieszaka w przedpokoju, ale zaraz zmienia zdanie; za oknem +świeci słońce. +– Weźmie towarzysz płaszcz – radzi funkcjonariusz Sigurimi. +Gjeto jest z natury optymistą, człowiekiem bez miary pogodnym, który w każdej +sytuacji chce widzieć dobre strony. Uznaje, że płaszcz nie będzie mu potrzebny. +Kiedy wychodzą przed dom, funkcjonariusz przystaje przed kioskiem i kupuje +papierosy. Bez słowa wkłada paczkę do kieszeni na piersi Gjeta. +Przez chwilę patrzą sobie w oczy, a potem obaj odwracają wzrok. Gjeto już wie. +Do pokoju przesłuchań wchodzi świadek Pashko Camaj i Gjeto rozpoznaje go od +razu – oto sąsiad pijaczek, który zapukał kiedyś do jego drzwi, żeby pożyczyć +talerz dla kuzyna, wyczekiwanego gościa z Jugosławii. Potem wpadł, żeby talerz +odnieść, i zagadał się na progu. Innym razem zapytał, jak szanowny sąsiad zdobył +taki tapczan, usiadł na tapczanie i podzielił się refleksją, jakie wyborne tapczany +robi za miedzą Tito, oni to w ogóle mają życie… I Gjeto zrozumiał: przez usta +sąsiada przemawia Sigurimi. Natychmiast odprowadził go do drzwi. +Jeszcze wtedy nie wiedział, że na zewnętrznej stronie futryny okna przyklejone +jest małe urządzenie, które nagrywa wszystkie skargi, utyskiwania i westchnienia, +wszystkie zakazane audycje, wszystkie zagraniczne piosenki, wszystkie rozmowy +o przyszłości w kraju bez nadziei. +– Człowiek, który tu wszedł, ma na piersi i plecach dwie tabliczki – powiedział +Gjeto, wskazując na sąsiada. +– Jakie tabliczki? – zdziwił się śledczy. +– Na plecach ma tabliczkę „Szpieg”, a na piersi „Fałszywy świadek”. +Pashko aż syknął ze złości. Chwiał się na krześle; kapowanie to ciężki kawałek +chleba, więc przed przesłuchaniem golnął sobie dla kurażu. +– Szanowny towarzyszu – zawołał – człowiek, który tam siedzi, ta kanalia Gjeto +Vocaj, on, proszę towarzysza, czasem to tak głośno krzyczał w swoim domu na +władzę, że ja przez ścianę słyszałem! Że Enver Hoxha to łajdak, że nie mamy co +jeść, że on już tak dłużej nie może, że jutro ucieknie! Czasem nawet stawał w oknie +i to mówił, jakby chciał, żeby ludzie na ulicy słyszeli, on jeszcze innych podburzał! +Śledczy opadł z sił. + +– Towarzysz mówił wcześniej co innego. Że przyszedł do domu oskarżonego, +bo oskarżony zaprosił towarzysza na kawę, i… +Gjeto przerwał: +– Pan mu podpowiada jak nauczyciel, który chce wyciągnąć słabego ucznia na +dwójkę! Nie podpiszę zeznań, które pan podpowiada świadkowi! +Gjetowi założono kajdanki; przesłuchanie było skończone. +Dorosły Nika, świeżo upieczony nauczyciel, rozgląda się po klasie, w której siedzą +jego nowi, nieco spłoszeni uczniowie. Oby tylko nie było wśród nich żadnego +geniusza… +Razem z Lili zostali skierowani do pracy w Theth, jeszcze dalej na północ niż +rodzinna wieś Niki. +– Theth było nieskończenie piękne i to jakoś osładzało nam życie, ale potem +przenieśli nas do Pult i tam czuliśmy się już zupełnie odcięci od świata. Tyle że +wszyscy męczyli się tak samo, więc nikomu nie zazdrościliśmy. Tylko czasem +wspominaliśmy nasz kurs teatralny w Tiranie. To, że poznaliśmy się właśnie tam, +wydawało się niemożliwe… +Nocami wychodziłem przed dom i patrzyłem w niebo. Wokół były ciemność +i cisza, jakbyśmy żyli w absolutnej pustce. Zastanawiałem się, czy czeka nas tutaj +przepisowe pięć lat nauczycielskiego stażu, czy władza pokaże pazury i tak jak +niektórzy dostaniemy dziesięć. +W ciasnej więziennej celi cisza zamienia się w huk. Mężczyzna, który patrzy na +Gjeta, ma chude ciało i okrągłą twarz. Słowa raz płyną z jego ust jak rzeka po +burzy, raz sączą się jak wysychający potok. +– Nie dziwi cię, że ja zawsze mam papierosy, a ty nie dostałeś ani jednej paczki +od rodziny? +– Nie – kręci głową Gjeto. +Dwie szczupłe, pochylone sylwetki zwieszają głowy. +– Codziennie odejmują mi pięć dni od wyroku. Jeśli dowiem się czegoś +ciekawego, obetną mi wyrok o połowę… Tak to jest… Przepraszam… +– Tak to jest – powtarza Gjeto. +– Czytałem twoje akta. Twój szwagier donosił, wujek, przyjaciel… Co za +pieprzony kraj. + +Gjeto pochyla głowę. A więc tak działa system? Naprawdę jest taki +bezwzględny? Naprawdę jest taki skuteczny? Naprawdę jest taki nieludzki? +Przyjaciół zamienia w zdrajców, a szpiegów w pocieszycieli? +W kawiarni w centrum Szkodry duży Nika kiwa głową. +– Gjeto był człowiekiem z innego świata, nawet w komunistycznej Albanii nikt +nie mógł powiedzieć na niego złego słowa. Gdy rozeszła się wieść o jego +aresztowaniu, pojechałem do Szkodry i widziałem, że choć ludzie starali się +trzymać język za zębami, wielu się burzyło. Bo za co niby Gjeto trafił do aresztu? +O historii z przyjacielem, który uciekł, nikt nie miał pojęcia, więc tym bardziej nie +można było tego pojąć. +Procesy wrogów ludu zawsze odbywały się przy pełnych salach, żeby obywatele +mogli sobie popatrzeć na nieomylność systemu, ale akt oskarżenia Gjeta sklecono +tak marnie, że władza postanowiła cieszyć się swoją skutecznością we własnym +gronie. Szkoderska publiczność czasami wykazywała się nadzwyczajną odwagą +i kiedy kłamstwo przekraczało poziom, do którego wszyscy przywykli, stawała +w obronie oskarżonych. Ale nim proces się rozpoczął, Gjeto usłyszał łomotanie do +drzwi. +W progu sali sądowej stanęła kobieta o rozpłomienionych oczach i poszarzałej +twarzy, drobna, jakby skurczona, o zapadniętych policzkach. +„Kolejny fałszywy świadek?” – zdążył pomyśleć Gjeto i wtedy usłyszał +donośny, dźwięczny głos: +– Mam prawo tu być! +To była żona Gjeta, której nie widział od sześciu miesięcy. Pogodna i krzepka +Liliana, która teraz wyglądała jak szkielet obleczony skórą i tylko głos pozostał ten +sam, znajomy, mocny głos w zupełnie obcym ciele. Po latach Gjeto wspominał, że +widok żony był dla niego znacznie większym ciosem niż przesłuchanie i proces +razem wzięte. Co cierpienie zrobiło z ukochaną Lilianą… +Kiedy skończył przemawiać kolejny świadek – sąsiadka z tego samego +budynku – Liliana poprosiła o głos. +– Ta kobieta bez godności, z którą nikt z nas nigdy nie rozmawiał, jest +członkiem partii. Jakie odznaczenie przewidzieliście dla niej za składanie +fałszywych zeznań? +– Towarzyszka wyjdzie stąd w kajdankach! – zawołał prokurator. + +Ale Liliana wpadła w amok i zamiast zamilknąć, wyciągnęła ręce. +– Proszę, zakładajcie kajdanki, nie bójcie się. Skoro skazujecie mojego męża +dzięki kłamstwom, ze mną poradzicie sobie łatwo, ale wstyd pozostanie z wami! +Pod Gjetem ugięły się nogi. Liliana oszalała… Co będzie z dziećmi? Patrzył, jak +strażnik wyprowadza żonę, a na salę wchodzi ze zwieszoną głową kolejny +świadek – jego przyjaciel. +– Nie mówił nigdy źle o partii… Ale powiedział, że zesłanie go na wieś było +niesprawiedliwie. +Sędzia odchrząknął. +– Dziękuję. Widzę, że oskarżony jest przeciwko polityce partii. To nam +wystarczy. +Siedem lat za agitację i propagandę – orzekł sąd ku rozczarowaniu prokuratora, +który żądał dziewięciu. „Tylko siedem lat!” – ucieszył się Gjeto, który nie na +darmo był optymistą. Jego najlepszy przyjaciel, zwiesiwszy głowę, stał w ławie jak +rozpacz i budził litość, nie gniew. Wezwana do sądu dzielnicowa Belkize Mjeda +miała odwagę powiedzieć, że Gjeto Vocaj jest najszlachetniejszym człowiekiem, +jakiego zna. I nie aresztowali Liliany… +Dorosły Nika podnosi palec. +– Zbiorowa wina to była istota albańskiego komunizmu. Cokolwiek zrobiłeś +złego, musieli cierpieć wszyscy twoi bliscy. Od lat nie utrzymywałeś +kontaktu z bratem, ale jeśli akurat jemu zachciało się uciec z kraju, zsyłali cię do +wioski gdzieś na skraju świata. Tak wyglądała komunistyczna sprawiedliwość. +Kiedy Gjeto trafił za kratki, do drzwi Liliany także zapukała władza. Wraz +z dziećmi internowano ją we wsi Pistull pod Szkodrą i kazano pracować +w kooperatywie. Ledwie starczało im na chleb. Tak żyło się w komunistycznej +Albanii. Nie mogło być inaczej. +Mężczyzn pod plandeką powiązano drutem, a potem założono im kajdanki tak +ciasne, że nieopatrzny ruch jednego wywoływał u drugiego ból. Wrzynały się +w skórę nawet, gdy ciężarówka podskakiwała na wertepach. +– Cholerny albański złom te kajdanki! – jęknął jeden z więźniów. +– Ty patrz! A mnie nie boli. +– Bo ty masz niemieckie, luksusowe! +– Kto ma niemieckie kajdanki, ten sowiecki szpieg! + +Mężczyźni ryknęli śmiechem. +– Nie rechoczcie tak, bo mnie boli! – jęknął ktoś ze środka. +Jechali stłoczeni, kajdanki kaleczyły im nadgarstki do krwi, pod niską plandeką +brakowało powietrza, a jednak Gjeto śmiał się tak, że aż bolał go brzuch. Kiedy +pochylali głowy, byli tylko więźniami, kiedy się śmiali, na powrót stawali się +ludźmi. +Dziurawymi wstęgami dróg ciężarówka wiozła ich do Spaça. Tam złamane +kręgosłupy wrogów naprostuje się niewolniczą pracą i torturami. +Maleńkie postacie w szarych drelichach krążyły po szarej ziemi pośród szarych gór +zamykających obóz w ciasnej obręczy. +Przed rewoltą warunki w Spaçu były nieludzkie. Dopiero po niej wprowadzono +jeden dzień wolny od pracy, a strażnicy przestali torturować więźniów, którym +brakowało sił, żeby wyrobić normę. Ale zmarłych wciąż chowano na wzgórzu +obok obozu, jakby system chciał pokazać, że nawet śmierć nie zmaże ich winy. +Matki i ojcowie dowiadywali się o śmierci synów dopiero po przyjeździe na +widzenie, umęczeni i obładowani. Strażnicy wzruszali ramionami. +– Jednego wroga ludu mniej! +A wielki przywódca powtarzał owieczkom: +– Żadnych ustępstw, żadnej łaski dla wroga i żadnego strachu przed błędami. +Nikt, kto okazuje wrogość wrogowi ludu, nie popełnia błędu. +Gjeto Vocaj spędził w Spaçu tylko trzy miesiące, bo jego brat cioteczny był +jednym z więziennych oficerów. Władza uznała to wspaniałomyślnie za konflikt +interesów, a Gjeto dziękował losowi. Trzy miesiące spędzone w Spaçu były jak +trzy lata w każdym innym więzieniu. +– Gdy aresztowali Gjeta, przeżyłem dramat, jakby zabrali mi ojca – wspomina +Nika. – Więzienie to była tragedia, ale myśląc o Gjecie, zastanawiałem się czasem, +czy nasze życie jest lepsze. Po ciężkiej, umęczającej pracy wracaliśmy do domów, +które też były jak więzienia. Budowano tak nisko, że wystarczyło podnieść rękę, by +dotknąć sufitu. Wszystko po to, żebyśmy nie mieli poczucia przestrzeni i nie mogli +zaczerpnąć oddechu. Mieliśmy być zamknięci i słabi. System nieustannie próbował +nas pomniejszać, nas, nasze domy i nasze życie. + +Z daleka więzienie w Ballsh wyglądało równie nędznie, jak to w Spaçu, +i więźniowie wydawali się tak samo wychudzeni – ale nikt nie oczekiwał +niewolniczej pracy, a osadzeni mogli czytać i robić, co chcieli, nawet uczyć się +języków. Tu lądowała wierchuszka, zasilając szeregi „oddziału rewizjonistów”, +złożonego z dawnych ambasadorów, ministrów, oficerów i dyplomatów – elity +systemu, która utraciła stołki i wolność głównie z powodu postępującej paranoi +Hoxhy. Do więzienia trafił osobisty krawiec Mehmeta Shehu – za szycie +zdradzieckich płaszczy, i fotograf dyktatora, który dniem i nocą retuszował jego +twarz na oficjalnych fotografiach, by zawsze wydawała się łagodna i promienna. +Wyrok spadał na ludzi jak kamienna lawina, tak nagle i nieoczekiwanie, że +wielu nie mogło w niego uwierzyć. „Czerwoni paszowie” gromadzili się +w więzieniu na wspólne czytanie dzieł Hoxhy i podczas dyskusji utwierdzali się +w przekonaniu o jego nieomylności, jakby wcale nie byli za kratkami. Wielu +uważało, że całe to aresztowanie to wielka próba, przed którą postawił ich mądry +przywódca, i że lada moment wyjdą na wolność. +Kiedy ukochany Towarzysz Komendant pojawiał się na ekranie telewizora, +wielu paszów siąkało nosami. +– Jakże ja tęsknię za tym wielkim człowiekiem! – wzruszał się Dashnor +Mamaqi, do niedawna redaktor naczelny „Zëri i Popullit”. +I żeby dowieść swej ideowej przenikliwości, wystosował do najdroższego +wodza oficjalne pismo z delikatną sugestią, by walkę klasową prowadzić także +w więzieniu. +„Przecież my nie jesteśmy równi – przekonywał. – Tu, w Ballsh, otaczają nas +wrogowie ludu, z którymi powinniśmy jak najszybciej się rozprawić. Również +w więzieniu, tak jak i na wolności, należy toczyć walkę klas. Bardzo proszę +o sugestie i plan działań”. +Niestety, żadne sugestie nie nadeszły, a bez rozkazów dyktatora nic nie można +było zrobić. +– Tak, weź mydło, które podał ci zdrajca ojczyzny, ale wiedz, że nie ma takiego +mydła, które zmazałoby twój wstyd i twoją krew na rękach. +Wszyscy więźniowie zamilkli, a mężczyzna, do którego skierowane były te +słowa, stał niemy, jak wyciosany w kamieniu, ze zwieszoną głową. +Im większe sukcesy obwieszczała władza, tym więcej wrogów ludu trzeba było +reedukować i tym częściej dawni prokuratorzy, sędziowie i policjanci stawali + +twarzą w twarz z ludźmi, których wcześniej wysłali do piekła. Przy porannym +myciu ofiara patrzyła w lustro, śledząc odbicie swojego upadłego kata. Wrogów +ludu przybywało i warunki życia w Ballsh coraz bardziej przypominały +poczekalnię w piekle – więźniowie spali na podłodze jeden obok drugiego i gdy +zdawało się, że w celi nie ma już miejsca dla nikogo, w drzwiach pojawiał się +kolejny. +W końcu z powodu przepełnienia więzień, to znaczy dzięki nieskończonej łasce +Towarzysza Komendanta, w 1982 roku ogłoszono wielką amnestię dla wszystkich +z wyrokami poniżej dziesięciu lat. Dla Gjeta Vocaja też. +Niesie się po wiosce Koman, że oto wśród ludzi uczciwych znalazł się wyjątkowo +niebezpieczny zdrajca. Wróg ludu, wroga żona i dwóch wrogich synów spędzili +trzy dni i trzy noce pod gołym niebem, czekając na pojawienie się +przewodniczącego wsi, który siedział w domu, czekając, aż ustanie deszcz. +Pierwszej nocy Gjeto ujrzał w ciemnościach zbliżające się pospiesznie sylwetki – +to ludzie ze wsi przynieśli im chleb. +Jak się okazało, internowanemu na pięć lat zdrajcy władza mogła zaoferować +tylko szałas dla kóz, bez okien, bez drzwi i bez elektryczności, bo na cóż kozom +i zdrajcom elektryczność? Ale tuż za szałasem leżało piękne jezioro pełne ryb, +a nad jeziorem rosły drzewa, których gałęzie uginały się pod ciężarem owoców. +Szybko okazało się też, że choć uprawa warzyw jest zabroniona, lokalna władza +także czuje głód. Gjeto posadził fasolę i cebulę, a ryby złowione w jeziorze +wymieniał na chleb i ser. To doprowadzało do białej gorączki miejscowego +szpiega, który raz po raz uprzejmie donosił władzy. Jednak ilekroć policja miała +zjawić się na kontrolę, Gjeto wiedział o tym od miejscowych i chował sprzęt do +łowienia w bezpieczne miejsce. +„Błędne informacje” – orzekała władza. +Szpieg był równie gorliwy, jak głupi, a że zawsze kręcił się w pobliżu i chętnie +wdawał w rozmowy, Gjeto zaczepił go pewnego razu. +– Proszę cię, przyjacielu, nie wydaj mnie, ale dziś w nocy pojadę bez +pozwolenia do Szkodry. Jesteś jedyną osobą, której ufam… +Szpieg kiwał głową jak pijany dzięcioł. W środku nocy Gjeta obudził łomot do +drzwi. +„Błędne informacje” – zanotowała policja, plując wyzwiskami na prawo i lewo. + +Tymczasem w północnej wiosce Pult, gdzie władza umieściła Nikę i Lili wraz +z dwoma synami, ludzie czasem szeptali o pszenicznym chlebie. Żeby zjeść choć +jedną ciepłą kromkę. W sklepie był tylko ten twardy kukurydziany, który wydawał +się zrobiony z kamienia. +Dziś, siedząc na dizajnerskim krześle i pijąc kawę, Nika kręci głową. +– W domu żartowaliśmy, że gdy przyjdą Jugosłowianie, schronimy się +w bunkrach i obłożymy kromkami chleba, bo są tak twarde, że będą świetną osłoną +przed kulami. Jako małżeństwo nauczycieli zarabialiśmy więcej niż inni, a i tak nie +mieliśmy niczego. Jako obywatele dumnego, wspaniałego kraju myśleliśmy, że +jesteśmy pępkiem świata, a nie obchodziliśmy nikogo. Propaganda głosiła, że +Albania jest twierdzą z granitu, ale ten granit kruszył się z każdym dniem. +Wszystkich, którzy złożyli zeznania na ołtarzu Sigurimi, nie podejrzewając, że +szpiedzy także donoszą na szpiegów, Gjeto Vocaj zaprosił na promocję swojej +autobiografii Fatalne spotkanie z dyktatorem. Książkę zostawił także w ulubionej +kawiarni śledczego, który tak profesjonalnie go przesłuchiwał. Nie zapomniał +o dedykacji: „Sprawdź, czy nie zrobiłem błędów”. +Na spotkaniu autorskim był również Nika. Po upadku dyktatury skończył +prawo, został agentem nieruchomości i doradcą prawnym, a teraz zajmuje się +księgowością. No i sfinansował tę restaurację, w której spotkałam się z Gjetem po +raz pierwszy, ale zaznacza, że to interes jego syna. +– Mówienie o sobie jest strasznie nudne – śmieje się, gdy dopytuję o dzieje +genialnego chłopca. – Jeśli jacyś dziennikarze chcą się ze mną spotkać, umawiam +się z nimi tylko ze względu na Gjeta. A tak w ogóle może nas pani obejrzeć na +YouTubie. Naprawdę! Wyobraża sobie pani, jak się zmienił świat? Przecież ja +pochodzę ze wsi, która jeszcze w latach pięćdziesiątych nie znała ani szkół, ani +prądu. Tyle mam z komunizmu, że teraz wszelkie życiowe przeszkody wydają mi +się niczym w porównaniu z tym, co było. Gdybym urodził się w dzisiejszych +czasach, nie zdawałbym sobie sprawy, jak silną istotą może być człowiek. +Kiedyś Nika półtorej godziny wspinał się na szczyt góry, by zobaczyć światła +zelektryfikowanej Szkodry. Teraz ja w sekundę wpisuję w wyszukiwarkę +YouTube’a jego nazwisko. Oglądam dwóch starszych panów uśmiechających się +do kamery: dobrego nauczyciela i jego genialnego ucznia, którzy kiedyś mówili +o sobie, że są jednym, a teraz mówią po prostu, że są przyjaciółmi. + +Złamane drzewo +– Możecie mnie zabić tu i teraz, bo ja żadnych papierów nie podpiszę. +Tak im powiedział. +A komendant policji popatrzył mu prosto w twarz i się uśmiechnął. +– Posłuchaj. Będziesz żył i będziesz mnie błagał, żebym pozwolił ci podpisać te +papiery. +Policyjniak patrzył na niego z góry, bo Anastas siedział przed nim na krześle, +ale gdyby Anastas stanął, to ten komendancki pokurcz musiałby wysoko zadzierać +głowę. Bo Anastas miał ze dwa metry wzrostu i jakieś sto dziesięć kilo go było, +facet wielki jak trzystuletni dąb, rzadko się tacy zdarzają. I jak się na niego +patrzyło, to biła od niego szlachetność i spokój dębu. Więc nic dziwnego, że był +lokalnym przywódcą Arumunów, ludności romańskojęzycznej zamieszkującej +południe Albanii. Każdy mógł do niego przyjść, jak miał sprawę, i wszyscy się go +słuchali, bo były w nim prawda i czystość. Był jak woda z górskiego potoku. Pijesz +ją i wiesz, że nie może cię zatruć. +Takiego czystego potrzebowało go Sigurimi. Chcieli mieć w kieszeni dobrego +człowieka, który miał władzę i nie musiał jej nikomu narzucać. Nie musiał nikogo +zamykać w piwnicy, żeby go słuchano. Nie musiał na każdym wzgórzu układać +napisów z kamieni, jaki jest wspaniały. Nie musiał nikogo zastraszać ani zabijać, +żeby go szanowali. +Wezwali go i powiedzieli: +– Będziesz dla nas donosił. +Ale on powiedział, że nie podpisze, i zrozumieli, że siedzi przed nimi człowiek, +który prędzej umrze, niż zostanie szpiegiem. Skoro honor znaczył dla niego więcej +niż życie, czyj honor należało podeptać, by było to gorsze niż śmierć? +Przyprowadzili jego córkę. Dwudziestodwuletnią. Piękną, tak jak czasem rodzą +się dziewczyny piękniejsze niż wzgórza. Była w pokoju obok, kiedy komendant +zdarł z niej sukienkę. Uderzył w twarz, rozciął wargę. Potem bił w głowę, +w skronie. Zalała się krwią. Krzyczała. Ojciec słyszał ten krzyk, ale nie wiedział, +kto krzyczy. Bił komendant, trzymali dwaj policjanci, lekarz się przyglądał. Po +chwili lekarz uniósł dłoń i powiedział: + +– Już. +Przyprowadzili mu córkę w samej tylko bieliźnie, w krótkiej, białej koszulce, +całej skrwawionej. Tyle krwi miała na twarzy, że trudno ją było rozpoznać. +– Tato – szlochała. – Co ja im zrobiłam, co ja im zrobiłam? Pomóż mi… +Bo chwilę temu była w domu, w kuchni, odciągnęli ją od garnków. Jak to tak +możliwe, że jesteś dwudziestoletnią dziewczyną, młodą i piękną, że krzątasz się po +domu i nagle stoisz przed biurkiem mężczyzny, który patrzy na ciebie, a potem bije +bez słowa w twarz i zdziera z ciebie ubranie? Jak to można zrozumieć? Ona płakała +tak strasznie, bo nic nie rozumiała. +Komendant uderzył ją znowu, przy ojcu. Ojciec patrzył na córkę. Lekarz patrzył +na krew. Policjanci patrzyli na nagość dziewczyny. Komendant patrzył na tego, dla +którego zaaranżowano cały ten spektakl. +– Jeśli nie podpiszesz, to przy tobie, na twoich oczach wszyscy po kolei ją +zerżniemy. +W Albanii dla kobiety gwałt jest gorszy niż śmierć. To tak, jakby umierać +codziennie do końca życia. I ojciec o tym wiedział. Dla jego córki skończyłoby się +życie. Ludzie nigdy by tego nie zapomnieli, a takich rzeczy nie dało się ukryć. On +to wiedział, dlatego zawył. Wyglądał, jakby stracił rozum. Zgiął się wpół i wył. +Zdarli z niej nawet koszulkę. Obaj policjanci po prostu nie mogli się doczekać, +byli gotowi. Rzucili się na nią. Wtedy ojciec krzyknął: +– Błagam cię, daj mi papier, wszystko podpiszę. +Tak to wtedy było. Gdybyś się zastanawiała, dlaczego tak wielu ludzi szpiegowało, +to masz odpowiedź. Zawsze znalazł się sposób, żeby złamać nawet najlepszy +charakter. Zniszczyć ciebie samego to było dla nich za mało. Chcieli zniszczyć to, +co kochałeś najbardziej. Drita, jest w domu coś dobrego? Przynieś jej miodu! Miód +taki dobry mamy, z okolicznych łąk. Smakuje ci? W ogóle nie jesz. Jedz, to dobry +miód, u nas tak się go robi, że ma kryształki jak kamyczki. +Ale ta historia dobrze się skończyła, chyba mogę tak powiedzieć. Dziewczyna +była półprzytomna, potwornie pobita, ale gdy ją wypuścili, powiedziała +o wszystkim chłopakowi. A on był z wioski przy granicy i uparł się, że uciekną. +Granica to był płot z drutem kolczastym, czasem podwójnym, czasem pod +napięciem, i wieża strażnicza przy wieży. Wszystko jak na dłoni. Ale on znał tę +ziemię lepiej od tamtych z wieży, znał każdą ścieżkę, każdy pagórek, i od dawna +o tym myślał. I tydzień później w nocy uciekli. Nie pytaj mnie jak, bo nie wiem. + +Może im się udało, bo już nie mieli nic do stracenia i rozpacz przeniosła ich przez +granicę? Oni uciekali przed czymś straszniejszym niż śmierć. Tak sobie myślę, że +wtedy łatwiej jest uciec. +Ojca za karę zesłali do Spaça, bo tam było najgorzej, i tam opowiedział mi tę +historię. Już nie musiał kłamać, już nie musiał szpiegować, już mu tam nic nie +mogli zrobić. Siedział w więzieniu i był wolny. Mógł sobie żyć w tym naszym +cierpieniu powszednim, mógł sobie w spokoju umrzeć, bo wiedział, że córka jest +daleko i nawet władza nie ma rąk tak długich, by mogły ją dosięgnąć. +Jedz miód, nie smakuje ci? Widzisz, wszystko się dobrze skończyło. + +Pustka i pełnia +Daleko, bardzo daleko, w Nënmavriq, jednej z wiosek rozsianych między +wysokimi górami północy, wznosił się kościół kamienny i stary, surowy i skromny, +który w środku miał tylko jeden skarb: średniowieczną koronę wysadzaną +klejnotami. Wieczorami do kościoła przychodziła młoda nauczycielka Dhurata +Mulleti i siadywała w ławce. Pewnego razu ksiądz zatrzymał ją i zapytał: +– Dlaczego tu przychodzisz? Przecież jesteś muzułmanką. +Dhurata milczała, aż nagle wyrzuciła z siebie: +– Wieczorami światło odbija się od klejnotów w koronie i tworzy na ścianie +tęczę… To najpiękniejsza rzecz, jaką widziałam w życiu. Czasem wyobrażam +sobie, że noszę tę koronę na głowie… +– Bluźnisz, dziecko – uciął ksiądz. Ale nie nakrzyczał na nią ani nie wyrzucił jej +z kościoła. +To był początek 1967 roku, wkrótce zaczęły się czystki wśród duchownych i do +kościoła przyszli funkcjonariusze Sigurimi. Początkowo ksiądz protestował, ale +gdy zrozumiał, że nie ma już żadnej nadziei, nakazał wezwać Dhuratę. +Sigurimi zapukało do drzwi dziewczyny. +– Ksiądz prosi – powiedzieli. +„Doniósł im, że chciałabym być królową!” – pomyślała. Weszła do kościoła, +drżąc. Ksiądz spojrzał na nią z bezbrzeżnym zmęczeniem, a potem powiedział: +– Zabierają wszystko. Proszę, załóż na chwilę koronę. Nie wiedząc o tym, byłaś +zwiastunem naszego losu. +Dhurata miała długie, jasne włosy. Gdy nałożyła koronę, wyglądała tak pięknie, +że nawet funkcjonariusze Sigurimi się uśmiechnęli. Ale potem znowu skamienieli +i nie patrząc na nikogo, ładowali na ciężarówkę drewniane krzyże, obrazy +i świeczniki, wszystko, co tylko mogli zabrać. Wzięli także koronę, a księdza +zaciągnęli do samochodu. Kościół wypełnił się pustką. +– Chyba nie wypada, żebym z panią rozmawiała w takim fartuszku – uśmiecha +się siostra Roza, głaszcząc błękitny nylon sukienki. +Patrzę w jej spokojną, babciną twarz, w oczy brązowe wokół źrenicy, z błękitną +obwódką tęczówki. Już po chwili siostra Roza pokazuje mi zdjęcie grupowe z 1942 + +roku, przedstawiające nowicjuszki ze zgromadzenia franciszkanek: w najniższym +rzędzie, wśród najmłodszych, przysiadła ona, jedenastoletnia Gjina, bo tak miała na +imię, zanim złożyła śluby. W drugim rzędzie ręce na podołku trzyma Maria Tuci, +czternastoletnia, skupiona, niemal chmurna. Powaga jej spojrzenia wyróżnia ją +z tłumu dziewcząt. Spośród nich to właśnie Maria będzie cierpieć najwięcej i to ona +zostanie drugą po Matce Teresie błogosławioną kobietą w historii Albanii. +– Miałam ledwie dziesięć lat, gdy wstąpiłam do szkoły zgromadzenia +franciszkanek – uśmiecha się siostra Roza. – Powtarzano mi, że jestem za młoda, +że nie dorosłam, by być tak blisko Boga, ale miałam poczucie, że On daje mi siłę. +Siedziałam w ławce, słuchałam nauczycieli, śpiewałam pieśni i nie wyobrażałam +sobie, że mogłabym być gdzie indziej, czułam, że jestem pełna Boga. A potem +przyszli komuniści i od razu zamknęli katolickie szkoły, starli na proch wszystko… +Nie mam słów, żeby o tym mówić. Wszyscy wspaniali ludzie, których znałam, +byli niszczeni albo zabijani. Ci najmądrzejsi, najjaśniejsi… Słuchałam ich na mszy +z otwartym sercem, a potem raz po raz przychodziły wieści: ojcowie Daniel Dajani, +Gjon Shllaku i Giovanni Fausti rozstrzelani w Szkodrze pod murem cmentarza +w 1946 roku, biskup Frano Gjini umęczony i rozstrzelany, ojciec Deda zadręczony +na śmierć… Za każdym razem pękało mi serce, bo zabierali nam najlepszych +duchownych, tych, których się bali, bo mogliby stawiać opór. +I nie zabijali ich ot tak, po prostu. Torturowali ich przed śmiercią straszliwie, +jakby wzmacniali się od tego cierpienia, podtapiali ich w studzience ściekowej, nie +pozwalali chodzić do toalety, głodzili… Kości pękały jak suche gałązki… +Opowiem ci o Marii Tuci, jak ją ujrzałam wtedy… W szkole Maria zawsze +miała dla mnie dobre słowo, była spokojna, inteligentna, silnego ducha. Straciłam +z nią kontakt, gdy w 1946 roku franciszkanie wysłali ją do szkoły +w okręgu Mirdita, żeby uczyła dzieci. Kiedy zamordowano lokalnego sekretarza +partii Bardhoka Bibę, ona, jej brat i trzysta innych osób trafili do więzienia. Była +taka młoda, miała dwadzieścia dwa lata… Podobno śledczy Hilmi Seiti powiedział +jej na pierwszym przesłuchaniu: „Sprawię, że nikt cię nie rozpozna”. +Wpychali Marię do wielkiego wora, a wraz z nią wrzucali do środka dzikie koty +i tłukli kijami w wór ze wszystkich sił, tak że zwierzęta szalały z bólu i pazurami +orały jej ciało. W końcu Maria była tak wyniszczona, że trafiła do szpitala +z zapaleniem płuc. Gdy pojechałam ją odwiedzić i weszłam na salę, nie mogłam jej +dojrzeć. Dopiero gdy usłyszałam krzyk: „Gjina, Gjina!”, przystanęłam w pół kroku. +Ta postać na łóżku w kącie sali… Kości obleczone skórą i kawałek kości zamiast + + +nosa… „Boże Przenajświętszy – myślałam – co oni jej robili, że tak wygląda?” +A przecież wcześniej była normalną, zdrową, piękną kobietą… Była z nas +wszystkich najładniejsza… I była silniejsza niż my wszyscy, bo zaraz powiedziała: +„Gjino, mam zapalenie płuc, a podają mi tylko penicylinę, proszę, postaraj się dla +mnie o leki”. „Oczywiście – odpowiedziałam – załatwię wszystko, co trzeba”, bo +robiłam już wtedy kurs pielęgniarski, ale widziałam po jej szyi i przedramionach, +że jest bardzo źle, tak straszliwie musieli ją bić i głodzić. Tylko oczy pozostały te +same. +„Muszę stąd wyjść”, wyszeptała, a ja przytaknęłam. +Umarła tydzień później, nim zdążyłam zdobyć leki. Podobno przed śmiercią +powiedziała komuś ze swojej rodziny, że odchodzi wolna. +W porównaniu z Marią nie cierpiałam ani chwili. Nim wyszłam z domu, +stawałam na chwilę przed drzwiami i powtarzałam bezgłośnie: „Boże bezgrzeszny, +chroń mnie przed wszelkim złem”. A zła nie brakowało, zło było wszędzie. +W połowie lat sześćdziesiątych Enver Hoxha postanawia rozprawić się z Bogiem +raz na zawsze. Wiara odciąga Albańczyków od jedynej słusznej ideologii, dlatego +system wypowiada wojnę wszystkim religiom. Odkąd Hoxha przejął władzę, + +z Durrës, potem dołączają młodzi z Lezhy, akcja odbywa się w atmosferze +propagandowych pikników. Szczególnie gorliwi są ci ze złą biografią, bo pragną +pokazać, że należy im się druga szansa. Mieszkańcy wsi rujnują lokalne kościoły, +a władza dwoi się i troi, by przekonać społeczeństwo o słuszności nowego planu: +któż by wierzył w Adama i Ewę, skoro wiemy, jak wyglądał neandertalczyk? Po +cóż nam wiara, jeśli mamy naukę? Czy Albania naprawdę potrzebuje tych +spasionych darmozjadów, którzy tylko wyciągają pieniądze od ciężko pracujących +ludzi? Dość z przesądami! Potrzebujemy budynków o większej użyteczności! +– Patrzyłam, jak moja ukochana katedra w Szkodrze zamienia się w wielką halę +sportową, a tłum wiwatuje – wspomina siostra Roza. – Na moich oczach burzono +kościoły, cerkwie i meczety i zamieniano je w magazyny, teatry, kina i domy +kultury. Wcześniej mogliśmy przynajmniej raz w tygodniu spotkać się w kościele, +czytać Pismo Święte, razem śpiewać. W 1967 roku wszystko to nam odebrano. Ale +mimo strachu codziennie przed jedzeniem robiliśmy znak krzyża, choć wiedziałam, +że jeden ze znanych mi księży trafił do więzienia, bo jego bratankowie donieśli, że +się modli. Nadal obchodziliśmy Boże Narodzenie, ale tego dnia nie wolno nam +było nawet przyrządzić mięsa, bo szpiedzy zaraz donieśliby władzy. Tuż przed +świętami zamykało się sklepy, na wypadek gdyby ktoś miał do wykorzystania talon +na mięso lub jajka. Dlatego 25 grudnia zbieraliśmy się w kręgu, ciaśniuteńkim, +tylko rodzice i nas pięcioro, i niemal bezgłośnie śpiewaliśmy kolędy. Brat, który +wcześniej grał w kościele na flecie, teraz dmuchał tak leciuchno, że ledwie było go +słychać. Mieliśmy wielkie szczęście, że mogliśmy sobie ufać. +Skoro Boga już nie ma, byli kapłani muszą wreszcie zająć się czymś pożytecznym, +orzeka władza i kieruje ich do ciężkiej pracy w kooperatywach. Najbardziej oporni +i najlepiej wykształceni trafiają do więzień, przede wszystkim do Spaça i Burrel. +Reżim wciąż przelewa krew: w 1971 roku ksiądz Shtjefën Kurti, więziony +wcześniej przez siedemnaście lat, zostaje rozstrzelany za to, że ochrzcił +w tajemnicy dziecko; czterej inni księża giną przed plutonem egzekucyjnym jako +antykomuniści i wrogowie ludu. +W dni świąteczne władza wymyślała dla obywateli zadania specjalnie, na +przykład pracę przy budowie kanału albo brukowaniu nowej ulicy, tak by ludzie +wracali do domu zupełnie wyczerpani. Mieszkańców Szkodry w okresie Bożego +Narodzenia wysyła się do czyszczenia szamba. Ateizm triumfuje – władza jest tak + +zadowolona z postępów, że w 1973 roku otwiera w dawnym kolegium +franciszkanów w Szkodrze Muzeum Ateizmu wzorowane na podobnych +placówkach powstałych w Związku Radzieckim. +Trwa tropienie wierzących, którzy ośmielają się praktykować w domu. +Zakamuflowani agenci Sigurimi wpadają do sąsiadów z wizytą, by wywęszyć ślady +aktywności religijnej i złożyć stosowne donosy. W 1983 roku w Mirdicie ktoś +wydaje władzy staruszkę, która uczy wnuki pacierza; kobieta umiera w trakcie +tortur. Wielu pomaga reżimowi na własną rękę – w tej kwestii szczególnie +użyteczni okazują się nauczyciele. +– Uwaga! – woła pani. – Teraz będzie trudne pytanie, kto dobrze odpowie, +dostanie nagrodę. Co to jest? +I rysuje na tablicy dwie przecinające się linie. Dzieci siedzą spłoszone, nikt nie +wie. W końcu jakiś maluch nie wytrzymuje i woła triumfująco: +– Krzyż! +Nauczycielka kiwa głową. +– Świetnie – chwali. – Poproś mamę i tatę, żeby przyszli jutro do szkoły. +Chciałabym im coś powiedzieć. +– Wiedziałam, że na strychach i pod deskami podłóg ludzie wciąż ukrywają +Pismo Święte, ikony, Koran, gromadzą się na cmentarzach, w prywatnych +mieszkaniach i w górskich dolinach, by odprawiać nabożeństwa, przywożą +duchownym jedzenie do więzień, przechowują w ukryciu naczynia i szaty +liturgiczne. Sama zakopywałam w lesie znalezione różańce i modlitewniki. +Udało mi się skończyć szkołę pielęgniarską i odtąd jeździłam od wioski do +wioski, doglądając i lecząc dzieci. Skoro nie mogłam żyć dla Boga, żyłam dla +innych i każdego dnia dawałam im, ile tylko mogłam. To był mój akt oporu wobec +władzy. Kiedyś wzięłam na plecy jednego chłopczyka, bo widziałam, że przez +gorączkę już traci oddech, zaniosłam go do najbliższego szpitala i tak go +uratowałam. Mimo wszystko miałam dobre życie, czułam się potrzebna, a ludzie +odpowiadali mi dobrocią. Jako zakonnica w oczach władzy byłabym złem, jako +pielęgniarka byłam szlachetna i użyteczna, co roku nagradzano mnie dyplomami. +Nigdy nie wyszłam za mąż, jakżeż? Całe życie czułam się siostrą zakonną, tyle +że w świeckim ubraniu. Komunizm był systemem czasowników, nie idei – +jedliśmy, pracowaliśmy, umieraliśmy, nic więcej. Narzucono nam filozofię +marksizmu-leninizmu, ale ona była pusta, my wszyscy jako ludzie komunizmu +byliśmy puści. A teraz? Teraz życie jest piękne, wiara jest piękna. W 1991 roku + +wróciłam do zakonu i wreszcie jestem wśród sióstr, które poznałam w latach +czterdziestych. Wszystkie przez całe życie czułyśmy się zakonnicami. Dziś +Albańczycy może i nie chodzą do kościoła, ale przynajmniej są wolni. Nie ma nic +piękniejszego niż wolność. +Maria Tuci patrzy na nas z portretu: spokojna twarz o regularnych rysach +i skupionym spojrzeniu. Kiedy żegnam się z siostrą Rozą, siostra Teresa, która do +tej pory tylko się nam przysłuchiwała, proponuje, że zaprowadzi mnie do grobu +błogosławionej Marii. +– Tyle cierpienia – mówi, gdy stoimy przy niedużym, białym sarkofagu. – Dziś +żyjemy tylko po to, żeby żyć. Trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu +reżim mógł torturować młodą dziewczynę, kaleczyć, głodzić, oszpecić nie do +poznania, tylko dlatego, że była wierząca, tylko dlatego, że nazwano ją wrogiem. +Dziś młodzi są wolni i słabi. Kiedyś musieli być silni, żeby z godnością umrzeć. + +Kręgi +Czym jest przeznaczenie? Ta rzeka zdarzeń, która płynie przez nasze życie? +Wyobraź sobie: życie jest rzeką złożoną z dwóch strumieni, które łączą się ze +sobą. Pierwszy to los, wszystko, co dzieje się za sprawą Boga lub fatum, wielkich +sił potężniejszych od ciebie. Jesteśmy wobec nich bezbronni. Ty urodziłaś się +w Polsce, ja w Albanii, w takich, a nie innych czasach, nic od nas nie zależało. +Ale jest też drugi strumień, nazwę go determinacją – wszystkie te wydarzenia, +na które mamy wpływ, które kształtujemy za pośrednictwem naszej woli. To, co +chcemy zrobić, kim chcemy się stać. Każdy chciałby, aby te dwa strumienie +utworzyły jeden nurt, aby ślepy los odpowiadał na nasze predyspozycje +i pragnienia. Urodziłem się w nieszczęsnej Albanii, dobry Boże, czemu nie we +Francji! Urodziłaś się w Polsce, dlaczego nie w Niemczech? To nasz los, nie +możemy przed nim uciec, ale możemy stawić mu opór. Możemy nie dać mu nami +rządzić. +Nazywam się Fatos Lubonja i zawsze wiedziałem, że chcę zostać pisarzem, lata +w zamknięciu wykorzystywałem na myślenie i czytanie; nie mogę powiedzieć, +że straciłem ten czas. Nawet gdy przewalasz tony kamieni w kopalni, to jest to +doświadczenie, które cię kształtuje. Taki był mój los: siedemnaście lat więzienia. +Musiałem je zaakceptować i nadać im sens. To dotyczy każdego, nieważne, co nas +spotyka: choroba czy więzienie, utrata czy klęska. W każdych okolicznościach +powinniśmy nadawać znaczenie i sens swojemu losowi, wychodzić mu naprzeciw, +konfrontować się z nim. Nie łamać się pod ciężarem życia. +Krąg pierwszy. Gruzowisko +W więzieniu chodziłem do pracy na trzy zmiany, pchałem wielkie, ciężkie wagony +tuż obok strażników, którzy w każdej chwili mogli mnie zniszczyć. Każdego dnia +życie było walką o przetrwanie, bo pracowałem w kopalni przy pogłębianiu tuneli. +Wierciłem w ścianach otwory, nie za duże, nie za małe. Potem wkładano w nie +dynamit, podpalano lont. Eksplozja rozsadzała świat wokół. Czuliśmy te wstrząsy +w naszych ciałach. Później musiałem czyścić tunel, usuwać skały i robić nowe +dziury. Zmiana po zmianie, dzień po dniu. + +Każdy dzień coś ci zabiera. Żyjesz w stanie wzmożonej czujności, ze +świadomością niebezpieczeństwa. Dwukrotnie omal nie straciłem życia. Raz sam +nie wiedzieć czemu po prostu wyszedłem z tunelu, a trzydzieści sekund później +wstrząs, wielki huk… Ja, żywy, patrzę na gruzowisko przede mną, które mogło być +moim grobem. Za drugim razem popełniłem błąd i gigantyczny blok skalny spadł +mi na głowę. Gdyby nie kask, zginąłbym na miejscu. +Krąg drugi. Izolacja +I były jeszcze tortury. Najstraszniejsze chwile, kiedy zamykano cię w izolatce. Po +drugim wyroku spędziłem tam cztery miesiące, ponieważ odmówiłem pracy. Po +prostu poczułem, że praca będzie oznaczała mój koniec, fizyczny koniec. Moje +ciało się wyczerpie. Te pierwsze siedem lat byłem w stanie znieść. Ale kiedy po +drugim wyroku dostałem następne szesnaście lat, wiedziałem już, że praca mnie +zabije. Wiedziałem, że muszę się przeciwstawić. Nie było w tym żadnej +antykomunistycznej ideologii, to nie był bunt przeciwko systemowi. To była czysta +pragmatyka przetrwania, ja po prostu chciałem siebie ocalić. Chciałem, żeby +przenieśli mnie do innego więzienia, gdzie mógłbym czytać i pisać. +Czasem tak jest w życiu: musisz podjąć decyzję i ponieść ryzyko. Ale mój opór +mógł się stać przykładem dla innych, więc musiałem zostać ukarany. Pierwszy +miesiąc: izolatka. Wypuszczono mnie, ale po kilku dniach moje imię wróciło na +listę brygadzistów, co znaczyło, że muszę rano wstać i iść do pracy. Nie +poszedłem. Przyszli po mnie, powiedzieli: +– Idź na górę do oficera. +Odmówiłem. A więc znowu izolatka. Zażądałem prokuratora dla okręgu +Mirdita. W końcu nigdzie, w żadnym kodeksie nie było napisane, że więźniowie +polityczni muszą pracować. +Krąg trzeci. Głód +– Dopóki nie pojawi się prokurator, ogłaszam strajk głodowy – powiedziałem. +Chciałem po prostu, żeby mnie przenieśli. Głód pamiętam jako ból, świdrujący +ból. Dzień za dniem, czas głodu. Po trzynastu dniach jeszcze byłem przytomny, nie +czułem się dobrze, ale jeszcze miałem w sobie jakieś siły. Czternastego dnia +przyjechał prokurator. +– Jeśli nie chcesz iść do pracy, to umrzesz tutaj – powiedział. + +– Ale przecież nie dostałem kary śmierci… Dlaczego skazujecie mnie na +śmierć? Przenieście mnie do innego więzienia. +Odmówili. +Krąg czwarty. Zimno +Więc kolejny miesiąc izolatki, głodowych racji i skrajnego zimna. Bo musisz +wiedzieć, że to była zima, a w izolatce miało się prawo tylko do bawełnianego +podkoszulka, cienkiej bawełnianej kurtki, kalesonów i spodni. W środku zimy, +tylko tyle. Bardzo mało. I dwa koce od dziewiątej wieczorem do piątej rano. +Czegośmy nie robili, żeby schować te koce przed strażnikami, żeby ukryć je gdzieś +w celi! Niewiarygodne. Wszystko, co człowiek robi, żeby przetrwać… Spaliśmy na +drewnianych platformach i ilekroć strażnicy wchodzili do celi, musieliśmy +podnosić klapy tych platform i pokazywać, że nie ma nic w środku. Niektórzy +strażnicy sprawdzali dokładnie, inni po prostu rzucali okiem i przed tymi można +było ukryć koc. Niektórzy więźniowie mieli taką sprytną taktykę: chowali koc +w kącie tuż za drzwiami, a cele były maleńkie, więc gdy strażnik otwierał drzwi, +nie miał pojęcia, że koc jest za drzwiami, a nie w skrzyni. Takie sztuczki, żeby +tylko mieć koc w ciągu dnia. +W trakcie trzeciego miesiąca w izolatce zażądano ode mnie, żebym się rozebrał. +Odmówiłem. +– Nie ma takiego prawa, które pozwalałoby na rozbieranie więźniów – +powiedziałem. +– Na górę. +Całym sobą czułem, że teraz muszę stawić opór. Są czasem takie momenty +w życiu, najbardziej ekstremalne, najbardziej heroiczne, kiedy myślisz, że za +wszelką cenę musisz być silny. A potem… Potem przychodzą momenty, kiedy +bardzo się boisz. +Przez półtorej godziny strażnik wyzywał mnie i straszył. Patrzyłem z bliska na +jego twarz, na jego wściekłość. Ale podjąłem decyzję: muszę stawić opór. +Odmawiałem. A potem strażnik zapytał innego strażnika, który właśnie wszedł: +– Przyniosłeś ręcznik? +W chwilach skrajnego stresu mózg pracuje inaczej, staje się bombą, która tyka, +kamerą, która rejestruje wszystko, maszyną pracującą na pełnych obrotach. + +W mojej głowie jak w wirze kręciło się pytanie: „Przyniosłeś ręcznik? Jaki +ręcznik? Co oznacza »ręcznik«?”. +Trzech strażników stanęło przede mną. +– Teraz się rozbierz – powiedział jeden. +Po tylu tygodniach izolatki moje ciało było zapałką, którą każdy mógł złamać. +Nie byłbym w stanie z nimi walczyć. +– Nie rozbiorę się – powiedziałem. +W jednej chwili rzucili się na mnie i wykręcili mi ręce. Zerwali ze mnie kurtkę +i podkoszulek. Wtedy zorientowali się, że pod spodem miałem jeszcze jedną +warstwę materiału, specjalną ciepłą koszulkę z bawełnianą podpinką, którą zrobił +dla mnie mój przyjaciel. +– Patrzcie go, jaki cwany! Co on tutaj ma? +Rzuciłem się, żeby im to odebrać, ale przewrócili mnie na ziemię. +– Kryminaliści! – krzyczałem. +I wtedy zrozumiałem, po co był im ręcznik. Wcisnęli go w moje usta, żebym nie +mógł krzyczeć. +Krąg piąty. Ból +Założyli mi kajdanki i zostawili samego. A potem przyszedł strażnik i poprowadził +mnie na zewnątrz, poza więzienie. Szliśmy ścieżką w górę, ku kopalni, aż +w którymś momencie kazał mi się zatrzymać, wyjął czarną pałkę i zaczął mnie bić, +krzycząc. Krzyk i cios. Mój Boże. Krzyk i cios. Stałem półnagi w kajdankach +i przyjmowałem uderzenia. +Potem poprowadził mnie dalej. Pomyślałem: „Nie pójdę tam. Nie będę +pracował”. Weszliśmy do tunelu. +– Będziesz pracował? +– Nie. +I wtedy dostał szału, coś w niego wstąpiło i zaczął mnie bić zupełnie bez +opamiętania, całe moje ciało sczerniało od ciosów. A w końcu zaczął mnie uderzać +w głowę, raz i drugi, z całej siły. +„Umieram”, pomyślałem. Mój mózg wysyłał alarm: „On mnie zaraz zabije”. +Ale nie mogłem się złamać. Coś się we mnie zacięło. +Mózg pracował nieustannie, próbując znaleźć rozwiązanie. Może zadziałał +instynkt, doświadczenie, wola przetrwania, a może po tylu latach w więzieniu + +wiedziałem rzeczy, z których nie zdawałem sobie sprawy. Wydobyłem z siebie +dziwny, niski głos. +– To ty umrzesz – powiedziałem tak, jakby coś przemawiało z głębi mnie. +Pamiętałem, że strażnik ma na imię Pjeter, więc pewnie jest z katolickiej +rodziny. +– Pjeter, co ty wyprawiasz? +Na te słowa strażnik stracił głowę, a ręka z pałką zawisła w powietrzu. Stało się +coś, czego się nie spodziewał. Dotąd on był katem, ja ofiarą, wszystko było jasne. +Teraz nagle ja w dziwny sposób wyłamałem się ze schematu. +– Dlaczego nie chcesz pracować?! – krzyczał. +– Ponieważ znalazłeś się w tej organizacji, Pjeter – grałem dalej, grzmiąc +głębokim głosem. +Strażnik doszedł do wniosku, że straciłem rozum, ale zupełnie nie wiedział, co +z tym fantem zrobić. W końcu powiedział: „Wracamy”, a ja cieszyłem się tylko +z jednego – że przestał mnie bić w głowę. Bo przecież cały czas byłem +w kajdankach i nie mogłem się nawet zasłonić. A gdy zbliżaliśmy się już do +więzienia, zapytał mnie o imiona strażników, którzy stali przed bramą. +– Ma buty – powiedziałem z głupia frant, żeby nie miał wątpliwości, że +poprzestawiał mi klepki. +Wróciłem do izolatki, a po siedmiu dniach zaproponowano mi, żebym napisał +list do rodziny. „To moja ostatnia szansa”, pomyślałem. Nakreśliłem równanie +matematyczne, w którym głównymi niewiadomymi były imiona moich córek. +I wynik – dwa. Przyjechał urzędnik z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, który +był odpowiedzialny za więzienne statystyki. +– Jeśli nie pójdziesz do pracy, to umrzesz w celi – powiedział. – Nie zrobimy +dla ciebie wyjątku. Wystarczy, że przez ciebie musiałem tu przyjechać. +Straciłem złudzenia. +– W takim razie pójdę pod zasieki. +„Iść pod zasieki” znaczyło popełnić samobójstwo. Jeśli zbliżyłeś się do +więziennego ogrodzenia, strażnik miał prawo cię zastrzelić, bo próbowałeś uciec. +W ten sposób samobójstwo popełniły w Spaçu dwie albo trzy osoby. Urzędnik +wyjechał. +Krąg szósty. Rozpacz + +Dopiero niedawno przeczytałem w swoich aktach, że już po drugim miesiącu +w izolatce naczelnik więzienia chciał mnie przenieść do innego obozu, ale +ministerstwo nie wyraziło zgody. Nie wiem, dlaczego dopiero po czwartym +miesiącu pozwolili wreszcie na przeniesienie do Ballsh. Kiedy tam przyjechałem, +spotkałem na sali przyjaciela. +– Mój Boże, jak to dobrze, że do nas trafiłeś! – powiedział. – Tu jest jak w raju! +Miałem dwadzieścia siedem lat. W Spaçu spędziłem cztery. I tylko dlatego, że +byłem młody, miałem w sobie siłę, żeby przeciwstawić się temu wszystkiemu. +Zawsze chciałem być pisarzem. Za wszelką cenę chciałem pisać, ale +wiedziałem, że w Spaçu stanę się wrakiem, że praca zniszczy moje ciało i w końcu +mnie zabije. +To, że w Ballsh mogłem czytać i myśleć, całkowicie zmieniło moje życie. +Wiedziałem, że pewnego dnia opiszę wszystko, co zdarzyło się w więzieniu. +Mogłem zdystansować się od cierpienia. Mogłem próbować zrozumieć, dlaczego tu +jestem i co czują ludzie dookoła mnie. Mogłem próbować zrozumieć strażników na +tyle, żeby przestać ich nienawidzić, zastanowić się, dlaczego są tacy ograniczeni +i tacy brutalni. Przestawałem być tylko swoim strachem. Mogłem próbować szukać +w sobie wewnętrznego spokoju. Ale to nie znaczy, że nie było we mnie nienawiści. +Nienawidziłem systemu tak bardzo, że do teraz potrafię zrozumieć, dlaczego +bojownicy wychodzą na ulicę, żeby wysadzić się w tłumie, rozumiem tę nienawiść. +Czasem śniłem o tym, że jestem bombą, która zamienia więzienie w kupę gruzu. +Czasem myślałem: „Powinniśmy wszyscy popełnić zbiorowe samobójstwo, to +jedyny sposób, żeby ktoś nas usłyszał”. To były fantazje z rozpaczy, bo tak +naprawdę każdy z nas chciał przeżyć, każdy chciał się ocalić. +Krąg siódmy. Śmierć +Przez te cztery miesiące, kiedy trzymano mnie w izolatce, nie myślałem o śmierci. +Kiedy żołnierz idzie na wojnę, nie myśli o tym, że zginie w walce, idzie z myślą, że +przeżyje. Kiedy wchodzisz na pokład samolotu, wiesz, że niektóre samoloty +spadają i wszyscy pasażerowie giną, ale nie skupiasz się na tym. Po prostu +trzymasz się myśli, że wszystko będzie dobrze. W izolatce towarzyszy ci strach +przed śmiercią, ale przede wszystkim myślisz o tym, że musisz przeżyć. Kiedy +zdecydowałem się na strajk głodowy, opuścił mnie jakikolwiek lęk, przestałem bać + +się śmierci. W tamtej chwili czułem, że mogę wszystko, że jestem od wszystkich +silniejszy. Ale taka myśl nie trwa długo. Strach wraca. +Był ze mną w celi ksiądz, późniejszy arcybiskup Frano Ilia, oskarżony +o szpiegostwo na rzecz Watykanu. Dostał karę śmierci, ale zaproponowano mu, że +jeśli przyzna się do zarzutów, zamienią mu ją na dożywocie. Zgodził się. Pewnego +dnia zapytałem go: +– Frano, ja nie wierzę, że cokolwiek istnieje po śmierci, ale ty jesteś +człowiekiem religijnym, wierzysz w życie wieczne, dlaczego się zgodziłeś? Mogłeś +powiedzieć: „Nie, to nieprawda” i od razu poszedłbyś do nieba. +A on odpowiedział: +– Nawet Jezus Chrystus przed ukrzyżowaniem poszedł do ogrójca i błagał +swojego Ojca, by oszczędził mu cierpienia. +Nie był gotowy zostać męczennikiem, tak jak Jezus nie był gotowy cierpieć. +Ciało za wszelką cenę chce uciec przed cierpieniem. Ciało chce żyć. +Krąg ósmy. Cienie +Ludzie, którzy mnie torturowali, są dzisiaj cieniami w mojej głowie. Pewnego razu +spotkałem jednego z nich na ulicy podczas demonstracji. +– Fatos! – zawołał. – Poznajesz mnie? To ja, Gjergj! +Oczywiście, że go poznałem, to był strażnik, który kopał wyjątkowo brutalnie, +bezwzględny człowiek. Teraz wspierał nas w protestach przeciwko rządom Salego +Berishy. Chciałbym kiedyś usiąść naprzeciwko tych, którzy mnie torturowali, +i zapytać ich: „Kim wtedy byliście? Czy byliście ludźmi?”. Ale wiem, że oni nie są +zdolni do refleksji. Tylko niewielu z nich naprawdę rozumie, co robiło innym. +Reszta uważa się po prostu za narzędzia w rękach systemu i dlatego nie czują +żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. +Spotkałem też kiedyś jednego z trzech sędziów, którzy wydali mój drugi wyrok +i w 1979 roku skazali na śmierć trzech moich przyjaciół: Fadila Kokomaniego, +Vangjela Lezhę i Xhelala Koprenckę. Wchodząc do kawiarni, chciałem przepuścić +w drzwiach starszego mężczyznę, on z kolei przystanął, żeby przepuścić mnie, +a potem spojrzał mi w twarz i zapytał: +– Poznaje mnie pan? Czy możemy wypić kawę? +I wtedy zrozumiałem, kto przede mną stoi. Usiedliśmy przy stoliku. + +Ten człowiek zadecydował o losie moim i moich przyjaciół. Może zastanawiasz +się, dlaczego nie przywaliłem mu w twarz? Chyba chciałem go po prostu +zrozumieć. Ale nie umiałem na niego spojrzeć. Po prostu siedziałem i słuchałem +jego głosu. +– Tak – mówił – podpisałem te wyroki skazujące… Podpisałem i wiem, że to +było złe. Ale czy miałem jakieś wyjście? Znalazłbym się w więzieniu, tak samo jak +pan. Przypomina pan sobie, gdy Vangjel Lezho poprosił o okulary, żeby przeczytać +swoją obronę, i dałem mu własne? +Spojrzałem mu w twarz, jak wiele lat temu. Kiedy ciążą na tobie oskarżenia +i wchodzisz na salę sądową, od razu lustrujesz twarze sędziów, szukasz w nich +śladów dobroci, empatii, odrobiny człowieczeństwa, szukasz dla siebie nadziei. +Teraz przyszło mi do głowy, że może nie jest tak złym człowiekiem, jak wcześniej +myślałem. +– Zdawał pan sobie sprawę, że zarzuty są sfabrykowane – zapytałem – czy +naprawdę pan wierzył, że wszystko to prawda? +– Nie… Przecież to było oczywiste… Wiedzieliśmy, że zarzuty są +sfabrykowane. +Wiedzieli. A więc mogli powiedzieć: „Nie, nie podpiszę wyroku śmierci”. +Mogli powiedzieć: „Kocham partię, kocham prawo, które ustanawia, ale nie +zgadzam się na kłamstwo”. Ale nie powiedzieli. Podpisali wszystko. +Teraz, kiedy o tym myślę… Ile mieli wolności? Czy twoja świadomość jest +wolna? Wszyscy byli jak dzieci, których życie leży w rękach dorosłych, w rękach +partii. Nie mogli dorosnąć, nie mogli być wolni. W jakiś sposób ich to +usprawiedliwia… Ale przecież każdy podejmował w tamtym czasie jakieś decyzje. +Każdy miał margines wolności, każdy miał wybór. Ci, którzy decydowali o życiu +innych, też mogli postąpić niegodnie lub postąpić słusznie. +Kiedy byłem w więzieniu, zastanawiałem się czasem, dlaczego mój ojciec nie +zrobił nic, żeby mi pomóc, w końcu był wpływowym komunistą. Dlaczego nikt +z otoczenia Envera nie sprzeciwił się regularnym czystkom? Nikt nigdy nie +zatrzymał Hoxhy przed niczym. Nikt nigdy nie stawił mu oporu. +Krąg dziewiąty. Koniec +W książce W siedemnastym roku opisałem sytuację więźnia, który siedzi +w izolatce z wykręconymi ramionami i kneblem w ustach i czeka do wieczora, aż + +odepną mu łańcuchy i będzie mógł przykryć się kocem i spać do piątej nad ranem. +Takie cierpienie trwało kilka, kilkanaście dni, w trakcie których myślałeś tylko: +„Boże, kiedy ten dzień się skończy, kiedy wreszcie zasnę bez kajdan…”. Potem, +gdy kara się kończyła, zostawałeś w izolatce jeszcze na trzydzieści dni i myślałeś: +„Boże, kiedy wreszcie przeniosą mnie do normalnej celi…”. Później trafiałeś do +normalnej celi i myślałeś tylko: „Boże, kiedy wreszcie wypuszczą mnie na +wolność”. +Wszystko to dało się znieść. Piekło ma wiele kręgów. + + +Program budowy sieci bunkrów, schronów i tuneli ruszył na początku lat 70. i trwał +do 1984 roku. Według różnych danych zbudowano od 173 tysięcy do pół miliona +bunkrów (© by Ferdinando Scianna / Magnum Photos) + +Część czwarta +Kamień na granicy + +Forma przetrwalnikowa +Bibika Kokalari, chemiczka, kuzynka pisarki Musine Kokalari: +– Kiedy szłam ulicą i widziałam, że z naprzeciwka jedzie czarny samochód +z oficjelem w środku, pochylałam głowę i potrząsałam nią leciutko, żeby pozbyć +się wszystkich myśli, żeby moja głowa wypełniła się pustką. Oni są tak potężni – +roiło mi się – że na pewno zbudowali już aparat do czytania w myślach. Skoro +podsłuchują tak wiele domów, skoro przejęli kontrolę nad wszystkim, musieli też +dostać się do naszych umysłów. Teraz jeżdżą po ulicach i aparatami sczytują nasze +myśli, a jutro ktoś zapuka do moich drzwi. „Myśl pustką, pustką, pustką”, +powtarzałam sobie, potrząsając głową. +Janina Çina, tłumaczka: +– „Nie ufaj własnej koszuli”, tak powiadali. Znaczy się: nie ufaj sobie, nie ufaj +własnej skórze, nie ufaj mężowi ani żonie. Ja na przykład nie rozmawiałam +z mężem o tym, co robi w pracy. Lepiej było nie wiedzieć. Myślałam: „Jak mnie +wezmą na tortury, lepiej mieć w głowie pustkę”. +* +„Nie może być gorzej” – powiesz w domu na głos, usłyszy cię ściana, dziesięć +zapieczętowanych lat. Za podburzanie ściany przeciwko systemowi. +Nie tylko nie mogłeś mówić źle, nie mogłeś nawet myśleć źle. Bo gdybyś +pomyślał źle, to prędzej czy później powiedziałbyś to na głos. Choćby i do ściany. +A ściana miała uszy, język i dobrą pamięć. Niejeden znajdował pod stołem +pluskwy, a za oknem kable, które prowadziły do ucha władzy. Jedno słowo +i kajdanki na rękach, kilka albo kilkanaście lat w plecy, ciosy czarną pałką w celu +wyprostowania albo połamania kręgosłupa. Tego, który nadaje ci pion, i tego, na +którym rozciąga się dusza. +Tak mówili jedni. +Ale drudzy mówili, że żyło im się znośnie. +Bo jedni umierali w więzieniu i cierpieli głód, a drudzy brali ślub i witali na +świecie dzieci. +Jedni wychodzili z więzienia, drudzy wchodzili w dorosłość. + +– Czym jest wolność?– pytali jedni. +– Na co ci to wiedzieć? – odpowiadali drudzy. +Świat wokół jest zwyczajny, codziennie żyje się, po prostu, kto wolnością +łamałby sobie głowę i sumienie? Byli tacy, którzy mieli pralki, którzy nie myśleli, +jak jest ciężko, którzy cieszyli się, że przyszedł postęp. Przeżyli ten czas. Trudno +było ich dostrzec. Nie triumfowali i nie czuli strachu. Nie cierpieli. Każdy miał +poletko państwa do uprawy. Każdy miał maleńką porcję władzy i trzymał się jej +kurczowo. +Jeśli trzeba było cierpieć, ludzie cierpieli. Jeśli trzeba było patrzeć, przyglądali +się cierpieniu. Niektórzy zamykali oczy. Inni je mrużyli. +W pewnym momencie wszyscy stawali się sposobami na przetrwanie. Niektórzy +zamieniali się w uszy i w języki. Inni zamieniali się w ściany i kamienie. Pod grubą +skórą rozciągała się warstwa strachu, pod nią – warstwa wstydu albo otępienia. + +Kamień na granicy +Nie wiedziałem, jak wygląda świat poza Albanią, i nie umiałem go sobie +wyobrazić. Żyłem w kraju pełnym kłamstw, w którym nie było niczego. O czym +mogłeś marzyć? O kawałku mięsa? O dobrych butach? Żeby wystać butelkę mleka +dla dziecka? To były ramy naszych marzeń w kraju, którego granice wyznaczał +drut kolczasty. Dlatego miałem tylko jedno marzenie: uciec. +Albania była rezerwatem osowiałych zwierząt. Czy zwierzę, które żyje w klatce, +marzy o tym, żeby się wydostać? Pragnienie, by się ocalić i odzyskać wolność, to +nie jest marzenie, to instynkt. Zwierzę szarpie się w sobie i obserwuje, nie tracąc +czujności, bo instynkt pcha je do tego, by się uwolnić. Kiedy wyruszasz w drogę, +nie wiesz, czy idziesz ku wolności, czy ku śmierci, ku uldze, czy ku zatraceniu. Nie +myślisz o tym, czy zginiesz, myślisz: „Tylko to mnie może ocalić”. Gdybyś +wiedział, co cię czeka, być może nigdy nie wyszedłbyś z domu. +Urodziłem się w greckiej wiosce Derviçan, ledwie dwanaście kilometrów w prostej +linii od granicy – i tę granicę zawsze miałem pod skórą. Widziałem, jak +o zmierzchu różowieją wzgórza na horyzoncie, i myślałem: „Po drugiej stronie są +inne wioski, inne rzeki, inne domy”. +A nasze albańskie życie było surowe i proste jak woskowa świeca. Nic nie +należało do nas, wszystko zależało od państwa. Kiedy podrosłem, rodzice wysłali +mnie do Gjirokastry, żebym uczył się na stolarza. I tam, w warsztacie, poznałem +czterech chłopaków, jak ja głodnych życia, ciekawskich. Rozmawialiśmy ze sobą +o wszystkim, o innych światach też. +– Podobno za granicą każdy ma telewizor… I samochód! +– No coś ty?! +Nie mogliśmy sobie tego wyobrazić. Łapaliśmy strzępki, które wirowały +w powietrzu: że ktoś był w Jugosławii i coś tam zobaczył, że ktoś słuchał reklam +w greckim radiu i w ogóle nie wiedział, o co w nich chodzi. Propaganda krzyczała: +„Obrona granic to obowiązek nad obowiązkami!”, a cała Albania była opasana +drutem kolczastym, tu wyższym, tam niższym, tu pojedynczym, tam podwójnym. +Nikt z nas nie miał paszportu, paszport był zaszczytem, który należał się +nielicznym: partyjniakom, sportowcom albo członkom zespołów ludowych. I to + +tylko tym, co do których była stuprocentowa pewność, że z nim natychmiast nie +uciekną. +A ten, kto uciekł, musiał żyć ze świadomością, że zostawił za sobą cierpienie. +Rodziny zdrajców były karane jak zdrajcy. Zazwyczaj internowano ich +w najbardziej odległych i zacofanych rejonach, gdzie każdy dzień był walką +o przetrwanie, żeby cudze cierpienie stało się lekcją dla innych. +Czasem granica była śmiercią, bo strażnik miał prawo strzelić do każdego na +linii wzroku, ale czasem nawet śmierć nie była ostateczną karą. W latach +osiemdziesiątych strażnicy przywiązali do haka ciężarówki ciało zastrzelonego +piętnastolatka i wlekli go po żwirowej drodze aż do jego rodzinnej wioski. To, co +porzucili pod największym dębem we wsi, było już tylko strzępem. Władza +zamieniła wesołego piętnastolatka w krwawy strzęp, po co? Żebyśmy wszyscy się +bali? Żebyśmy nigdy nie zapomnieli? +A jednak ludzie rzucali kości na stół. Opowiadaliśmy sobie, jak w 1956 roku +pewna rodzina nomadów tak po prostu przekroczyła granicę, popędzając wielkie +stado owiec, i schroniła się w Grecji, bo strażnikom nie przyszło do głowy, że +nawet durni pasterze mają tyle rozumu, by uciec. +– To chyba nie jest takie trudne… – zastanawialiśmy się między sobą. +Czy zwierzę, które pragnie się oswobodzić, jest takie odważne, czy takie głupie? +Czy zwierzę, które żyjąc w klatce, zostanie włożone do jeszcze mniejszej klatki, +pomyśli przez chwilę: „Ukradziono mi życie”? +Czterech nas było, wydawało mi się – fajnych chłopaków, a okazało się, że było +nas trzech i szpieg. Doniósł kolega, który wcześniej stracił pracę jako nauczyciel +i teraz potrzebował połasić się do władzy, żeby gdzieś się zaczepić. Nie znaliśmy +go dobrze, ale szybko uznaliśmy za przyjaciela, bo byliśmy durni i ufni, a jemu +zawsze było do śmiechu. Żeby tak dostać kij w ręce… Połamał nas jak zapałki, +a teraz już nie żyje… Nie żyją moi przyjaciele, nie żyje też Anastas, Judasz. Jego +wina poszła z nim do grobu. +System załomotał do drzwi, gdy miałem szesnaście lat. Byłem tylko głupim, +naiwnym dzieckiem, które ośmieliło się mieć marzenie i wypowiedziało je na głos. +Powinienem był chodzić do szkoły, a poszedłem do więzienia, do najgorszej szkoły +życia. Nazwali mnie wrogiem ludu, a ja nie rozumiałem, że w Albanii panuje +komunizm, że propaganda ryje ludziom w głowach, że żyjemy w potrzasku. +Dopiero w więzieniu, w betonowej celi, zobaczyłem Albanię jako wielką klatkę. +Tkwiłem w niej sam. W najczarniejszych godzinach ludzi wokół trzymała przy + +życiu myśl o rodzinie, a ja przez pięć lat więzienia nie dostałem ani listu, ani +paczki, ani jednego słowa. +Miałem dwadzieścia jeden lat, gdy wyszedłem na wolność. Z pierwszej roboty +wyrzucili mnie po tygodniu, krzycząc mi w twarz: „Ty zdrajco!”. Potem nikt nie +chciał mnie zatrudnić, chociaż chodziłem od fabryki do fabryki i gdzie mogłem, +prosiłem o pomoc. Byłem jak pies, każdy mógł mnie kopnąć. +Jak człowiek jest młody, nie potrafi zgiąć karku, wydaje mu się, że uniesie na +plecach każdy ciężar. Zakochałem się i ożeniłem, ale kiedy żona zaszła w ciążę, +zrozumiałem, jak straszne życie nas czeka. Każdego dnia musiałem walczyć +z systemem, by przynieść jedzenie do domu. Nawet na wolności byłem jak zwierzę +w klatce. +Wracały myśli o ucieczce: przed zaśnięciem i kiedy się budziłem i otwierałem +oczy… Śmierć na granicy mnie nie przerażała, czym by się różniła od tej +codziennej śmierci za życia? Byłem młodym człowiekiem, a czułem się stary +i martwy. Nie chciałem uciec, by zrealizować wielkie marzenia, nie ścigały mnie +rojenia ani cudowne plany. Chciałem uciec przed nędzą życia, przed brakiem +nadziei, przed upodleniem. Chciałem uciec, bo gnała mnie nadzieja, że po drugiej +stronie czeka nas lepsze życie, że nie będę musiał rozmawiać z żoną szeptem, że +nie będę musiał kłamać dziecku, że nie będziemy musieli zastanawiać się, skąd +wziąć jedzenie. Że ludzie będą traktowali mnie jak człowieka, nie jak wesz. +Kiedy moja żona była w szóstym miesiącu ciąży, namówiłem ją wreszcie, +byśmy uciekli. Czas nas ścigał, rósł brzuch pod jej sukienką i rosły nasze kłopoty. +Mówiłem: „Nie mamy nic do stracenia”, chociaż mieliśmy do stracenia życie. Ale +ucieklibyśmy jako rodzina, we dwoje. Ja nie miałem już nikogo, ona wahała się, żal +jej było rodziców. W końcu się zgodziła – może dlatego że mnie kochała, a może +dlatego że nienawidziła Albanii. Może nie miała już żadnej nadziei. +Wyszliśmy z domu jak gdyby nigdy nic, włożyliśmy do kieszeni tylko parę +kromek chleba i poszliśmy przed siebie. W kraju, w którym prawie nie było +samochodów, w którym trzeba było się bić, żeby wsiąść do autobusu, rower +i własne nogi były jedynymi pewnymi środkami transportu. Całe życie dokądś +szedłem. I teraz też szedłem – przed siebie, na spotkanie z własnym losem. +Nie rozmawialiśmy dużo po drodze. Krok po kroku, kilometr po kilometrze +zbliżaliśmy się do granicy, jak najdalej od wszystkich punktów kontrolnych. +Ja skupiony, ona coraz bardziej zmęczona. Nic nie mówiąc, trzymała się za brzuch. + +Znałem te okolice, wiedziałem, gdzie jest najmniej strażników, gdzie +ogrodzenie jest najniższe. Gdy byliśmy już blisko, pognałem do przodu. „Przejść +jak najszybciej, jak najszybciej”, myślałem. Zostawiłem ją za sobą. Wdrapałem się +na ogrodzenie, obtarłem sobie nogi do krwi, ale nic nie czułem. Zeskoczyłem, +pobiegłem przed siebie i rzuciłem się w trawę. Ogłuszyła mnie radość. Jeszcze +tylko chwila, zaraz przyjdzie ona i będziemy wolni. Zaczniemy wszystko od nowa. +Patrzyłem w niebo i przez moment o niczym nie myślałem. Po raz pierwszy od +dawna pozwoliłem sobie nie myśleć. Byłem wolny… Tak mi się wydawało. +Słońce schodziło coraz niżej, a ja, ukryty w trawie, czekałem. Myślałem o niej, +że pod sercem nosi nasze dziecko, że jest jedynym człowiekiem, którego kocham. +Minęła może godzina, a jej ciągle nie było. Co się stało? Patrzyłem przed siebie, na +wzgórza, które otaczały mnie ciasno, zabierając perspektywę. Co mam robić? +Wrócić po nią czy iść przed siebie, do wolności, do lepszego życia? +Wtedy, w tamtej chwili zdecydowałem. Na jednej szali położyłem życie, na +drugiej miłość i wybrałem miłość. Nie wiedziałem jeszcze, co ten wybór znaczy. +Nie wiedziałem, że ona też będzie musiała wybrać. +Zawróciłem. +Siedziała na kamieniu ze zwieszoną głową, trzymając się za brzuch. Kiedy mnie +zobaczyła, kiedy spojrzałem w jej twarz… Zrozumiałem, ale było za późno. +Natychmiast otoczyli mnie strażnicy. +Znaleźli ją o wiele wcześniej, ale kiedy spostrzegli, że jest w ciąży, domyślili +się, że nie szła sama. Nie wiedzieli, czy po nią wrócę, ale czekali. Czekali na mnie, +tak jak ona na mnie czekała. +Nie wiem, co myślała, siedząc na kamieniu. Czy błagała mnie w myślach, bym +wrócił, czy liczyła, że nie będę się oglądał za siebie? Patrzyłem na nią i jej brzuch. +Było mi tak strasznie żal. +Wróciłem, bo wiedziałem, że muszę być jej wierny. Jeśli kochasz, to jesteś +wierny. I nie wolno ci zdradzić tego, kto cię kocha. +Tam, na kamieniu, widziałem ją po raz ostatni. +Za próbę ucieczki z kraju, czyli za zdradę ojczyzny, skazano mnie na +dwadzieścia lat więzienia, moją żonę – tylko na dziesięć, bo była w ciąży. Nie +wiem, jak to wszystko wyglądało z jej perspektywy, nie wiem, co myślała. +Docierały do mnie tylko strzępy wiadomości: że urodziła w więzieniu, że oddała +naszego syna do adopcji, że chce rozwodu. + +Byłem zupełnie sam. Gdzieś tam, daleko, w sierocińcu, żył mój syn, dla którego +zaryzykowałem wszystko, i on też był sam. +Podpisałem papiery rozwodowe. Skoro taka była jej wola. Potem dowiedziałem +się, że zaraz po rozwodzie trafiła do szpitala psychiatrycznego we Wlorze. Nasza +rozbita albańska rodzina. Ja w więzieniu, syn w sierocińcu, ona w psychiatryku. +Trzy losy jak trzy złamane zapałki. +Nigdy więcej nie szukałem z nią kontaktu. Słyszałem tylko, że gdy wyszła ze +szpitala, rodzina wydała ją powtórnie za mąż. Ktoś mi mówił, że nie chciała, +ale ją zmusili. Nigdy się nie dowiem, czy to była prawda. Zresztą teraz to już bez +znaczenia. +W więzieniu najtrudniej było mi myśleć o synu, a myślałem o nim codziennie. +Jaki jest, co robi, czy jest do mnie podobny? Czy postawił już pierwsze kroki, czy +powiedział pierwsze słowo, czy narysował pierwszy domek? Czy wie, kim są jego +rodzice? Czy ma do mnie żal? Czy cierpi? Czy w sierocińcu czuje się zamknięty? +Czy myśli o mnie czasem? Czy przyszło mu do głowy, że całe to ryzyko +podjęliśmy dla niego? Że zawróciłem z miłości do nich? Że przekraczając granicę, +ja też podpisałem na siebie wyrok? +Mijały lata, lata ciężkiej przymusowej pracy, nędznej, beznadziejnej. Dziesięć +lat w rafinerii naftowej w Ballsh, potem w kopalni miedzi w Rubiku, później +w Laçu… Osuszanie bagien w środkowej Albanii. Straszna praca, przy której +ludzie padali jak woły pociągowe. Potem wracaliśmy do cel, zamknięci jak +zwierzęta w klatkach. Czułem, że wraz z cierpieniem lęgną się we mnie nienawiść +i zło. +Wyszedłem po dwudziestu latach. Nie skrócili mi wyroku ani o jeden dzień. +Byłem wolny w kraju liczącym trzy miliony wolnych więźniów. Od nowa +musiałem się nauczyć chodzić jak człowiek, myśleć jak człowiek i oddychać jak +człowiek, ponieważ chodziłem jak więzień, myślałem jak więzień i oddychałem jak +więzień. Przez lata dzień w dzień uczono mnie dyscypliny i strachu, więc cały +byłem z dyscypliny i strachu. Miałem wrażenie, że wszyscy wokół wydają mi +polecenia. Gdy z kimś rozmawiałem, stałem wyprężony jak struna. Musiałem od +nowa uczyć się wolności, na tyle, na ile może być wolny dawny skazaniec +w zniewolonym kraju. +Od razu pomyślałem o moim synu. Miał dwadzieścia lat, całe życie przeżył +w sierocińcu. Na jakiego człowieka wychowało go państwo, które wsadziło mnie +za kratki? Co mu o mnie mówiono? Czy jego wychowawcy zaszczepili mu + +nienawiść do ojca, wroga ludu? Bardzo chciałem się z nim zobaczyć, bardzo +pragnąłem wszystko mu opowiedzieć. Chciałem, żeby mnie zrozumiał i żeby mi +wybaczył. +Dowiedziałem się, że studiuje w Elbasanie, i udało mi się nawiązać kontakt +z jego kolegami. W końcu umówiliśmy się na spotkanie, danego dnia miałem na +niego czekać na dworcu autobusowym w Gjirokastrze. I czekałem. Wpatrywałem +się w twarze wszystkich młodych mężczyzn. Szukałem jakiegoś znaku, czekałem +na drgnienie w sercu. Ale twarze wokół były puste. Nie rozpoznałem mojego syna. +A on tam był, tamtego dnia na dworcu w Gjirokastrze. Przyjechał. Nawet +przeszedł obok mnie. Ale to był rok 1982, wszyscy żyliśmy stłamszeni strachem. +Żaden z nas nie miał odwagi po prostu podejść i zapytać: „To ty?”. +Dopiero tydzień później udało nam się spotkać w innym miejscu. Rzuciliśmy się +sobie w objęcia, tak po prostu. Wtedy nawet taki zwykły, ludzki gest był aktem +odwagi. Mój syn zaryzykował, przytulając się do mnie, wroga ludu, byłego +więźnia. Ale bardzo chciał mieć ojca. A ja w czterdziestym czwartym roku życia +miałem w życiorysie wyłącznie dwadzieścia pięć lat więzienia i syna, nic więcej. +Ludzie mówili mu: „Daj spokój, na co ci taki ojciec? Tylko sprowadzi na ciebie +nieszczęście”. Ale syn nie chciał ich słuchać. Wyrósł na dobrego człowieka. +Wyrósł na takiego syna, o jakim zawsze marzyłem. +Tymczasem kraj się sypał i zamierał w bezruchu, brakowało surowców, stawały +fabryki, nie było benzyny do maszyn, ale moje życie toczyło się, jakby wpadło +wreszcie na właściwe tory. Ożeniłem się ponownie, urodził mi się drugi syn, +żyliśmy nędznie, ale nie miałem już żadnych marzeń i żadnych oczekiwań. „Byle +tylko nie cierpieć więcej”, myślałem. +I wtedy żona trafiła do więzienia. Siedem lat za kradzież radia. Wyrok dla niej, +dla mnie i dla naszego syna. Zostaliśmy sami, ja i on. Żeby zdobyć dla niego +mleko, stawałem w kolejce o czwartej nad ranem. Stawałem i patrzyłem +w ciemność, i czekałem, aż wreszcie wstanie słońce. A kiedy patrzyłem na słońce, +nie myślałem o tym, że dziś wzeszło, by świecić dla mnie. Myślałem, że wzeszło, +by wypalić mi twarz. +Kiedy tylko system runął, pojechałem do Grecji, w 1991 roku, wraz z synami. +Nie spodziewałem się wiele po tym kraju, bo byłem już zmęczonym człowiekiem, +czułem lata pracy w każdej kości, ale znowu zaryzykowałem, tym razem dla +synów. Po prostu. Dla nich życie w Grecji okazało się wybawieniem – starszy + +znalazł pracę, młodszy poszedł na studia. Dziś jeden mieszka w Sparcie, a drugi +w Kanadzie, nic im nie grozi. Mają dobre życie, są bezpieczni. +A ja jestem tu, w Albanii, na ojczystej ziemi. Nie spotka mnie już ani nic złego, +ani nic dobrego. Nie mam żadnych złudzeń. Mogę mówić, ile chcę, że nie ma +pracy, nie ma pieniędzy i nie ma perspektyw, i nikt mnie za to nie skarze, czyli +jestem wolnym człowiekiem. Kiedy miałem szesnaście lat, wydawało mi się, że +zawsze będę latał wysoko, a potem ktoś podciął mi skrzydła. Spadłem +i roztrzaskałem się o ziemię. Nigdy więcej nie mogłem się unieść. Teraz nic już na +mnie nie czeka. +Spotykam się często w tym barze z kolegami. Rozmawiamy o przeszłości, setki +razy wracamy do tych samych wydarzeń, ale są rzeczy, których po prostu nie chcę +pamiętać, bo ból mnie oślepia. +Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem szczęśliwy. Może wtedy, kiedy patrzyłem +na synów. Ale moje życie to były krótkie okresy spokoju przeplatane kolejnymi +uderzeniami nieszczęścia. Nie wiem, czemu jednych los oszczędza, a innym zsyła +tyle cierpienia. Nie wiem, kto pisze nasze życie, nie wiem, komu tak strasznie +drżała ręka, kiedy pisał moje. Robiłem, co mogłem, żeby samemu decydować +o sobie, a i tak dwadzieścia pięć lat życia spędziłem w więzieniu. Próbowałem żyć +i myśleć jak wolny człowiek, a i tak żyłem jak zwierzę. Gdybym tylko wtedy +poszedł przed siebie… Gdybym po nią nie wrócił… +Życie zabiera cię tam, dokąd chce. Gdyby udało mi się uciec… Ale nie +zdołałem. Nie udało mi się wymknąć mojemu losowi. +Jest taki wiersz Martina Camaja: +Kiedy umrę niech się stanę kamieniem +Na krańcu mojego kraju +By znaczyć jego granice +Ja stałem się kamieniem za życia tamtego dnia, kiedy przekroczyłem granicę +i zawróciłem. + +Wolność w wiosce Zogaj +– Nazywam się Xhemal Turishta i całe życie łowiłem ryby. +– A ja jestem Ardiana, jego żona, pół życia w fabryce. +– Tu, w Zogaju, niczego nam nigdy nie brakowało. Jak się porówna z resztą +Albanii, to myśmy żyli całkiem względnie. Na pewno nie było tak, żeby ktoś +głodował. +– Dodatkowa paczka kawy? Proszę bardzo. Dodatkowy kilogram mięsa? Też się +da. Sera więcej niż gdzie indziej i owoców różnych pod dostatkiem. +– Ryb mogłem łowić, ile mi się chciało. We wszystkich wioskach przy granicy +ludzie mieli lepiej niż w mieście. Ryby jedli w świątek – piątek, domy stawiali. +Żyło się. +– Czy władza chciała, czy nie, i tak nas dopieszczała. Bo gdyby o nas nie dbali, +tobyśmy wszyscy stąd uciekli. A ktoś musiał siedzieć na granicy i pilnować reszty, +prawda? +– Wyboru specjalnie nie mieliśmy. A jak ci się wydawało, że masz wybór, to +byłeś w błędzie. Myśmy dziękowali władzy, że możemy żyć, jak nam każe. Jak ci +pozwolili studiować, to już byłeś tak szczęśliwy, że poszedłbyś studiować nawet +mieszanie kijem w wodzie, byleby tylko nikt się nie rozmyślił. +– Urodzić się na granicy to był dar od losu. Ale też męka, bo granica kusiła, +przyzywała. No i się człowiek napatrzył na cierpienie. To nasze Jezioro +Szkoderskie to była wielka nadzieja, ale też wielki cmentarz. A jednak wchodzili +ludziska do wody. Wchodzili, mieli przed sobą jezioro po horyzont, ale rzucali się +przed siebie. Czy dopłyną, czy ich woda pochłonie… Co to będzie: wolność, +śmierć… +– Tych, których złapali, torturowali straszliwie. Strażnicy mogli bić, ile im +przyszła ochota, więc męczyli pokazowo, zadręczali człowieka, żeby inni widzieli. +Trzech chłopaków od nas próbowało uciec, takich szesnastoletnich, głupich. +Wolność im się zamarzyła. Jak ich złapali, to tak pobili… Wielkie bloki kamienne +położyli im na plecach, gdy leżeli na podłodze, ciężkie bardzo. To jest okropna +tortura, bo nie dość, że cię boli, to jeszcze masz wrażenie, że się dusisz. +– Tylko myśl masz w głowie, że umierasz. + +– Gdy zobaczyli takiego, co ucieka, polowali na niego, jakby to był jeleń. Coś +się włączało w człowieku, jakieś nieludzkie okrucieństwo. Pamiętam, jak jednego +chłopaczka wyczaili. Najpierw krążyli wokół niego, pokrzykiwali, napawali się, +a potem staranowali go łodzią, tak że ciało wkręciło się w śrubę. Zmiażdżyli go, +rozszarpali. I cieszyli się z tego: „Śmierć wrogom ojczyzny!”. Jak strażnik +zastrzelił kogoś na granicy, to dostawał dzień wolnego, żeby sobie odpoczął. +– Ale to przecież też byli ludzie, prawda? Oni też mieli czasem ludzkie odruchy, +raz strzelali, a raz nie. Kiedyś kobieta szła z córeczką kilkumiesięczną na rękach. +Jak ona to zrobiła, ja nie wiem. Pójdzie pani potem klonem, znaczy się przez strefę +przygraniczną, to pani zobaczy, że to była niemożliwość przejść. A ona przeszła. +Taka kobiecina jak ja, normalna. I dopiero gdy już była po drugiej stronie, to +dzieciątko zapłakało i ją złapali. Mąż jej umarł parę dni wcześniej, myślała, biedna, +że już nic nie ma do stracenia. Za ucieczkę było co najmniej dziesięć lat, ale ją +wypuścili po roku, bo dziecko miała maleńkie. +– Jak ona to zrobiła? +– A bo ja wiem? Myśmy wiele razy rozmawiali, żeby uciec, ale ja się bałam. +I nie mogłam tu zostawić chorej matki. +– Całą rodzinę by internowali, gdybyśmy uciekli. Kto uciekał, musiał pamiętać, +że nawet jak mu się uda, to zostawi krewnych w cierpieniu. +– Teraz żałuję, żeśmy nie uciekli. Naprawdę. Ale ciągle słyszeliśmy, że +Serbowie to potwory, że jak przekroczysz granicę, to zaraz cię zgwałcą. Ten strach +nas powstrzymywał, ale teraz codziennie żałuję straconych lat w Albanii. +– Z naszej wioski pięciu uciekło! +– No, udało im się! +– I rozpierzchli się po świecie. Jeden jest w Ameryce, jeden w Australii. Żyje im +się. +– I szpiegów mieliśmy! Czasy się zmieniły, a oni ciągle tutaj siedzą. A starali +się, oj, starali! Zawsze czujni, przyczajeni. Podchodzili pod okna, nadsłuchiwali, +ale choćby nie wiem jak byli ostrożni, to i tak prędzej czy później któryś wpadał. +Trójka szpiegów mieszkała w Zogaju. Wiedzieliśmy kto, więc mieliśmy na nich +oko. +– Synów nie wolno nam było obrzezać, bo to rytuał religijny, więc zakryliśmy +okna kocami i nadsłuchiwali, czy nikt nie idzie. „Byle tylko dziecko nie +zapłakało!”, myśleliśmy. + +– Ja raz powiedziałam w pracy, że lubię jugosłowiańskie piosenki. Taka głupia! +Ale mi się upiekło. Musiałam tylko złożyć samokrytykę, że nie wiem, co mi +przyszło do głowy, bo przecież nigdy żadnej jugosłowiańskiej piosenki nie +słyszałam, a najpiękniejsze pieśni to są nasze, albańskie… +– Jeden facet powiedział kiedyś, że jugosłowiańskie rowery są lepsze od +albańskich. Siedem lat! I zostawił żonę, dziecko… +– A Zef Tushi, co dostał pięć lat, bo się poskarżył na chleb? +– A jak kiedyś przyszła ciotka na obiad i wpadła nam do domu policja, bo ciotka +przyjechała ze Szkodry do Zogaju bez pozwolenia? Pamiętasz, jak ją siłą odciągali +od stołu? Tak jak obiad jadła, tak ją wzięli i zabrali. +– Bo wszyscy ze Szkodry jako przygranicznicy mieli paszporty wewnętrzne. +Żeby przekroczyć most na Bunie, musieli iść do specjalnego punktu i podbić +paszport. Jak było wesele u nas w wiosce, to goście z sąsiednich wsi też musieli +sobie załatwiać pozwolenie. +– A jak wujek z kochanką uciekał, pamiętasz? Miałem wujka księgowego, co +zakochał się w kobiecie z Vermosh, która miała męża… „No to – pomyśleli – +uciekniemy!” Wzięli ze sobą trochę jedzenia i ruszyli. Szli przed siebie, szli i szli, +wdrapali się na ogrodzenie, zeskoczyli, a potem w nogi. Pobiegli, zasapali się, +rzucili się sobie w ramiona, że przeszli przez granicę, i szczęśliwi usiedli, żeby coś +zjeść. I wtedy przyszedł strażnik. „Co tu robicie?!”, japę drze. Wujek na szczęście +nie stracił zimnej krwi. „Jak to co? – mówi. – Przecież widać, że piknik”. No +i wielkie mieli szczęście, bo za piknik w strefie przygranicznej dostali tylko kilka +miesięcy. +– O chłopcach powiedz. +– O chłopcach… Było trzech takich, strażnicy zastrzelili ich, jak próbowali +uciec. I ja pomagałem potem nieść zwłoki. Nieduzi chłopcy, chudziutcy. Jak ich +nieśliśmy, to jeden się obsunął i jego głowa uderzała o kamienie. Żal mi się zrobiło, +chciałem go podciągnąć, ale strażnik wrzasnął: „Stój! Co robisz?”. Milczałem. +„Nie twój interes, to go zostaw!”, krzyknął. Poszliśmy dalej. A ta głowa chłopca +dalej uderzała o kamienie… Zostawiała na kamieniach ślady krwi. +– Ale niech pani sobie nie myśli… System miał też dobre strony. Praca dla +każdego, szkoły wszędzie, pielęgniarki, położne, dla pracowników fabryki opieka +lekarska. Jakbym miała fantazję, tobym mogła nago po ulicy chodzić i nic by mi się +nie stało, bo tak było bezpiecznie. A teraz? Przez całe lata człowiek boi się wyjść +z domu. Zogaj taki piękny, a nic się tu nie buduje. My nawet prawa do tego domu + +nie mamy, bo nikt nam nie chce wydać papierów. Człowiek by jakiś interes +otworzył, ale bez łapówek się nie da, a bez papierów strach. Żadnych placów +zabaw dla dzieci, żadnego boiska dla chłopaków. Nasi włóczą się po ulicach, bo +pracę mają przez trzy miesiące w roku, a potem nic. +– Może pani nie wierzyć, ale dla nas życie było lepsze wtedy niż teraz. Z tym +całym strachem, z tą nędzą było lepiej. Zatrzymali mnie ostatnio na jeziorze, jak +próbowałem przeszmuglować lampy z Czarnogóry. Ja dostałem osiem miesięcy, +syn pięć, a siostrzeniec sześć, chociaż obaj niepełnoletni, i tak zaczynają życie. Syn +jeszcze miał świeże blizny po otwartym złamaniu nogi, to go w te blizny czerwone +kopali. Czym to się różni od komunizmu? +– A przecież coś trzeba robić, nie? Z czegoś trzeba żyć. Pracy innej nie ma, to +człowiek kombinuje, jak może. Mamy się utrzymać z zapomogi od państwa, z tych +pięciu tysięcy leków? Kiedyś nie mieliśmy telewizora, pralki, lodówki, teraz +wszystko mamy, ale każdy dzień to jest walka. +– Co nam po wolności? Możemy narzekać, ile chcemy, a i tak nikt nas nie +słucha. Nic niewarta wolność, jak godności nie ma. + +Strefa +Odkąd pamiętają, nic się tu nie zmieniło, ziemia ma wciąż rdzawozłoty kolor, pod +nogami przemykają jaszczurki, miękki wiatr niesie się od wody. Wprawdzie +zniknęły słupy i druty, ale poza tym wszystko jest, jak było. Ziemia pamięta, +pamiętają drzewa i kamienie, tylko ludzie robią, co mogą, żeby zapomnieć. +– Patrz – mówi Senad – jaki ostry tłuczeń. Kiedy strażnicy wlekli ciała, głowa +chłopaka uderzała o te kamienie. Dlatego ojciec nie mógł tego znieść. +– A tędy biegło ogrodzenie, taki płot z zasiekami, na konstrukcji z betonowych +słupów. – Bekim wyciąga dłoń. – Zobacz, jak wysoko piął się po wzgórzu. To +jeden z kilku, miał trzy metry wysokości. Jesteśmy dopiero w połowie drogi. +– Tak, jeszcze daleko. Jak ta kobieta uciekła? To było niemożliwe, a przecież +przeszła tyle z małym dzieckiem na rękach. Szła w środku zimy, może mróz stępił +czujność strażników? +– Burza też stępiała ich czujność, więc ludzie uciekali, gdy deszcz padał +największy i wiatr tracił rozum. Pogoda mogła ich zabić, ale mogła też im pomóc, +tak samo ciemność. Trzeba było zatonąć w ciemnościach, więc nikt nigdy nie +uciekał, gdy przybywało księżyca. +– Do wody wskakiwali cali umazani smołą, żeby nie było widać blasku ciała. +Czasem wkładali też łupinę arbuza na głowę, bo była ciemna, zlewała się z czarną +tonią wody. +– Nikt nie miał odwagi iść lądem, wszyscy uciekali przez jezioro. Nasz sąsiad +zapakował rodzinę na łódź podczas burzy, gdy lało tak, że ledwie widzieli siebie +samych w łodzi. Popłynęli – on, jego żona i dzieci, wiatr dął jak wściekły, a jednak +udało się im przekroczyć granicę. Byli już bardzo blisko Czarnogóry, kiedy łódź się +wywróciła. Wszyscy utonęli, tylko mężczyźnie udało się dotrzeć do brzegu. +Komuniści nie mogliby sobie wymarzyć lepszej kary. +– Czasem, gdy ktoś zginął na granicy, policjanci owijali ciało drutem +kolczastym i obwozili po ulicach Szkodry, żeby wszyscy zobaczyli, że świat nie +należy do odważnych. +– W kwietniu 1990 roku Ramiz Alia obiecał, że skończy się mordowanie ludzi +na granicy. Tydzień później strażnicy zabili młodego chłopaka, najwidoczniej + +trudno im było się odzwyczaić. W czerwcu strzelili w plecy kolejnemu… Stare +nawyki! +– Była też taka młoda para, chłopak i dziewczyna, którym rodzice nie pozwoli +się pobrać, więc postanowili uciec. Kiedy przekraczali most na Bunie, strażnik +zastrzelił ich jedno po drugim. Młody chłopak w mundurze zabił dwoje młodych +ludzi, którzy po prostu chcieli być razem. Ale to był już 1991 rok, schyłek +systemu… Żeby zatrzeć ślady, żołnierze natychmiast zakopali ich koło mostu. Rok +później ich odkopano, zawiniętych w koce, leżących obok siebie… +– A to jest budynek wojskowy, tutaj stacjonowali strażnicy. Uważaj, w środku +zawsze jest pełno węży. A tam, za tymi drzewami, jest już Czarnogóra. +– A wiesz, że nikt nie strzegł granicy od drugiej strony? Komu by się chciało +uciekać do Albanii? To jakby areszt domowy zamienić dobrowolnie na obóz +koncentracyjny. + + +Każdy rodzi się wolny +Woda była tak przejmująco zimna, że przez pierwsze sekundy nie mógł zaczerpnąć +tchu. Strumień igieł popłynął żyłami do serca i przez chwilę mężczyzna miał +wrażenie, że jego ciało zamienia się w bryłę lodu, która zaraz pójdzie na dno. +„Nie uda się” – pomyślał. +Ale nie było innej drogi. Czerń wody roztapiająca się w czerni nocy. Dwa ciała +oddające ciepło lodowatej rzece. +Próbowali uciekać lądem, wzdłuż rzeki, ale zobaczyli ich w ciemnościach +okoliczni wieśniacy i podnieśli krzyk. Sigurimi przyuczyło ludzi do czujności – +sami mieli strzec granicy jak myśliwskie psy. W każdej wiosce zastęp ochotników, +więc chętnych do wyłapywania nie brakowało. +Zaczynał się kwiecień, dopiero niedawno zniknął śnieg. Ci, którzy chwilę +wcześniej ryknęli na alarm, teraz stłoczyli się przy brzegu i patrzyli na nich, +zanurzonych w toni, jakby mieli przed sobą martwe ciała. Nikt się nie spodziewał, +że wskoczą do wody na pewną śmierć. +Porwał ich nurt Buny, płynącej przez Szkodrę wprost do Adriatyku, i poniósł +przed siebie, w ciemność. Zimowe ubrania i ciężkie buty ściągały ich na dno. Dwa +młode i silne ciała przeciwko żywiołowi rzeki. Dwóch mężczyzn opętanych myślą +o ucieczce, gotowych na śmierć. +– Gdybym wiedział, co mnie spotka… Gdybym umiał przewidzieć, jak straszny +ból mnie czeka, nigdy bym tego nie zrobił – mówi dziś siedemdziesięcioletni Zenel +Drangu. + +spodnie, koszulę, nowiusieńkie, miękkie. Dziś dzieci mają wszystko, a wtedy +dostać raz do roku to nowe, pachnące ubranie to była dla mnie wspaniała rzecz. +Rodzice uczyli nas, że wszyscy jesteśmy tacy sami, katolicy czy muzułmanie, +i że cokolwiek się zdarzy, nie wolno oszukiwać ani kraść. Przez całe dzieciństwo +pamiętam potyczki z głodem, usypianie głodu, zwodzenie go; zawsze było za mało +jedzenia, zawsze głód miał nas na oku. +Skończyłem roczną szkołę dla kierowców, a potem od lat siedemdziesiątych +pracowałem w Szkodrze w przedsiębiorstwie transportu drewna. Jeździłem przez +Albanię i myśl o ucieczce jeździła razem ze mną, w fotelu obok. Patrzyłem +z szoferki na codzienną nędzę, na jednokierunkowe drogi, tak wąskie, że czasem +musiałem cofać się dwieście metrów, żeby przepuścić samochód z naprzeciwka, +i myślałem, że według propagandy kroczymy naprzód, a przecież widać wyraźnie, +że każdego dnia się cofamy. Im bardziej puchła propaganda, tym bardziej kraj się +zapadał. +„Żyjecie lepiej niż jakikolwiek inny naród na świecie. Ludzie na Zachodzie +muszą spać pod mostami!” – i pokazywali nam zdjęcia z Afryki. Kiedyś albański +śpiewak operowy pojechał na tournée do Jugosławii. Jego jugosłowiański kolega +po fachu woził go po kraju własnym samochodem. „Jak to możliwe, że tam zwykły +człowiek ma samochód?”, spytał Albańczyk po powrocie. Za to zdziwienie +wsadzili go na dziesięć lat do więzienia, żeby miał czas pozastanawiać się nad tym, +nie mącąc ludziom w głowach. +W zakładach pracy specjalne komisje sprawdzały, czy obywatel ubiera się +odpowiednio, według gustu systemu. Jeśli nie, potrafili zedrzeć z człowieka +ubranie na oczach wszystkich. Albo paradowali z nożyczkami, żeby obcinać włosy +tym, którzy nosili za długie. Człowiek albański miał wychodzić spod jednej +sztancy, z pieczątką Envera Hoxhy na piersi. +Miałem małe, drobne marzenia: błyszcząca nylonowa koszula z Jugosławii, na +którą trzeba było pracować cały miesiąc, lśniące buty importowane z Czech. Nie +umiałem sobie wyobrazić nic piękniejszego. +Buty zamieniły się w kamienie, ciało w kłodę drewna. W końcu rzeka wyrzuciła +ich na brzeg po drugiej stronie, na peryferiach miasteczka Ulcinj. +Pierwszy krok na wolnej ziemi. Ból, który trzyma w kleszczach ciało, +i rozrywająca je euforia. Mężczyźni objęli się, oszołomieni. Nie mogli uwierzyć, że +żyją, że ciałom udało się to znieść. + +Szli w strugach lodowatego deszczu, który chłostał ich wyziębione sylwetki, ale +był ich sprzymierzeńcem, bo zacierał ślady. Minęli bagna i trafili na rybaka, jak się +okazało – Albańczyka, zwykłego, wysuszonego mężczyznę, który uśmiechnął się, +gdy powiedzieli mu, że uciekli. +– Musicie się ogrzać – doradził i zabrał ich do swojego domu. +Dał im ubrania i pozwolił opatulić się kocami. Kiwał głową, gdy opowiadali, że +chcą jak najszybciej przedostać się do Włoch, byleby tylko nie wpaść w oczy +jugosłowiańskiej policji, która zaraz przekazałaby ich Albańczykom. +– Tak, tak – zgadzał się gorliwie. – Musicie iść jak najszybciej, wtopicie się +w tłum w Ulcinju, a jak opuścicie miasto, to już będzie łatwiej. +I wtedy w drzwiach stanął posterunkowy. Za powiadamianie służb i brak +skrupułów komunistyczna władza płaciła rybakowi w dinarach. +* +– „Dlaczego uciekliście?”, zapytał komendant przez tłumacza. „Bo lepsza jest +śmierć niż życie w Albanii”, powiedziałem. Myśleli, że wysłał nas rząd, że +jesteśmy szpiegami, dlatego pytali nas o wszystko, o granicę, garnizony, stan +wojska, ale co myśmy mogli o tym wiedzieć? +Tłumaczem był mały, ruchliwy chłystek, który łypał na mnie z nienawiścią, +ilekroć otwierałem usta. „Co byś zrobił, gdyby Jugosławia zaatakowała Albanię?”, +zapytał mnie potężny, poważny mężczyzna, szef UDB, jugosłowiańskiego +odpowiednika Sigurimi. „Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby Jugosławia nas +podbiła. Życie w Albanii jest tak nędzne, że każdy okupant byłby wybawicielem”. +Tłumaczowi odebrało dech. Zamiast przetłumaczyć, spojrzał na mnie i warknął: +„Zerżnę twoją matkę!”. Powiedziałem mu: „Myślałem, że przesłuchuje mnie UDB, +nie Sigurimi, ty skurwysynu”. Pięści zawisły w powietrzu. „Za trzy dni, śmieciu, +zobaczę się z tobą w Szkodrze”, wycedził przez zęby tłumacz. +Jeszcze mieliśmy złudzenia, że nie zdarzy się najgorsze, że nie odeślą nas do +kraju. Po trzech dniach wsadzili nas do samochodu, a między nami usiedli dwaj +żołnierze. Jeszcze się oszukiwałem. Po kilkudziesięciu minutach samochód +zatrzymał się przy innym aucie, z którego wysiadło dwóch wysokich rangą oficjeli +ubranych po cywilnemu. Zrozumiałem, że jesteśmy na granicy, więc gdy zbliżyli +się do mnie, naplułem im w twarz. „Bydlaki! – krzyczałem w rozpaczy. – + +Skazujecie nas na śmierć! Nie mamy nawet trzydziestu lat, a będziemy cierpieć do +końca życia!” +Było pochmurno, na twarz padał mi drobny deszcz. I Albańczycy, +i Jugosłowianie patrzyli ze spokojem, jak się szamoczę. Nie powiedzieli ani słowa. +A potem na naszych oczach wymienili się papierosami. Albańczycy dali +Jugosłowianom taraboshe, a Jugosłowianie Albańczykom moravy. Najlepsze +papierosy w kraju w zamian za nasze życie. +Proces był zwykłą formalnością, pokazówką dla ludzi zgromadzonych na sali. +W środku kłębiło się ponad tysiąc osób spragnionych widoku zdrajców, na +zewnątrz, przed budynkiem sądu, stał trzy razy większy tłum i wsłuchiwał się +w słowa z megafonu. +– Zdegenerowana młodzież, która chce wyjechać do Stanów Zjednoczonych, +a potem wrócić i zarażać innych dekadencką ideologią! +– Zdrajcy ojczyzny! +Proces Zenela Drangu był nagrywany, a następnie pokazywany w kinach, ku +przestrodze. Obecny na sali przedstawiciel grupy młodzieży w pewnym momencie +wstał i zawołał: +– My, młodzi ze Szkodry, żądamy dla tych degeneratów najwyższej kary: +stryczka! +Już podczas przesłuchań Zenel zrozumiał, jaki czeka go los. Gdy tylko strażnicy +zabrali ich do wojskowych budynków przygranicznych, jeden z mężczyzn +powiedział, że idą na rozstrzelanie. Ale wtedy Zenel był tak zrozpaczony +i wściekły, że nic do niego nie docierało. +„Lepszy tragiczny koniec niż cierpienie bez końca” – pomyślał i czekał na +uderzenie, ale strażnicy ich nie bili; uśmiechali się tylko. +– Dokądkolwiek byście uciekli i tak byśmy was złapali. +Kiedy wjeżdżali do miasta, Zenel spoglądał na każdego człowieka, na każdy +budynek, każde drzewo. +– Wiesz, że patrzysz na Szkodrę po raz ostatni? – zapytał dowódca straży. +W pokoju przesłuchań nie pytali nawet o powód ucieczki, jakby to było jasne; +interesowało ich tylko, kto wiedział o ich planach. +– Nie przyznałem się, choć wcześniej rozmawiałem o tym z dwoma kolegami – +wspomina Zenel – i wyobrażam sobie, jak bardzo się wtedy bali. Dobrze wiedzieli, +że Sigurimi stosowało straszne metody, by wydobyć zeznania. Są ludzie, którzy + +potrafią stawić czoła torturom, są i tacy, którzy powiedzą cokolwiek, bo boją się +bólu. Wtedy, walcząc z prądem w Bunie, uświadomiłem sobie, jak silny jest mój +duch i jak mocne jest moje ciało. Wiedziałem, że zniosę całe cierpienie, które na +mnie czeka. +Sąd ogłosił wyrok: dwadzieścia pięć lat więzienia za zdradę stanu. +– Oszczędziliśmy cię, powinieneś być wdzięczny – syknął strażnik prowadzący +Zenela do celi. +– Już lepiej, żebyście mnie zabili. +– Skurwysynu! – wykrzyknął strażnik. – Zegniemy ci kark. Będziesz rył +w kopalniach, dopóki tam nie zdechniesz. +– Promienie słońca brązowiły zmarszczki, blizny, bruzdy. Sześćset +jednakowych drelichów. Na przywitanie więźniowie mówili: „Nie pytaj, ile dali mi +lat, zapytaj, ile już tu siedzę”. Stali przede mną znużeni, przygarbieni +pięćdziesięciolatkowie, którzy trafili tu jako młodzi chłopcy. Tacy sami jak ja. +Zmarnowane życia. +Nie załamałem się, bo zrozumiałem, że ja też przetrwam to cierpienie, tak jak +oni je przetrwali. Nie wiedziałem, że jestem w stanie znieść kilka godzin +w lodowatej wodzie, kilka tygodni tortur. W kopalni cierpieliśmy każdego dnia, +a jednak każdego dnia ustawialiśmy się w rzędzie, by wyjść do pracy. +Dopiero w Spaçu zrozumiałem, jaki silny jest człowiek i jaki okrutny. Nikt im +nie kazał, a jednak czasami strażnicy katowali nas poza regulaminem, dla rozrywki, +jakby nasz ból sprawiał im przyjemność. Zdarzało się, że trzymali mnie +związanego na zewnątrz przez osiem godzin, zimą, gdy temperatura sięgała minus +piętnastu stopni. Co jakiś czas przychodzili i podkręcali mi zlodowaciałe kajdanki, +które żłobiły rany na nadgarstkach, żebym cierpiał jeszcze bardziej. Albo +przywiązywali ciało do słupa, a do zwisających rąk ważące dwadzieścia albo +trzydzieści kilo kamienie. Nie musieli tego robić. Ale robili. To byli ludzie +wyselekcjonowani do zadawania bólu. Nikt im nie kazał, sami wymyślali sposoby. +Pewnego razu, gdy strażnik tłukł mnie pałką i wziął chwilę oddechu, +podniosłem głowę i powiedziałem: „Będę tu do końca życia, więc nie mam nic do +stracenia. Uderz mnie jeszcze raz, a znajdę sposób, żeby cię zabić”. Patrzyłem, jak +odkłada pałkę. + +Osiemnaście trzypiętrowych prycz w niewielkim pomieszczeniu. Pięćdziesięciu +czterech więźniów wstaje o piątej trzydzieści. Jedni się myją, drudzy nie mają +nawet siły włożyć kromki chleba do ust. Jedni codziennie walczą o czystość +i godność, drudzy poddali się wszom i znużeniu. +Słomiane materace niezmieniane od dziesięciu lat. Co dwa, czasem co trzy +tygodnie strażnicy wywracają je do góry nogami, żeby podręczyć więźniów – +szukają nie wiadomo czego. W powietrzu unosi się gęsty smród rozpaczy +i słomiany pył. +Czasem na inspekcję przychodzą wysoko postawieni urzędnicy i opowiadają, +jakie więźniowie mają szczęście, że żyją w takim wspaniałym, demokratycznym +kraju jak Albania. Przecież nawet w celach wrogów ludu są materace i koce, +władza traktuje wszystkich z szacunkiem. Czy są jakieś pytania? +Ktoś wstaje: +– Zanim zadam pytanie, chciałbym się dowiedzieć, czy otrzymam odpowiedź +i czy nie spotkają mnie żadne konsekwencje. +– Pytaj – zezwala łaskawie naczelnik więzienia. +– Czy wszystko, co się rodzi, musi także umrzeć? +– Tak – kiwa głową urzędnik. – Takie jest prawo natury. +– W takim razie kiedy umrze komunizm? +Nie zdążył zamknąć ust, a już wzięto go pod boki. Nikt więcej o nim nie słyszał. +– „Albo stąd ucieknę, albo mnie zastrzelą”, powtarzał mój przyjaciel. Był +opętany myślą o ucieczce. Rozumiałem go jak nikt inny. +Pewnego dnia pracowałem razem z kolegą przy zabezpieczaniu nowych +korytarzy w niewykorzystywanej jeszcze części kopalni. Nie było z nami +strażników. Kolega poszedł w głąb tunelu, a ja zostałem sam i nagle odkryłem, że +nieopodal w ścianie znajduje się wnęka. Wszedłem do środka, przeszedłem +kilkanaście metrów i zdałem sobie sprawę, że tunel prowadzi do bunkra dla +żołnierzy połączonego z kopalnią. To znaczy – na zewnątrz. Nogi się pode mną +ugięły. +Ale zaraz wróciłem na miejsce i nikomu o tym nie powiedziałem, nawet +koledze, który ze mną pracował. Jednak myśl o tunelu prześladowała mnie odtąd +każdego dnia. +I gdy mój przyjaciel po raz kolejny powiedział, że nie zniesie tego dłużej, +wziąłem go na bok. + +„Słuchaj – powiedziałem. – Kiedy pójdziesz do galerii dwudziestej drugiej, +spójrz na sufit i zacznij liczyć. Miniesz pięćdziesiąt drewnianych belek i po prawej +zobaczysz kamień. Odsuń go – tam jest wejście do tunelu, który prowadzi na +zewnątrz”. +Przyjaciel wpatrywał się we mnie, jakby usłyszał bajkę. „Ucieknijmy razem!”, +zawołał. „Ja już raz próbowałem – powiedziałem – i Jugosłowianie odesłali mnie +jak paczkę. Z więzienia możesz uciec tylko w nicość”. +Szachy, domino, kości i książki. Czasem więźniowie ze Szkodry i z Korczy grali na +gitarach, ale im weselej było w celach, tym częściej zjawiali się strażnicy. Jeśli +mieli ochotę, w każdej chwili mogli zabrać gitary. +A gdy więźniowie szli na skargę do naczelnika, ten wołał: +– Natychmiast oddajcie im gitary! +Tyle że chwilę później strażnik mówił z uśmiechem na ustach: +– Nawet o tym nie marzcie. +Służba więzienna odgrywała teatrzyk, żeby pokazać skazanym, że nic od nich +nie zależy. +Najgorzej było starszym więźniom. Nie mogli pracować, więc dostawali +minimalne racje: siedem gramów cukru, sześć gramów oleju, kawałek chleba. Tak +było w regulaminie, ale naczelnicy regularnie kradli. +Właściwie kradli wszyscy: dowództwo, kucharze, strażnicy; to, co trafiało na +talerze, było zawsze mniejsze o kawałek okrojony przez złodzieja. +Wokół chochli krążyły muchy, w ryżu i makaronie roiło się od robaków. +Teoretycznie więźniom przysługiwało po czterysta gramów mięsa dziennie, ale +mięso kradło się najlepiej. Słodycze i owoce widywali tylko w Nowy Rok. Dlatego +paczki od rodziny były na wagę złota, a w nich błogosławione dżemy i równie +błogosławione papierosy, przesyłki z innego świata, w którym jedni odejmowali +sobie od ust, by choć trochę ulżyć drugim. +– Mój przyjaciel zaczął szukać towarzysza. Powiedział jednemu więźniowi, +potem kolejnemu, aż wreszcie wiadomość dotarła do naczelnika. Wkrótce zaczął +się wokół mnie kręcić młody chłopak, były piłkarz z Tirany. Namawiał mnie, +żebym dołączył do kilkuosobowej grupy, która planuje ucieczkę. Powiedziałem mu +to samo, co koledze: że próbowałem raz i że moja rodzina dość się już przeze mnie +wycierpiała. Ale on nalegał i kusił mnie jak wąż. + +„Nie rozumiesz – tłumaczyłem mu – że stąd nie da się uciec? A nawet jak +uciekniesz, to wszyscy dookoła ruszą za tobą w pogoń. Najbardziej niewinne +dziecko wyda cię za cukierka, jeśli tylko wcześniej nie padniesz z głodu”. +Następnego dnia przyszedł z tą samą śpiewką. „Słuchaj – powiedziałem – jeśli +nie przestaniesz, to na ciebie doniosę”. +Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tego młodego chłopaka, naszego piłkarzyka, +przysłał do mnie naczelnik. +Kiedy w Spaçu podnosiłeś głowę, widziałeś nad sobą tylko ciemnoturkusowy +skrawek nieba, nic więcej. Ze wszystkich stron więźniów otaczały strome ściany +skał. Mehmet Shehu celowo wybrał to miejsce. Wiedział, że góry zamkną +więźniów w jeszcze mniejszej klatce. +– Idealne dla politycznych – stwierdził, obserwując teren z pokładu helikoptera. +Ktoś, kto uciekł w zimie, musiał przedzierać się przez dwumetrowe zaspy +i chronić przed czyimkolwiek wzrokiem jak osaczone zwierzę. Brązowe drelichy +kontrastowały z bielą śniegu, ogolone głowy ściągały wzrok dobrych obywateli. +A jednak więźniowie próbowali. Wśród nich Dalip Gaba z Wlory, wysoki +funkcjonariusz Sigurimi, który trafił do Spaça po kolejnej fali czystek. Pewnej nocy +w środku zimy owinął się w prześcieradło i podszedł do ogrodzenia. Cały teren +tonął w świetle reflektorów, ale Dalip, zawinięty w biel, zlewał się ze śniegiem. +Choć budka strażnicza znajdowała się bardzo blisko, strażnik go nie zauważył. +W spokoju, metodycznie Dalip przeciął podwójny rząd drutów w ogrodzeniu. +Śnieg był wrogiem, ale potrafił też być sprzymierzeńcem. Kiedy leżał, +bezlitośnie znaczył trop, kiedy sypał, cicho zacierał ślady. Po tygodniu pogoni +złapali Dalipa, bohaterskie, wycieńczone zwierzę okryte prześcieradłem, półżywe +z głodu i ze zmęczenia. +Przez dwadzieścia lat siedział w więzieniu inny człowiek, Ahmet Hoxha +z Kolonii koło Gjirokastry, który trafił do Spaça jako osiemnastolatek. Kapusie nie +spuszczali z niego oka, bo wcześniej dwukrotnie próbował uciec, a jednak pewnego +dnia wraz z Salim, policjantem z Dibry, zdołał przejść przez jeden z wojskowych +tuneli i wydostać się na zewnątrz. +Legenda głosi, że Ahmeta Hoxhę złapano kilkaset metrów od granicy +z Jugosławią, kiedy zdołał już przedostać się przez Czarny Drin, kiedy był o krok +od wolności. Ale brat Ahmeta twierdzi, że policja namierzyła go za Gjirokastrą, +ledwie kilka kilometrów od rodzinnego domu, w którym chciał się ukryć. + +Trzydzieści osiem lat życia, dwadzieścia lat więzienia, pięć dni wolności. Za +kolejną próbę ucieczki Ahmet został rozstrzelany. Choć miał do tego prawo, nie +poprosił władzy o darowanie mu życia. +Reżim nie skąpił więźniom cierpienia, ale ostrożnie szafował śmiercią, bo +potrzebował niewolników, którzy co dwadzieścia cztery godziny napełnialiby +urobkiem dziewięćset wagonów. Jako obywatele byli nikim, ale jako tania siła +robocza byli dla władzy wszystkim. Ilekroć więzień przekroczył normę, system +odejmował mu pięć dni od wyroku, ale przy tak dużym wysiłku ciało +wyczerpywało się z dnia na dzień, dlatego każdy starał się unikać pracy. +Już podczas II wojny światowej włoscy geolodzy prowadzili prace na terenie +kopalni w Spaçu. Wydobywali tu głównie miedź, ale także piryt i złoto, ponieważ +niewielka kopalnia obfitowała w złoża różnych metali. Brakowało dróg +i samochodów, więc cały urobek transportowały muły. +Gdy przyszedł komunizm, rolę mułów przejęli więźniowie. Jeden dwutonowy +wagon ciągnęły dwie osoby, czasem tylko jedna. Normy musiały być wyrobione za +wszelką cenę, ale nikt ich nie weryfikował, nakaz szedł z góry. Naczelnik więzienia +dostawał polecenie od dowództwa w Kukës, dowództwo słuchało wytycznych +Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, minister potakiwał bez słowa Enverowi +Hoxhy. Każde z ogniw tego łańcucha chciało wypaść jak najlepiej i każde +zakłamywało dane, by zadowolić przełożonego. Wszyscy zapewniali się nawzajem +o terminowym wyrobieniu norm i znacznym przekroczeniu planów. +Czasem naczelnik ubrany w roboczy drelich wołał: +– Wypełniajcie wagony tym! +A gdy więźniowie odpowiadali, że przecież mają przed sobą błoto, nie miedź, +wrzeszczał: +– Nie dyskutować! Do roboty! +Bywało, że kopalnia zabierała życie. Pewnego razu na jednego z więźniów +spadła lawina pirytu, która zasypała go i udusiła. Rodzina nie mogła odzyskać jego +ciała, bo strażnicy pochowali go po cichu na wzgórzu obok więzienia. Nawet +martwy pozostawał więźniem. Do dziś wzgórze kryje niezidentyfikowane ciała. +– Miałem najlepszego przyjaciela, Ahmeta Izbiu, który kruszył się na moich +oczach, a gdy dowiedział się o śmierci matki, zupełnie się załamał. Starałem się +zawsze mieć go na oku, bo wiedziałem, że jest z nim źle. Pewnego dnia Ahmet + +wykorzystał moment, kiedy odpoczywaliśmy na dziedzińcu po wyjątkowo ciężkiej +zmianie. Po prostu wstał i zaczął iść w stronę ogrodzenia. Zerwałem się +i natychmiast pobiegłem do strażnika. Błagałem go, żeby pozwolił mi złapać +Ahmeta, krzyczałem mu w twarz, choć rozmowy ze strażnikami były zakazane, ale +on wpatrywał się we mnie, jakbym był powietrzem. Patrzył przeze mnie gdzieś +daleko, a potem po prostu się odwrócił, podniósł karabin do oka i pociągnął za +spust. +Ahmet padł pod ogrodzeniem od jednego strzału. +Uciec ze Spaça można było tylko w nicość. +Nikt nie wie, czy po śmierci czekają nas niebo, czyściec i piekło, czy +zostaniemy ukarani za zło i nagrodzeni za dobro, ale my, więźniowie, o jednym +możemy zapewnić – człowiek potrafi stworzyć drugiemu człowiekowi piekło na +ziemi. Wiele lat po wyjściu z więzienia pojechałem do Auschwitz i usłyszałem +o Polakach, których Niemcy mordowali za to, że pomagali Żydom w ucieczce +z obozu. Stanąłem przy jednym z baraków i się rozpłakałem. +Potrzebowałem dwóch lat od wyjścia z więzienia, żeby nauczyć się rozróżniać +twarze, bo wcześniej wszyscy ludzie wydawali mi się tacy sami. Pewnego dnia +pojechałem z moim bratem do Tirany. To był 1988 rok. Przechodziłem przez plac +Skanderbega, wpatrując się w złoty pomnik Hoxhy górujący nad nami, i nagle się +zatrzymałem. „Czy to możliwe, że naprawdę jestem wolny? – zapytałem brata, +bezradny jak dziecko. – Naprawdę nie pojawi się nikt, żeby krzyknąć za moimi +plecami: »Stój! Dokąd idziesz?!«”. +Nawet kanarek, który rodzi się w klatce, marzy o wolności. Ludziom wydaje +się, że ptaszek śpiewa, ale on płacze. Każde stworzenie rodzi się wolne i powinno +wolne pozostać. +Podobno w demokratycznej Albanii wszyscy jesteśmy wolni, ale ci, którzy nas +krzywdzili, uniknęli kary. Demokracja nie przyniosła sprawiedliwości, a Sali +Berisha nie zrobił nic, by ukarać winnych. A przecież powinniśmy jako naród +osądzić Envera Hoxhę, zmierzyć się z tym, co nam zrobił. Czy ktoś, kto dla +jednych jest mordercą, może być dla innych bohaterem? + +Ile razy umierał Enver +A więc odszedł Czerwony Faraon, ten, który miał nigdy nie umrzeć. Ten, do +którego wszyscy mówili: „Zabierz lata, które mi zostały, i dodaj je do swoich”. +Nieśmiertelny za życia i nieśmiertelny po śmierci. +W ostatnich miesiącach przypominał figurę woskową: wyczerpany cukrzycą, +spuchnięty, z twarzą pokrytą grubą warstwą pudru, z niewidzącymi oczami, coraz +słabszy, coraz bardziej paranoiczny, coraz dotkliwiej oderwany od rzeczywistości. +Kto miał okazję przyjrzeć mu się na początku 1985 roku, przeczuwał, że jego dni +są już policzone, ale nikt nie śmiał powiedzieć tego na głos. +11 kwietnia 1985 roku z samego rana wydano komunikat do wszystkich +działaczy: „Pomimo gigantycznych i nieskończonych wysiłków partii i Komitetu +Centralnego Towarzysz Enver Hoxha zmarł”. +Dzieci myślały, że odszedł ich najdroższy wujek, ten, który zawsze się o nie +troszczył. Młodzi myśleli, że umarł ich psychopatyczny ojciec, ten, który ciągle +nadzorował i karał. Starsi, którzy pamiętali, jak rozkręcała się propaganda, myśleli, +że zniknął największy oszust w historii Albanii. +Co zrobić, kiedy znika Bóg, który miał nigdy nie umrzeć? +11 kwietnia mały Alban Hajdinaj spędzał ranek w szkolnej ławce w Mallakastrze. +Dorosły Alban jest artystą, siedzi ze mną przy stoliku w barze Iliria i uśmiecha się +do swoich wspomnień. +– Pamiętam wszystko bardzo dobrze – mówi – bo to był dzień, w którym +wydarzyło się coś strasznego i coś zdumiewającego. On umarł. +Już od dłuższego czasu stan dyktatora był ściśle strzeżoną tajemnicą, więc od +miesięcy nie pokazywano go publicznie. Wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, jak +bardzo Hoxha jest chory. Kiedy umarł, wołali: „Jak to? Przecież to niemożliwe!”. +Zwłaszcza dla nas, dzieci, to było nie do pojęcia. +Wydawało mi się, że to będzie dzień jak co dzień. Skończyła się pierwsza +lekcja, czekaliśmy, aż przyjdzie do nas kolejna nauczycielka. Ktoś rzucał +papierkami, ktoś wrzeszczał, ktoś kogoś tarmosił. Minęło pół godziny, przerwa +dawno się skończyła, aż wreszcie nauczycielka weszła, ale twarz miała +kredowobiałą i natychmiast zrozumieliśmy, że coś się stało. + +A ona stanęła na środku klasy, wzięła oddech jak aktorka na scenie +i wyszeptała: „Zdarzyła się rzecz straszna. Towarzysz Hoxha nie żyje…” – +i w jednej chwili wybuchnęła płaczem. +I wtedy niczym walące się kostki domina jedno po drugim dzieci zaczęły +płakać, ja też. Płakaliśmy nie dlatego, że tak bardzo kochaliśmy naszego +przywódcę; płakaliśmy, bo stało się coś zupełnie nieoczekiwanego i ten szok +wywołał w nas wielkie napięcie. +W tamtych czasach szkołę podstawową musiał skończyć każdy, choćby nie +wiadomo co. I był z nami taki nieszczęśnik, który od lat kiblował w piątej klasie, +starszy od nas i wielki jak niedźwiedź. Policja siłą przyprowadzała go do szkoły. +I tamtego dnia on też wybuchnął płaczem: ryczał straszliwie tym swoim +męskim, donośnym głosem, zagłuszając nasze cienkie, dziecięce szlochy, ryczał +jak raniony zwierz, który wydaje ostatnie tchnienie. Wszyscy odwróciliśmy się, +żeby na niego spojrzeć. To, że ten wielki, ciemny mężczyzna może tak płakać, było +równie zaskakujące jak to, że umarł Hoxha. Patrzyliśmy na niego oniemiali. +I wtedy ktoś parsknął śmiechem i zaraz cała klasa zatrzęsła się od śmiechu. +Spłoszona nauczycielka uciekła, ale po chwili wróciła i powiedziała: „Idźcie do +domu, w takim dniu powinniście być z rodzicami”. +Wyszedłem na ulicę, ale wszyscy wokół wydawali się oszołomieni i przerażeni. +Szedłem do domu i jak każde dziecko zastanawiałem się: co teraz będzie? W końcu +Enver Hoxha był niezłomnym obrońcą, który chronił nas przed całym złem tego +świata. Póki Enver stał na straży Albanii, żaden wróg nie mógł nas tknąć. Uczono +nas, że to on walczył podczas II wojny światowej ze wszystkimi wrogami Albanii, +a później przeciwstawił się Jugosławii i Związkowi Radzieckiemu. Myślałem więc: +„Co zrobimy, gdy zacznie się inwazja? Jak się obronimy?”. +Wszedłem do domu i zaskoczony zobaczyłem, że dziadkowie siedzą w fotelach +i w ogóle nie wydają się strapieni. Po prostu dwójka starszych ludzi pijących kawę +jak każdego dnia. „Dziadku, babciu! – zawołałem. – Towarzysz Enver nie żyje!” +„Tak, tak. – Pokiwali głowami. – Wiemy”. +Patrzyłem na nich zszokowany. „Dziadku – powiedziałem – przecież umarł +Enver!” „Każdy z nas kiedyś umrze. Cóż w tym dziwnego?” +Oniemiałem. To był dzień wielkich niespodzianek. +W moich oczach Enver był nadczłowiekiem. W oczach moich dziadków był +kimś zupełnie innym. Nie mieli co do niego żadnych złudzeń. Pranie mózgów nie +działało na ludzi, którzy pamiętali czasy II wojny światowej i dojście komunistów + +do władzy. Oni wiedzieli, jak było naprawdę, tylko nie mogli o tym mówić. Na ich +oczach propaganda wymazywała historię, którą pamiętali, i zastępowała ją nową, +starannie uformowaną przeszłością. Wszystko z myślą o albańskich dzieciach, +które już jako dorośli będą wierzyć władzy bezgranicznie, tak jak ja. +Mój ojciec był znacznie bardziej zindoktrynowany niż dziadek. Gdy miał +dziewięć lat, zamieszkał w internacie w Tiranie i stał się modelowym uczniem +albańskiego komunizmu. Teraz ma siedemdziesiąt lat i już się nie zmieni. Ciągle +głosuje na Partię Socjalistyczną, nie potrafi myśleć krytycznie. Ale dziadek należał +jeszcze do starego świata. +„Co teraz będzie?”, zapytałem go wtedy. „Nic. – Wzruszył ramionami. – Życie +będzie toczyć się dalej”. +W każdym albańskim domu ta scena wyglądała inaczej. +Ilva Daci, która dziś jest notariuszką, miała wtedy sześć lat i pamięta łzy +płynące po policzkach przedszkolanki. +– Dzieci! – wołała zrozpaczona pani. – Idźcie do domu, wujek Enver nie żyje! +Ilva krzyknęła już od progu: „Mamo, tato, wujek Enver nie żyje!”, ale rodziców +nie było, a babcia nie chciała jej uwierzyć. +– Dziecko! – krzyknęła. – Zamilcz natychmiast, za te słowa ojciec dostanie +dziesięć lat! +Przerażona Ilva schowała się w ogrodzie i dopiero wieczorem, gdy siedzieli +przed telewizorem, zobaczyła, że ojciec wpatruje się w ekran z błogim uśmiechem, +a mama i babcia zalewają się łzami. +– Co płaczecie, głupie? – Walnął dłonią w kolano. – Dobrze, że go już nie ma! +– Spotkaliśmy się we czterech w kawiarni w Gjirokastrze – opowiada Fredi +Muci, inżynier, wtedy trzydziestolatek. – Bieda już była okropna. Kawę podawali, +ale nic do niej, więc przyszliśmy z kawałkiem własnego sera, położyliśmy go na +stole, pijemy. +„Dobrze, że ser jest, mogłoby nie być”, powiedział jeden kolega. Drugi +westchnął: „Umarł nasz drogi Enver”. Pokiwaliśmy głowami. Ludzie dookoła +siedzieli zgnębieni, ale czujni. Wszyscy na siebie podpatrywali, wszyscy trochę +strwożeni, każdy coś chciał powiedzieć, ale władza mogła wycenić jedno zdanie na +kilka lat więzienia. Więc siedzieliśmy jak te kamienie. Cisza. Pojedyncze +westchnienia. + +„Złożyli do trumny Envera”, ktoś zagaił znowu. „Ta… – burknął kolega. – Jak +już leży w tej trumnie, to niech ją porządnie zabiją gwoździami!” +I wtedy drugi kolega parsknął, aż mu ser wyszedł nosem. Trzeci też mało się nie +udusił, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku, bo za śmiech w dniu śmierci +Envera to ani chybi co najmniej sześć lat! +Zabraliśmy ser i wyszliśmy, szybko, żeby nie zwracać na siebie uwagi. +Pomyśleliśmy, że pójdziemy do fabryki, zobaczyć, co się dzieje w pracy, ale tam +nikt nie stoi przy maszynach, tylko wszyscy siedzą w kółku i zalewają się łzami, +zawodzą, dech tracą. Stanąłem, patrzę na nich, ser słony czuję na języku… +Umarł Czerwony Faraon – muszą płakać jego niewolnicy. A więc w kółku +zbiorowe skowyty i łkania, rąk załamywanie, kwilenie, nosem siąkanie, +zawodzenie jednostajne, zawodzenie modulowane, szlochy przewlekłe i nagłe. Kto +głośniej i dłużej, kto z trzewi na zewnątrz, kto w osłupieniu na sucho. Kawałkami +cebuli przechowywanymi w kieszeniach pocierano cichaczem powieki. Zapałki +wkładane do kącików oczu powodowały korzystne i efektowne pękanie naczyń +krwionośnych. +Wygląda jak siedem nieszczęść, znaczy – cierpi jak należy. Za cierpienie +stonowane, umiarkowane, nieprzekonujące można było trafić do więzienia. +Cierpieć w stopniu znikomym to jakby nie cierpieć wcale, to właściwie poniekąd +cieszyć się ze śmierci – zaleca się zatem kilka lat przymusowego odosobnienia, by +osobnik reakcyjny mógł w spokoju przemyśleć swoją postawę. +Żeby pokazać, że po śmierci kapitana żaden pasażer nie opuści tonącego okrętu, +reżim zabiera się do tropienia nowych wrogów. Ludzie trafiają za kratki +z absurdalnymi zarzutami: „Uśmiechał się w dniu śmierci Hoxhy”, „Sprawiał +wrażenie szczęśliwego, gdy cały naród płakał”. Wszystkie szczury, które +rozglądały się za szalupą ratunkową, zostały uwięzione na dolnym pokładzie. +– Sześciu nas było chłopaków z Wlory, razem oglądaliśmy w telewizji pogrzeb +Envera – wspomina Astrit Beqiri, tłumacz. – Nie czuliśmy ani żalu, ani ulgi. +W gruncie rzeczy Hoxha nic nas nie obchodził. Byliśmy młodzi, trzymaliśmy się +razem, ufaliśmy sobie. To nie było wtedy takie oczywiste, że możesz powiedzieć +koledze, co myślisz, i nie zastanawiać się: „Ile lat więzienia za te słowa, co się +wyślizgnęły z ust?”. + +I jeden z nas… Mój Boże, to się wydaje teraz nierealne… Nasz kolega gapił się +w telewizor i chichotał. Tak, chichotał! +„Patrzcie na torbę Lenki – mówił, a Lenka Cuko to była wysoko postawiona +partyjniaczka. – Patrzcie, jaka brzydka! Lepiej się mogła Lenka ubrać na pogrzeb +Envera!” +Skoro w domowym zaciszu można było nie płakać, skoro wśród swoich można +było się śmiać, to znaczy, że naprawdę umarł Enver! +„Nie powinno być daty śmierci na tym marmurze – mówił Ramiz Alia nad grobem +Envera. – Jedynie napis »Urodzony 16 października 1908«. Tylko ta data określa +Envera Hoxhę, data jego narodzin, i tak będzie na zawsze, bo ten człowiek nie zna +śmierci. Enver Hoxha jest nieśmiertelny!” +W całym kraju na ścianach i murach natychmiast pojawiły się nowe slogany: +„Enver żyje”. Oraz: „Dzieło Envera Hoxhy wiecznie w naszej pamięci”. +– Marzyliśmy o śmierci Hoxhy, my, wszyscy więźniowie – uśmiecha się lekko +Fatos Lubonja. – Jego śmierć zbliżyłaby nas do wolności. Po śmierci Stalina +w całym Związku Radzieckim coś się zmieniło i liczyliśmy, że to samo zdarzy się +w Albanii. +Pierwsza nadzieja pojawiła się w grudniu 1973 roku, kiedy Hoxha miał atak +serca, ale szybko się przekonaliśmy, że wyszedł z niego tak samo mocny jak +wcześniej. +Po 1981 roku w więzieniu pojawił się telewizor. Oczywiście oglądaliśmy tylko +wiadomości z Tirany i raz na jakiś czas Envera. Ale nawet na oko było widać, że +czuje się coraz gorzej. W 1984 roku rozeszła się plotka, że Hoxha jest tak słaby, że +nie pojawi się na uroczystościach 29 listopada, w czterdziestą rocznicę wkroczenia +komunistów do Tirany. Tego dnia usadowiono nas przymusem przed telewizorem. +Patrzymy: jest. Jednak jest… Byliśmy ogromnie rozczarowani. Ale po raz pierwszy +nie stał wyprostowany, tylko opierał się o coś w rodzaju krzesła. W Albanii mówi +się: „Ma odciski od siedzenia na dupie”. I mój kolega nas pocieszał: „No cóż, może +chociaż ma odciski!”. +Jest podobno takie chińskie przysłowie: „Jeśli chcesz zobaczyć trumnę swojego +wroga, stań nad brzegiem rzeki, a trumna pewnego dnia przypłynie”. I w końcu +przypłynęła do nas trumna z dyktatorem. Od celi do celi niosła się wieść: „Nie +żyje!”. + +Miałem w sobie wielką radość i wielki strach przed okazaniem tej radości. Od +rana dwóch czy trzech z nas wsadzono do karceru, bo władza musiała nam +pokazać, że ciągle jest silna. Chcieli nas zastraszyć. Ale potem stało się coś +nieprawdopodobnego. Oglądaliśmy ceremonię pogrzebu, oglądaliśmy w spokoju, +z kamiennymi twarzami i radością w sercu. A był wśród nas więzień, który +najpierw próbował popełnić samobójstwo, a potem wpadł w chorobę psychiczną +i odtąd na każdym kroku chciał pokazać, jak bardzo kocha partię. I kiedy włożono +trumnę do grobu, usłyszeliśmy: „Wstańcie, bo największy człowiek Albanii +spoczął właśnie w grobie!”. Odwróciliśmy się. Na szczęście to był tylko nasz głupi, +obłąkany Alen. Nawet strażnicy nie mieli innego wyjścia, jak tylko go zignorować. +Ale potem jacyś więźniowie wpadli na pomysł, żebyśmy wszyscy okazali nasz +żal i wysłali do Nexhmije Hoxhy telegram z kondolencjami. Siedzieliśmy +w stołówce z poczuciem, że nadszedł czas, kiedy ktoś z nas zostanie poświęcony. +Że to prowokacja i że władza szuka buntowników. A ja miałem na koncie dwa +wyroki, byłem pierwszy do odstrzału. Przyszli więźniowie, którzy kolaborowali ze +strażnikami, i odczytali telegram na głos. Nikt nic nie powiedział. Następnego dnia +mój przyjaciel z pierwszego baraku odciągnął mnie na bok i wyszeptał: „Fatos, +przyszli do nas z telegramem i zażądali, żebyśmy go podpisali”. „O mój Boże…” +„I podpisaliśmy. Tylko Ilir Malili nie podpisał. A teraz chodzą dalej”. +A więc to tak. Podpiszesz – przeżyjesz. Nie podpiszesz – zginiesz. Podpiszesz – +musisz zmierzyć się z własnym wstydem. Nie podpiszesz – musisz zmierzyć się +z własną śmiercią. Przeraziłem się, bo wiedziałem, że nie podpiszę, ale wiedziałem +też, że nie chcę zginąć. A podpisywali wszyscy, nawet najodważniejsi. +Tyle że czasem zdarza się, że prawdziwie najodważniejsi są ci, po których +najmniej się tego spodziewasz. +Strażnicy weszli do drugiego baraku. Ja byłem w trzecim. Telegram trzeba było +podpisać przy wszystkich. Jakiś więzień dał znak – zaczynamy, ale kiedy strażnicy +podeszli do pierwszego w kolejce, a to też był taki lekko szurnięty chłopak, on +spojrzał na nich i oznajmił: „Przepraszam, ale teraz to ja się idę wysikać”. +I wyszedł. +To dodało odwagi innym. Odmówili. Do trzeciego baraku, mojego, strażnicy +nawet nie przyszli. +Przy okazji zobaczyłem, jak szybko w więzieniu rodzą się mity. Raptem miesiąc +po tym zdarzeniu mój kolega mówi mi: „Wiesz, byłem gotowy podpisać, ale kiedy + +usłyszałem, jak mówisz: »Niech mnie zabiją! Niech zabiją całą moją rodzinę, ale +nie podpiszę!« – to natychmiast zmieniłem zdanie”. +Oczywiście nic takiego nie powiedziałem! Wiedziałem, że telegramu nie +podpiszę, ale żadnej płomiennej odezwy nie wygłosiłem. To tylko mój kolega +szczerze uwierzył, że tak właśnie było, bo sam toczył ze sobą w myślach bój +o godność. +Tak. Strażnicy zrobili, co mogli, by nasza wielka radość została zatruta wielkim +strachem. +A potem minęło sześć lat i zmumifikowana postać dyktatora z hukiem zwaliła się +na ziemię. Rozwścieczony tłum obalił pomnik stojący w centrum Tirany +i symbolicznie zamordował tego, co miał być nieśmiertelny. Tym razem zabijano +ducha Hoxhy, który unosił się nad Albanią przez lata agonii komunizmu. +– Byłem w domu, kiedy usłyszałem od sąsiadów, że pomnik Hoxhy upada – +wspomina Alban Hajdinaj. – Telewizja transmitowała to na żywo. Dziś mówi się, +że wszystko było wyreżyserowane przez służby specjalne, że studenci chcieli +obalić stary system, ale byli zmanipulowani przez Ramiza Alię, który wiedział, że +upadek komunizmu jest nieunikniony, i chciał mieć kontrolę nad opozycją i swoich +ludzi w Partii Demokratycznej. Może dlatego ciągle tkwimy jedną nogą +w komunizmie. +Z perspektywy czasu nawet ten przełomowy moment wydaje się zafałszowany. +Nie wiem, czy wyjście ludzi na ulicę było w pełni spontaniczne. Nie wiem, kto był +wtedy czysty. Sali Berisha poszedł negocjować ze studentami jako wysłannik +władzy, a potem przeszedł na ich stronę i poprowadził ich na ulice, ale dziś mówi +się, że był tylko wtyczką Alii. Nawet w chwili obalenia systemu zabrakło +bohaterów, którym dziś moglibyśmy wierzyć. +Na obrazie Enkelejda Zonji, jednego z najwybitniejszych współczesnych malarzy +albańskich, Enver Hoxha niczym zmartwychwstały Jezus Chrystus pozwala +niewiernemu Tomaszowi włożyć palec w swoje serce. +– Widzisz? – zdaje się mówić z łagodnym uśmiechem. – Ja wcale nie umarłem. +Zdecydowanie, z jakim Hoxha obnaża klatkę piersiową, przypomina gest Clarka +Kenta, kiedy ten przeobrażał się w Supermana. Ciało promieniuje siłą, twarz +pozbawiona jest wieku, nie widać na niej śladów ziemskiego cierpienia. Hoxha + +przypomina postać z propagandowych rysunków – jest większy niż pozostali +mężczyźni na obrazie, jaśniejszy, zaróżowiony jak pączek piwonii. +– Na tyle, na ile człowiek może stać się Bogiem, na tyle Enver stał się Bogiem +dla nas – mówi Zonja. – Ale zwróć uwagę na czerwony krawat, który ciągnie się +przez cały obraz jak wstęga albo wisielczy sznur. Enver zmartwychwstał, ale jego +pomnik został powieszony. Wszyscy zapamiętaliśmy, jak w 1991 roku, tuż przez +roztrzaskaniem, pochylony pomnik Hoxhy zawisł w powietrzu niczym ciało Benita +Mussoliniego po śmierci. To było symboliczne powieszenie dyktatora, któremu nic +już nie mogliśmy zrobić. +– A człowiek, który wkłada palec w jego serce? +– Ma twarz mojego ojca, emerytowanego profesora historii. On ciągle wierzy, +że system walczył o równość i zapewniał nam bezpieczeństwo. Gdyby władza nas +prześladowała, ojciec byłby pewnie bardziej krytyczny, ale żyliśmy ostrożnie i los +obszedł się z nami łagodnie. +Potrzebowałem modela do postaci starca, który również wpatruje się +w dyktatora. Znalazłem na ulicy wysuszonego mężczyznę, zbierał śmieci. Kiedy +wszedł do pracowni, rzucił na podłogę czarny worek, a ze środka wytoczyła się +puszka po coca-coli. Dlatego młody człowiek na obrazie trzyma w ręku puszkę +i patrzy w zupełnie inną stronę. Zmartwychwstały Hoxha w ogóle go nie interesuje. +Najmłodsza generacja odcina się od przeszłości i myśli tylko o tym, co będzie, bo +teraźniejszość całkowicie rozminęła się z ich oczekiwaniami. +Obraz Zonji przedstawia symboliczny triumf Hoxhy zza grobu – Envera nie +można ani zapomnieć, ani wymazać z kart historii. Mit Skanderbega, wielkiego +bohatera narodowego, który w średniowieczu dzielnie stawiał czoła Turkom, i mit +Hoxhy to dwa najbardziej wyraziste punkty odniesienia. Widmo wodza ciągle wisi +nad Albanią i ciągle oddziałuje na społeczeństwo. +Albański upiór, o którym kiedyś mówiono, że żywi się krwią, dziś karmi się +wspomnieniami ludzi. +Alban Hajdinaj kładzie paczkę papierosów na kawiarnianym rachunku, a potem ją +podnosi. +– Kiedy w 2016 roku wyjmowałem z ramki rodzinne zdjęcie, zobaczyłem, że +pod spodem jest zdjęcie Envera Hoxhy. Moja babcia włożyła naszą rodzinę +w ramkę, w której kiedyś trzymała oficjalny portret dyktatora. Hoxha tkwił tam +przez lata, ukryty jak trup w szafie. A przecież reżim to nie tylko on, to także + +tysiące zwykłych ludzi, którzy posłusznie wypełniali jego polecenia i krzywdzili +z własnej woli. Ludzie trzymali w domu jego portrety z oportunizmu lub +z przekonania. My, nowa generacja, nie możemy winić się za przeszłość, ale nie +możemy też wiecznie przemilczać naszej historii, nawet jeśli wydaje się nam +odrażająca. Musimy skonfrontować się z tym, co było, i zaakceptować przeszłość. +W każdym domu jest ramka, która skrywa ból i wstyd. Dlatego zrobiłem film, +w którym odtwarzam moment odkrycia fotografii Hoxhy. W tle każdej rodzinnej +historii jest dyktator, każda rodzina, świadomie lub nie, potwierdzała mechanizmy +władzy i poddawała się im. To ja, to moja rodzina, a to zdjęcie Hoxhy w ramce na +stoliku, w zupełnie nowym kontekście – Albanii wolnej i zniewolonej. + +Czy to są ludzie tacy jak my? +Oto on: obiekt nadający słowa i obrazy, który zmieniał życie wszystkich wokół. +Pośród nudy jednakowych dni emitował światło, do którego jak ćmy ciągnęli ludzie +z całej okolicy. Cóż to za wynalazek niezwykły! Nauka wytwarza czary! +Szczęśliwi, którzy mogli ustawić w dużym pokoju urządzenie do przekraczania +granic. Ale wspaniałe pudło trafiało tylko do wybranych. Nie dla wrogów ludu +rodzime obrazy i zachodnie cuda! Co innego najzacniejsi przedstawiciele +nomenklatury – oni, owszem, patrzeć w ekran mogli i powinni, nawet oglądanie +kapitalistycznej propagandy uchodziło im płazem, bo przecież ktoś musiał się +orientować w poczynaniach wroga. +Żeby mieć telewizor, trzeba było jednak zacisnąć pasa, przełknąć ślinę +i wydobyć skądś osiem miesięcznych pensji. Ludzie żegnali się z maszynami do +szycia, ubraniami, lustrami i książkami, byleby tylko wstawić w domu nowe okno +na świat. +A potem oglądali La dolce vita i z niecierpliwością czekali na reklamy. +* +Kiedy na początku lat siedemdziesiątych zaczął się telewizyjny szał, władza nie +wyczuła jeszcze, że widok zagranicznych luksusów może pomieszać obywatelom +w głowach. Miasto Durrës miało oko na Włochy, Pogradec na Jugosławię, +a Szkodra na jedno i drugie. Mieszkańcy Gjirokastry łapali czasem błyski greckich +stacji. Szybko pojawiły się samodzielnie sklecone puszki tranzystorów, które +wzmacniały sygnał z innych światów. Mężczyźni za dnia chowali anteny +w szafach, a nocą wdrapywali się na dachy i ustawiali aparaturę w niesłusznym +kierunku. +– Podobno to wszystko dekoracje – szeptano. – Jeden świat jest do telewizji, +a drugi do życia. U nas też przecież kantują. +W książce Każdy popada w szaleństwo na swój sposób Stefan Çapaliku opisuje +pojawienie się w swoim domu radzieckiego rubina, przywiezionego z zagranicznej +misji przez ojca, zasłużonego agronoma. To był pamiętny rok 1968. + +„Od tej pory – pisze Çapaliku – pokój telewizyjny wyglądał jak sklep meblowy, +a każdy sąsiad, dla którego nie starczało miejsca, musiał przyjść z własnym +stołkiem lub krzesłem”. Z dnia na dzień dwadzieścia osób w okolicy zaczęło się +uczyć włoskiego tylko po to, by nadążyć za pięknym światem z telewizora. +„Słuchaliśmy nauczyciela włoskiego, jakby nam czytał Stary Testament. On był +księdzem, my – uczniami na katechezie”. +Zaczęło się bojaźliwe przedwiośnie, przez zapieczętowane granice wsączał się +zachodni świat. Władza mówiła o potrzebie modernizacji i wygrażała pięścią +konserwatywnym siłom tłamszącym wolność młodych, tyle że poza ideologią, +stabilną zgrzebnością i strachem nie miała nikomu nic do zaoferowania. Z wnętrza +partii znowu zaczęły więc dochodzić głosy: „Zachód przynosi zgubę, rozbudza +próżne tęsknoty, nękają ludzi od niego zdrożne pożądania!”. Skończyła się +trzyletnia odwilż, wróciła długa zima. W 1974 roku władza zainstalowała +w największych miastach zakłócacze, żeby ukrócić podglądanie obcych. +Koniec z zachodnią degeneracją! +Żadnych uroczych piosenek, fikuśnych teledysków i śpiewania pod nosem. +Żadnych samochodów, torebek i basenów. +Żadnych marzeń, tęsknot i rojeń. +Zamiast tego zestaw obowiązkowy – cztery godziny albańskiej telewizji +dziennie: dwadzieścia minut programu dla dzieci Szkoła i życie, trzydzieści +minut programu Porady i wiedza praktyczna, film artystyczny – tylko godzina, bo +trzeba było wyciąć kapitalistyczne paskudztwa, następnie Głos młodzieży, +dokument Wokół naszego kraju. Dla miłośników kultury – program Kultura i życie, +dla miłośników pracy w polu – Program dla pracowników agrokultury, dla dwóch +milionów patriotów, czyli wszystkich – Chwalebne chwile z historii naszego +narodu. Taki horyzont wyznaczała albańska telewizja w roku 1976. +„Informacja o pojawieniu się zakłócaczy była tak przeszywająca i dramatyczna, +jakbyśmy się dowiedzieli, że właśnie umarł na serce młodzik, z którym pięć minut +temu graliśmy w piłkę” – pisze Stefan Çapaliku. +Na szczęście pod koniec lat osiemdziesiątych cała Albania przestawała już +działać i nie działały też zakłócacze. Za sprawą jugosłowiańskiej telewizji +niektórzy Albańczycy mogli się więc zapoznać ze złotem, kryształami +i szlafrokami Dynastii, a w rodzimej telewizji pojawił się nie kto inny, jak tylko +sama niewolnica Isaura. + +Zagraniczne postacie w telewizorze miały oczy, ręce i całą resztę, a jednak +wydawały się zrobione z innego materiału. Czy to są ludzie tacy jak my? +Chociażby pogodni Włosi, bezczelni w swojej beztrosce, idą przez życie smukli jak +struny, nie mają powodu się bać. Wsiadają do samochodów i mkną przed siebie, +przez otwarte szyby wdziera się wiatr i rozwiewa im włosy. W greckich serialach +przestępcy wskakują na statki i płyną przez morze, za nimi pruje motorówką +nieustraszony policjant. +Wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. +Wiadomo, jak przebiega granica. +Wiadomo, że ten, kto próbuje uciec, zostanie schwytany. +Właśnie tam, po drugiej stronie ekranu, znajduje się inny świat. Wystarczy tylko +stłuc szybę. + + +W 1960 roku po drogach Albanii jeździło 1900 samochodów osobowych, w latach +80. ta liczba wzrosła do około 6–7 tysięcy (© by Nikos Economopoulos / Magnum +Photos) + +Część piąta +Kruszy się twierdza + +Piękne papierki +Na kolorowe albumy z propagandą dzieci odpowiadały zeszytami, do których +wklejały zagraniczne śmieci – tęczowe kawałki dalekiego świata, nazywane letra të +bukura, piękne papierki. Alternatywna rzeczywistość objawiała się w postaci +odpadków i strzępków, potwierdzając bolesne przeczucie, że gdzieś tam są inne +krainy, napełnione obfitością wielką i obłędną, do której Albańczycy nie mają +dostępu. +A jednak czasem ktoś, do kogo przyszła paczka, w przypływie szczodrości +obdarowywał śmieciem. Mieszkaniec Durrës czy Wlory wyławiał z morza włoskie +opakowanie po słodyczach i wręczał je komuś drogiemu. Czasem dzieciaki bawiły +się, próbując zgadnąć, co skrywała folia. Może lizak? Może batonik? A może… +czekoladowe wafelki! Po śmierci ukochanego przywódcy Albania się skurczyła, +brakowało szkła, stali, nawozów, do sklepu chodziło się z własnym słoikiem albo +papierową tutką. +Tymczasem skrawki świata dryfowały po wodzie, bladej wodzie, modrej +wodzie, zaczepiały o sitowie albo płynęły wartkim nurtem, tak szybko, że nie +można ich było złapać. Drzewa spoglądały na małe postacie pochylone nad wodą. +Wzgórza patrzyły na wyciągnięte palce próbujące pochwycić oddalający się +przedmiot. Ach, gdyby tak znaleźć parę butów. Zagraniczny but był szczęściem, bo +miał zagraniczną podeszwę. Z zagranicznej podeszwy można było zrobić dobry but +albański. W takim bucie człowiek zajdzie daleko, do granicy kraju i z powrotem. +Niosły się historie o ludziach, którzy w komunistycznych mieszkaniach czcili +kapitalizm, skrywając w barkach meblościanek puszki po coca-coli, napoju +groźnym i lubieżnym. Niektórzy dyskutowali o jej smaku, ale w tej materii trudno +było wypracować wspólne stanowisko. Raz pewien kochający ojciec załatwił przez +znajomych to cudo, zasłonił okna i zwołał dziatki. Potrząsał puszką długo, jak +należy, wstrząsnąć dobrze trzeba przecież każdy napój, od kefiru po kompot, +wymachiwał ręką wśród westchnień i okrzyków, należycie stopniując napięcie, +a gdy otworzył, huknęło straszliwie i wszyscy padli na podłogę. Brązowe strugi +wsiąkały w dywan. + +Komuś udało się też zdobyć banany, ale skórka była twarda i zupełnie +niesmaczna. Do diabła z bananami, tyle hałasu o nic! +A raz jeden chłopiec z Gjirokastry napisał na ostatniej stronie zeszytu „Pepsi” +i rodzice przez wiele godzin tłumaczyli się dyrektorowi, jakim cudem ich dziecko +zna takie paskudne, grząskie słowo. +Paczki z innych światów dostarczały rzeczy przedziwnych, na przykład +pachnącej substancji w sztyfcie, którą w pewnej rodzinie uznano za antyperspirant. +I cóż, jakoś dało się nią smarować, bo zapach niby był, nawet całkiem przyjemny, +jeśli nie wybrzydzać, tyle tylko, że strasznie się od niej kleiły pachy. Grunt to nie +oczekiwać za dużo! Dopiero nowe czasy przyniosły olśnienie: w zielonej tubce był +klej w sztyfcie. +Niektóre przedmioty z paczek kontrola uznawała za umiarkowanie groźne – jak +chociażby koronkowe majtki, ale inne okazywały się nie do przyjęcia, na przykład +czapeczka bejsbolówka z naszywką w kształcie koniczyny. Sami pomyślcie, +towarzysze, wszak mówi się, że czterolistna koniczyna przynosi szczęście, a tu, na +czapce, proszę – tylko liście trzy! Ktoś tu się cichaczem śmieje systemowi w twarz, +ktoś tu sugeruje, że brak w Albanii wszelkiej szczęśliwości! O, niedoczekanie. +Proszę żyletkę, my się zaraz rozprawimy z tą koniczyną zieloną, perfidnie +trzylistną. +A potem obdarowani zaglądali do paczki, wyjmowali bejsbolówkę z dziurą +z przodu, wkładali w nią palec, wzdychali… Cóż robić? Załata się jakimś +zgrabnym płachciem i wyjdzie zachodnio, chociaż po albańsku. Tylko wuja trzeba +w liście spytać, co takiego było na czapeczce, że aż kontrola wycięła… + +Nikt nie czuje się winny +Ojciec odchodzi +Ojciec był jednym z tych zwykłych obywateli, którzy wyszli po papierosy i już nie +wrócili. Tamtego wieczora czekaliśmy na niego w pulsującym lęku, rzucając +spojrzenia na jego książki, ulubiony fotel, etui na okulary i lampkę, przy której +czytał. Dopiero następnego dnia do drzwi załomotali mężczyźni w identycznych +beżowych płaszczach. Mieli ściągnięte twarze i powściągliwe ruchy. Powiedzieli, +że ojca aresztowano pod zarzutem terroryzmu. +Matka pochyliła głowę i długie czarne włosy opadły jej na twarz, oddzielając ją +od nas jak zasłona. +Trzy dni później wrócili i przeszli przez mieszkanie, jakby kroczyli po swoim. +Kazali nam zapakować życie do walizek i natychmiast przenieść się na wieś, do +Bubq koło Fushë-Krui. To był 1984 rok. +Wkładałem do pudeł książki ojca: Balzaka, Stendhala, Hugo, Tołstoja, nie +mogąc przestać myśleć o tym, że gdy byłem smarkaczem, ojciec zapędzał mnie do +czytania, bo sam znajdował schronienie w literaturze. „Szkoda czasu na albańską +indoktrynację”, powtarzał i podsuwał mi zagranicznych klasyków. Gdzie się teraz +schroni? +Powiedzieli, że ojciec próbował zabić Hoxhę i obalić władzę ludu i że czeka go +śmierć… Niepozorny nauczyciel, cichy autor kilku książek. Bohater mojego +dzieciństwa, który nauczył mnie czytać. Tacy jak on, wykształceni i wrażliwi, byli +dla władzy największym zagrożeniem. Władza potworniała na naszych oczach +i pogrążała się w szaleństwie, traciła resztki rozumu i pożerała nas wszystkich, +jednego po drugim, winnych i niewinnych. +Potem, wiele lat później, myślałem o tym, co ojciec przeżywał. Kiedy człowiek +dowiaduje się, że został skazany na śmierć, musi pogodzić się z losem i zerwać +wszystkie więzi, które łączyły go ze światem. +Wyobraź to sobie: życie jest skomplikowaną maszyną, do której przytroczono +wiele lin. Człowiek musi je odciąć, żeby machina stanęła. Przecina pierwszą linę: +miłość do dzieci. Ale maszyneria nadal pracuje. Przecina drugą: miłość do żony. +Ale mechanizm wciąż działa. Wreszcie przecina ostatnią: miłość do życia. Teraz + +może już przejść na drugą stronę, na stronę śmierci. I wtedy otwierają się drzwi +i wchodzi posłaniec. +– Wrogu ludu, ty nędzny śmieciu, niegodny niczego, darujemy ci życie! +I pochyla się nad skazańcem, nie wiedząc, że ma przed sobą skorupę, strzępek +ślepy i głuchy, nierozróżniający słów. W tym człowieku właśnie wytraca się życie. +Ale ten człowiek w końcu zaczyna rozumieć i staje przed zadaniem, które wydaje +się niemożliwe: musi znowu puścić maszynerię w ruch. Przytroczyć do niej liny. +Wiem, jak długo zajął ojcu powrót. Spałem z nim w pokoju, bo zrywał się +w środku nocy, krzycząc, a ja go uspokajałem. Jak mogłem, pomagałem mu +przyzwyczaić się do odzyskanego życia. +Nazywam się Shpëtim Kelmendi, jestem pisarzem i poetą, o tym wszystkim, co +spotkało naszą rodzinę, opowiadam po raz pierwszy. Nigdy nie chciałem, żeby +moja prywatna historia wpływała na postrzeganie tego, co piszę. +Matka odchodzi +Matka włosy miała czarne, twarz białą, brwi ciemne jak skrzydła kruka. Mam po +niej tylko oczy; przez całe dzieciństwo wydawała mi się nierealnie, oszałamiająco +piękna. Kiedy zabrali ojca i internowali nas w Bubq, musiała wziąć na siebie ciężar +opieki nad nami, całą ósemką. W czasach największej nędzy sprzedawała własne +ubrania, żeby nas wyżywić. W końcu obcięła też swoje długie, lśniące włosy, które +spływały czarną falą po plecach; starczyło na ziemniaki i chleb. +Zdarzało się, że przez dwa dni nie mieliśmy nic w ustach. Najdłużej nie jadłem +przez dziewięć dni. Nigdy nie zapomnę, jak pewnego razu matka wzięła kilka +ugotowanych ziemniaków z miski na stole i powiedziała: +– Dość zjedliście, dajmy trochę sąsiadom, niech się najedzą choć ten jeden raz. +Byłem wstrząśnięty: najpierw, że zabiera nam jedzenie, potem – że daje je +innym. Trudno było sobie wtedy pozwolić na taki gest. Przeszło mi przez myśl, że +matka jest prawdziwie dobra, za dobra na te czasy. +Codziennie musiała mierzyć się z naszym głodem, z prośbami wypisanymi na +naszych twarzach, z naszą kruchością i słabością, i ta bezradność ją zabiła. Zmarła +na raka, ale jestem pewny, że jej choroba zrodziła się z cierpienia, z bólu, że nie +może niczego zmienić, że nie może naprawdę nam pomóc. Gdy ją chowaliśmy, +miała zaledwie czterdzieści dziewięć lat. + +Tuż przed jej śmiercią pojechaliśmy odwiedzić ojca. Patrzyłem na nią +i widziałem już ślady, jakie zostawia choroba. Ale matka postanowiła: +– Ani słowa. Nie będziemy dokładać ojcu zmartwień. +Obserwowałem ją, jak z nim rozmawia, pogodna i czuła, z łagodnym +uśmiechem na twarzy. Drżałem cały w środku, widząc, jaka jest silna, kamienna. +To było ich ostatnie spotkanie. +Nie dostała żadnej pomocy lekarskiej, nie potrafiliśmy w żaden sposób ulżyć jej +w bólu. Umarła w moich ramionach. Myślałem: „Jak śmierć mogła mi zabrać +kogoś tak pięknego?”. +Nigdy nie widziałem, żeby albańscy mężczyźni byli choć w połowie tak silni jak +albańskie kobiety. Bo kobiety cierpiały podwójnie: jako robotnice przy fabrycznej +taśmie i jako służące w domu, jako matki, żony, córki, siostry i jako przodowniczki +pracy, harujące w kooperatywach, niedoceniane, nierozumiane, zasklepione +w poświęceniu. Jak one dawały radę w tym nieludzkim systemie, pracując +codziennie ponad siły? Wiem jedno: albańskie matki nigdy nie myślą o sobie, +zawsze myślą o swoich dzieciach. Kiedy mama była już bardzo chora, spałem z nią +w pokoju, żeby doglądać jej w nocy, a ponieważ było bardzo zimno, przykrywałem +ją cieplejszym kocem i sam zasypiałem pod cienkim. Ale kiedy budziłem się rano, +okazywało się, że pod pledem śpię ja, bo w nocy moja umierająca matka miała +jeszcze tyle sił, by zamienić nasze koce. Taka była, do samego końca. +Ja, sam +Żeby system trwał, wszyscy musieliśmy się bać, bo ci, którzy się boją, milczą. +Gdyby strach zelżał, zaczęlibyśmy mówić, że życie jest nie do zniesienia, +i próbowalibyśmy obalić system, a tego właśnie Hoxha chciał uniknąć za wszelką +cenę. +Propaganda przylepiała się do nas jak gówno do podeszwy. Miałem w klasie +kolegę, wielce szczwanego, ale cała jego inteligencja szła na obmyślanie, jak by się +tu poopierniczać. Gdy profesor pytał go o cokolwiek, na przykład o cykl wzrostu +ziemniaka, kolega klepał: +– Partia kładzie szczególny nacisk na rozpowszechnianie uprawy ziemniaka, +ażeby lud albański nigdy nie zaznał głodu, gdyż ziemniak jest chlebem i posiłkiem. +I co nauczyciel mógł takiemu zrobić? +– Dobrze – mamrotał – siadaj. + +Po jakimś czasie kolega tak się wycwanił, że zaczął sam wyrywać się do +odpowiedzi, żeby uraczyć nas kwadratowym bełkotem. A gdy trzeba było napisać +rozprawkę, lepił ją z komunistycznych sloganów: „Władza w rękach ludu”, +„Komunizm zwycięży na całym świecie”, „Niech żyje partia!”. W końcu +nauczyciel nie wytrzymał, napisał pod jednym takim wypracowaniem: „Hurra! +Niech żyje!” – i walnął mu niedostateczny. +Ale w porównaniu z późniejszymi latami zesłania czasy liceum były niemal +beztroskie. Jako internowany stałem się trędowaty, każdego mogłem zarazić +cierpieniem. Miałem dwadzieścia lat, a gdy zagadałem do jakiejś dziewczyny, +zaraz wołała: +– Odejdź, jesteś wrogiem ludu, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! +Moja historia była odrażającą, śliską powłoką, która odpychała ode mnie ludzi, +nie pozwalając im dostrzec, jaki naprawdę jestem. Nie istniałem dla kobiet, bo +moja ręka wciągnęłaby je w przepaść. Matki już nie było, a ja chciałem kochać, tak +jak wszyscy. Samotność była kokonem, z którego nie mogłem się wydostać. +My, ci źli, byliśmy ciągle wdeptywani w ziemię. Jechałem pewnego razu do +ojca do Spaça, autobus zatrzymał się przy głównej drodze, a potem musiałem iść +jeszcze wiele kilometrów krętą, mało uczęszczaną drogą. W końcu udało mi się +złapać ciężarówkę przewożącą drewno. Głupi nie byłem i na wszelki wypadek nie +mówiłem za dużo, ale kierowca węszył i pytał. W końcu wydusił ze mnie, że jadę +do więzienia do ojca. +– Wynocha! – ryknął. – W tej chwili wynocha, wrogu ludu! +Szedłem pieszo trzy godziny, a gdy wreszcie dotarłem na miejsce, czas widzeń +minął. Zapadł wieczór, lodowate powietrze wgryzało się w policzki. Usnąłem na +ziemi, zwinięty w kłębek, pod bramą obozu. +Tak, naprawdę tak było. Teraz wydaje mi się to nieprawdopodobne. +Pamiętam… Idąc wtedy w stronę więzienia, ujrzałem ich wszystkich w oddali, +niewielkie postacie w brązowych drelichach, krążące po dziedzińcu, identyczne +w swoim cierpieniu. Nie potrafiłem rozróżnić wśród nich ojca i nagle pomyślałem, +że każdy z tych mężczyzn jest moim ojcem, że czuję miłość do każdego z nich. Ta +miłość zalała mnie całego. Patrzyłem na drobne sylwetki moich ojców – wszystkie +pełne cierpienia, które nie mieściło się w człowieku. +Bracia + +Pewnego razu, już po śmierci matki, podszedł do mnie dzielnicowy i bez ceregieli +wypalił: +– Słyszałem, że twoi bracia chcą uciec z Albanii. +Byłem kompletnie zaskoczony, więc wyjąkałem tylko: +– Nie, to nieprawda. +– Weź nie udawaj – syknął. – Obaj wiemy, że tak jest. Ale możesz jeszcze coś +z tym zrobić. Jak ich złapią, to szczeniaki pójdą do więzienia na kilkanaście lat i na +co im to? +– Dlaczego mi to mówisz? – zapytałem. +– Ty se nie myśl, że jestem taki dobry. Za cztery miesiące idę na emeryturę i nie +chcę po drodze żadnego gówna. +Nigdy więcej go nie spotkałem. +A bracia po prostu wzięli dętkę od opony ciężarówki i na tej dętce próbowali +w środku nocy przepłynąć do Czarnogóry. Zobaczył ich jakiś rybak i w te pędy +poleciał do straży. Dostali po siedemnaście lat. W sam raz na nową drogę życia. +A więc teraz odwiedzałem w więzieniu i ojca, i braci. W długiej wędrówce do +Qafë Bar towarzyszyli mi koledzy, którzy też szli do swoich. Droga nie miała +końca, żadnych autobusów, żadnych podwózek, kilometry przez góry. Kiedyś już +pod bramą zorientowaliśmy się, że strażnicy celowo kombinują, żeby nas nie +wpuścić. Jak długo mogli, sprawdzali jedzenie, aż w końcu popatrzyli na mojego +kolegę i stwierdzili: +– Nie, ten ma za długie bokobrody. Musi iść do miasta je obciąć. +Popatrzyliśmy na siebie. Gdyby miał pójść do miasta i wrócić, nie zostałoby mu +czasu na widzenie. I wtedy kolega postanowił rozwiązać sprawę „albańskim +sposobem”. Podniósł z ziemi kawałek szkła i zaczął ciąć sobie twarz, tak że cała +zalała się krwią i bokobrodów nie było już widać. Kiedy strażnik to zobaczył, +wykrzyknął: +– Dobrze, kurwa wasza mać, właźcie! Widzę, że ten jest niespełna rozumu. +Tyle się w życiu naspotykałem z ludźmi władzy, że gdy tylko widziałem +jakiegoś w oddali, zaraz przechodziłem na drugą stronę. I wgapiałem się w ziemię, +w żółty, pylisty piach, w twarze dzieci, byleby tylko nie skrzyżować z nim wzroku. +Gdy raz usłyszałem, że policjant woła do mnie po imieniu, zmartwiałem. +Popatrzyłem na tego sukinsyna w mundurze i dopiero po chwili uświadomiłem +sobie, że to mój przyjaciel. Nogi się pode mną ugięły, bo ten człowiek wiedział +o mnie więcej niż ktokolwiek inny. + +– Daj spokój… – westchnął, gdy zobaczył mój wzrok. – Przecież ja też muszę +jeść. Noszę mundur, ale poza tym nic się nie zmieniło. +I co, miałem mu uwierzyć? Odsunąłem się od niego, bo w tamtym świecie nie +było rzeczy, której mogłeś być pewny. Ale potem, gdy aresztowano mi braci, mój +przyjaciel także jeździł do nich do więzienia, z jedzeniem i papierosami, które były +wtedy na wagę złota. Nosił ten cholerny, obrzydliwy mundur, na widok którego +robiło mi się słabo, ale pod nim ciągle był tym samym człowiekiem. +Zdrajcy i koledzy +Ludzie gadali: jak jesteś jeden, to jesteś bezpieczny. Jak jest was dwóch – miej się +na baczności. Jak pojawia się trzeci – bierz nogi za pas. Bo panowało przekonanie, +że co czwarta osoba zanosi podarki agentom Sigurimi. +Kilka osób to był już tłum, obok którego przechodziłem na palcach. +Ekstremalność systemu wydobywała z ludzi to, co najgorsze, ale też zmuszała +ich do niezwykłych poświęceń. Dyktatura robiła z nas potworów i świętych. Jedni +zdradzali człowieka, z którym dzielili łóżko, inni ryzykowali życie, by pomóc obcej +osobie. Niezależnie od ideologii, ludzie mają w sobie i miłosierdzie, +i okrucieństwo. Nigdy nie można przewidzieć, która strona człowieka odsłoni się +przed tobą. +Miałem dwóch najlepszych przyjaciół, a trzech mężczyzn to już bywało +o dwóch za dużo. Jednemu dałem do przeczytania wiersze, moje pierwsze zapiski +o cierpieniu i samotności. Ufałem mu, bo miałem poczucie, że nienawidzi reżimu +całym sercem: był synem państwowego urzędnika, jego rodzina tak jak moja +została internowana, ratowaliśmy się nawzajem w rozpaczy, w kółko rozmawiając +o książkach. +– Jesteś moim pierwszym czytelnikiem – powiedziałem mu nieśmiało. +– A wcale że nie – odparł z błyskiem w oku. – Dałem twoje wiersze szefowi +naszego oddziału Sigurimi, bo słyszałem, że jest wielkim miłośnikiem poezji. +Odebrało mi dech z przerażenia, czułem, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. +– No dobra – ucieszył się kolega. – Żartowałem. +I wyciągnął z kieszeni mój notatnik. +Można powiedzieć – okrucieństwo, ale łączyła nas wtedy więź, której dziś nikt +nie zrozumie. Zaprzyjaźnić się z kimś oznaczało często zaryzykować życie. Jeśli +ktoś zebrał się na odwagę i zaczął narzekać na reżim, na zamordyzm, na + +beznadzieję, jego rozmówca szedł to zaraportować często dlatego, że był +przekonany, że taka szczerość musi być prowokacją Sigurimi. „Szczwany lis! – +myślał nieszczęśnik, idąc wydać nieszczęśnika. – Urządza mi test lojalności… Nie +ze mną te numery!” Szczerość była jak granat, który w każdej chwili może +wybuchnąć między dwojgiem ludzi. +Wyobraź sobie społeczeństwo, w którym największym ryzykiem jest bycie +sobą, nigdy nie możesz się przed nikim odsłonić. System miał wiele okrutnych +stron, ale teraz, gdy o tym myślę, wydaje mi się, że najgorszy był ten codzienny +terror. O niczym nie mogliśmy decydować – ani o tym, gdzie mieszkamy, ani +o tym, gdzie będziemy pracować, często nawet o tym, kogo będziemy kochać. +W żadnej sferze życia nie byliśmy wolni. Nie mogliśmy nawet powiedzieć +najbliższym, jak bardzo jest nam źle. +A skoro nie mogliśmy nikomu zaufać, nie mogliśmy też stworzyć żadnych +głębszych więzi. System wiedział, że prawdziwa przyjaźń mogłaby wzniecić bunt. +Wszystkie rewolty zaczynają się od tego, że ludzie myślą tak samo i że tworzy się +między nimi poczucie solidarności. Nic tak nie zagrażało reżimowi Hoxhy jak +solidarność i przyjaźń. +Przebaczenie +Tak, powiedzmy to wyraźnie, albański komunizm to było zbiorowe szaleństwo. +Żeby żyć dalej po takiej traumie, musieliśmy o niej jak najszybciej zapomnieć. +Tylko że przeszłość jest wszędzie, dźwigamy ją w sobie. Można o niej zapomnieć, +ale nie da się jej wymazać. +Najszczęśliwszym dniem mojego życia był ten, kiedy upadł system: 20 lutego +1991 roku w centrum Tirany obalono złotego Hoxhę. Wokół mnie ludzie płakali +z radości i z rozpaczy; drżeli zwłaszcza ci, którzy byli powiązani z władzą, bo +najbardziej ze wszystkiego bali się kary. A ja odzyskałem wolność podwójnie: +raz – bo dotąd byłem odizolowany w maleńkim kraju zwanym Albanią, dwa – bo +byłem wyrzutkiem społeczeństwa, kanalią, wszą. +I tak jak do tej pory czułem się wrogiem wszystkich, tak nagle stałem się +bohaterem, cała wieś pukała do moich drzwi, żeby mnie uściskać, nawet ci, którzy +wcześniej nie odpowiadali mi „dzień dobry”. Nie było w nas nienawiści do siebie +nawzajem, wszyscy czuliśmy, że wróg jest tylko jeden – reżim. Tłumy na ulicach +krzyczały: „Demokracja! Braterstwo! Solidarność!”. Byliśmy pijani wolnością, + +ogłupieni euforią. Myślałem, że teraz wszystko stanie się możliwe, że stworzymy +taką Albanię, o jakiej nawet nie ośmielaliśmy się marzyć. Ale w pierwszych +demokratycznych wyborach, w marcu 1991 roku, wygrali komuniści. Tyle jeszcze +było w nas niepewności i strachu, zwłaszcza na wsi… Dopiero rok później, po fali +strajków, kolejne wybory przyniosły zwycięstwo Partii Demokratycznej Salego +Berishy. Myśleliśmy, że jesteśmy już gotowi być wolnymi ludźmi, ale czas +pokazał, że się myliliśmy. +Entuzjazm wyparował całkowicie w 1997 roku, gdy po krachu piramid +finansowych wybuchła rewolucja obywateli przeciwko władzy, mała wojna +domowa i wielka narodowa klęska. Spadły maski, zapanowała czysta przemoc, od +przypadkowych strzałów i porachunków bandyterki zginęły dwa tysiące osób. +Lata mijały, a ofiary i kaci stali się tym samym: nowym albańskim +społeczeństwem. +W latach dziewięćdziesiątych odwiedzałem klub szachowy w Blloku +i grywałem tam ze starszym mężczyzną, który wyglądał nadzwyczaj przyzwoicie: +elegancki, stonowany, z sygnetem na palcu, prawdziwy dżentelmen starej daty, +gładki i pogodny jak dobrze odżywiony mors. Pewnego razu schował figury +i zagaił: +– Porozmawiajmy. Chętnie bym się o panu czegoś dowiedział. +Powiedziałem mu, że przez całe życie byłem prześladowany, że pracowałem +w kooperatywie, że mój ojciec spędził siedem lat w więzieniu. +– A pan, czym pan się zajmował? – spytałem. +– Pracowałem w Sigurimi. +Mało nie zerwałem się z miejsca. +– Grałem w szachy z funkcjonariuszem Sigurimi? +– A cóż w tym złego? – zapytał mężczyzna, składając palce w piramidkę. +Ręce zaciskały mi się w pięści. +– Gdybym cię spotkał w 1991 roku, mógłbym cię zabić! Tyle miałem w sobie +gniewu za zrujnowane życie! +– Mógłbyś – zgodził się mężczyzna – ale mnie nie zabiłeś. Może zasłużyliśmy +na to, by zginąć, ale nikt nie podniósł na nas ręki i już się was nie boimy. Koniec +końców demokracja przyniosła jedną dobrą rzecz: znowu uczyniła nas braćmi +i teraz – omiótł ręką salę – możemy tu sobie razem grać w szachy. +Nie poszedłem tam nigdy więcej. + +Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych trwała dyskusja o tym, czy ofiary +powinny wybaczyć swoim prześladowcom, pisarz Arshi Pipa stwierdził: „Tak. +Powinniśmy im wybaczyć. Ale jak mamy wybaczyć komuś, kto nie czuje się +winny?”. +Ponieważ w nowej demokratycznej Albanii nie ma winnych, nikt nie został +ukarany i nikt nie prosi o wybaczenie. + +Kruszy się twierdza +Albański komunizm był jak twierdza, z której murów codziennie odpadało kilka +kamieni. Albo jak podupadła drewniana chałupa z przegniłym dachem, pleśnią na +ścianach i zalanymi fundamentami, która, o dziwo, ciągle jeszcze stoi, choć wiatr +historii dmucha w jej ściany. +Najpierw zawalił się komin. Potem zawierucha zerwała okiennice i wybiła +szyby; w końcu zardzewiałe zawiasy nie utrzymały ciężaru drzwi. Kiedy z hukiem +runął dach, ludzie, którzy mieszkali w chałupie, sami nie wiedzieli, czy budynek +jeszcze stoi, czy już się zawalił. Czy można wyjść? Czy jesteśmy wolni? +Każdy Albańczyk ma własną datę końca komunizmu. +I każdy widział inne zwiastuny zmian. +– Idzie ku lepszemu – mówili ludzie, odkąd w 1987 roku Ramiz Alia pozwolił +trzymać po dwie owce na chałupę, ale tylko tej samej płci, żeby się nie rozmnażały. +– Idzie! – zgadzali się ci, którzy wreszcie mogli słuchać w radiu takich +ekscesów jak The Beatles. +– Coś się zmienia – wzdychali mieszkańcy Tirany na widok ekstrawaganckiej +młodzieży, która chodziła po ulicach rozchełstana, w jakichś skórach, w jakichś +dżinsach, po prostu Zachód i rozpusta. +– Jakby ktoś otworzył wieko studni i do środka po raz pierwszy wpadło +światło – mówili ci, którzy cieszyli się, gdy w 1986 roku rząd uruchomił pierwsze +międzynarodowe połączenie kolejowe łączące Tiranę z Titogradem, czyli dzisiejszą +Podgoricą. +Ale żeby społeczeństwo nie nabrało zanadto animuszu, Ramiz Alia, jak mógł, +starał się ograniczać entuzjazm, a gospodarka w stanie kompletnej zapaści bardzo +mu w tym sprzyjała. Jeśli już komuś udało się upolować ser lub masło, były tak +ohydne, że tracił chęć do życia. +Jedni mówią, że jaskółki zmian zaczęły ćwierkać wniebogłosy, gdy 17 sierpnia +1989 roku do Albanii przyjechała z prywatną wizytą Anjezë Gonxhe Bojaxhiu, +czyli Matka Teresa. Taki gość w ateistycznej Albanii! +– Dla mnie komunizm skończył się 4 listopada 1990 roku, kiedy ksiądz Simon +Jubani odprawił pierwszą mszę na cmentarzu katolickim w Szkodrze – mówi Denis + +Gila, syn Kitty Harapi, tej, która śpiewała włoskie piosenki. +– Jak 8 lipca 1990 roku zobaczyłam na ulicach w Kavai robotników +krzyczących: „Wolność!”, to pomyślałam: „Koniec! Koniec! Wreszcie koniec!” – +wspomina Bibika Kokalari. +Tego samego roku, ciemną grudniową nocą z Tirany zniknęły dwa pomniki +Stalina – to władza cichaczem szykowała przestrzeń do zmian, których nie mogła +zatrzymać. Dostojna dziesięciometrowa statua Envera Hoxhy wciąż stała na placu +Skanderbega, ale ręka złożona na plecach drżała nieco, a wiatr historii dął w poły +spiżowego płaszcza. +Wściekłość mieszkańców Szkodry, którzy 14 stycznia 1990 roku próbowali +przewrócić swój pomnik Stalina, była tak naprawdę wściekłością całego kraju. +Ośmieleni ich przykładem studenci z Tirany dwa tygodnie później wyszli na ulicę, +żądając usunięcia imienia Hoxhy z nazwy uniwersytetu i poprawy warunków +w akademikach. +Wreszcie 20 lutego 1991 roku pośród ludu skandującego na placu Skanderbega: +„Wolność! Wolność!” ktoś zarzucił pomnikowi wodza sznur na pierś. Zwarty tłum +jak kipiąca magma otoczył postument i ruszył, napierając, waląc, szarpiąc +i szturmując, aż po długich minutach furii i wrzawy posąg wreszcie zachwiał się +i zakołysał, zachybotał, coraz mocniej pochylił ku ziemi i naraz – łup! I naraz – +bum! I już! A ludzie rzucili się na zewłok i tratowali, kopali, pluli, i oczom nie +wierzyli, że oto u stóp ludu leży właśnie on! A potem triumfujące ręce pochwyciły +truchło z brązu i poniosły je przez plac, przez bijące euforią serce Albanii, +i załadowały je na ciężarówkę, by zawieźć do miasteczka studenckiego, do +głodującej młodzieży, która od dwóch dni żądała wolności dla całego kraju. +Patrzcie, studenci, oto przed wami rozłupana skorupa dyktatora!… +Ale jeszcze inni twierdzą, że system trafił szlag wcześniej, gdy pewien szalony +gość walnął ciężarówką w mur ambasady Niemiec i w jednej chwili ponad trzy +tysiące ludzi rzuciło wszystko, wbiegło na teren ambasady i zażądało +natychmiastowego wypuszczenia z Albanii. +Ten facet nazywał się Ylli Bodinaku i dobrze wiedział, co robi. + +Jak rozwaliłem berliński mur Albanii +Oglądaliśmy czasem we włoskiej telewizji domy z basenami i łamaliśmy sobie łby: +jak te zachodnie cwaniaki robią atrapy basenów? Bo propaganda wyła, że +wszystko, co pokazują obcy, to manipulacja urządzana po to, żeby nasz kraj +niezłomny osłabiać, i szczekała i skamlała tak donośnie, że nawet najmądrzejsi +dawali jej wiarę. +Więc kiedy po raz pierwszy wyjechałem na Zachód, w lipcu 1990 roku, to +miałem ochotę zawołać: „Zaraz, zaraz, jak to?! To wszystko naprawdę? Nie +żartowaliście z tymi basenami?”. Jechałem do Niemiec przez Szwajcarię, +z wysokości górskiej autostrady wgapiałem się w domy i wioski i głowy mi nie +starczało, żeby policzyć te błękitne plamy w dole. +I dlatego teraz siedzimy tutaj, przy moim własnym, niczego sobie basenie. +Kosztował mnie trzydzieści tysięcy euro, na kredyt, ale ja się pytam: co z tego?! +Mam sobie żałować? Trumien z basenem nie robią. Martwym się jest przez +wieczność, cierpienie dłuży się niemiłosiernie, a dobre życie przemyka jak strzała +w locie. +Osiem miesięcy torturowali mnie w celi numer dwanaście; katowali mnie +śledczy do zadań specjalnych, co znaczy, że i techniki mieli specjalne. I kiedy +siedziałem w tej betonowej klatce, skopany jak pies, kawałkiem blaszki litera po +literze wyryłem na drewnianym siedzisku: „Spełnię swoje marzenia”. Tak +postanowiłem. Cokolwiek będziecie mi robić, skurwysyny, wiedźcie, że mnie nie +złamiecie. Macie cały misterny system zaprojektowany, by zgniatać ludzi, a ja +mam swoją wolę. Ciało skręcało się z bólu, ale umysł jaśniał. +Bo wśród tych ludzi-cieni ja byłem tym, który ciągle kombinował i myślał. +Zrobić coś, cokolwiek! Uciec! Wysadzić w powietrze twierdzę komuchów! +Zburzyć mur! Zaprotestować! Choćby za cenę życia. „Jeśli życie ma być takie +nędzne – myślałem – dajcie mi chociaż umrzeć godnie!” +I dlatego zdecydowałem, że przebiję ciężarówką mur niemieckiej ambasady. +Wiedziałem, że najpewniej nie przeżyję tego szaleństwa, ale coś trzeba było zrobić. +Są ludzie, którzy żyją cisi i bierni, umierają i pamięć o nich ginie. A są tacy, którzy + +swoimi czynami przyspieszają bieg historii, zmieniają życie innych i zostawiają +ślad. +Ślad po mnie to dziura w murze i wyrwa w systemie. +Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Co pijemy, szampana czy czerwone +wino? Mam tutaj całkiem niegłupi rocznik 2010. +W połowie lat dziewięćdziesiątych zastukał do moich drzwi kelner z pobliskiej +restauracji i przestępując z nogi na nogę, powiedział: +– Ramiz Alia pana prosi. Dowiedział się, że pan tu mieszka, i chciałby zamienić +słowo… +O cholera, Ramiz Alia! Strażak, który gasił pożar. Kiedy objął władzę po +śmierci Envera, liczyliśmy, że coś się wreszcie zmieni. I rzeczywiście – system +złagodniał, to znaczy zabijał rzadziej i z większym namysłem. Alia nie mógł +zatrzymać transformacji, ale też nie próbował. Przeszliśmy od jednego systemu do +drugiego bez rzeki krwi właśnie dlatego, że Alia luzował cugle powoli i bez +wstrząsów. Jak na mój gust – za wolno. +No więc kiwnąłem głową i poszedłem za kelnerem. I jeszcze wziąłem swoją +raki, bo była lepsza niż ta w restauracji. +– W takim razie pij pierwszy. – Podsunął mi kieliszek ten stary komuch. +Wypiłem duszkiem, żeby sobie nie myślał. +– Nie zadałbym ci ciosu w plecy – powiedziałem – skoro miałem dość odwagi, +żeby własną głową przebić mur. +Ramiz Alia wychylił kieliszek i splótł dłonie na piersi. +– No właśnie… Dlaczego to zrobiłeś? +Jak żem nie ryknął: +– Bo was nienawidziłem! Bo całe życie cierpiałem! Bo największe pasożyty +zajmowały najlepsze stanowiska, a cała reszta nie miała co jeść! Bo mnie +wsadziliście do więzienia bez powodu! Bo mi wujka zastrzeliliście w 1946 roku! +– Aaa… – westchnął Alia. – To rzeczywiście zasłużyłeś na więzienie. +– A ty zasłużyłeś, żebym cię zrzucił z krzesła! +Ramiz Alia bez słowa wziął się do jedzenia. Zeżarł całego kurczaka, za którego +zapłaciłem, i wypił trzy podwójne kieliszki raki. A miał już swoje lata. +Najwidoczniej uważał, że złego diabli nie biorą. + +Urodziłem się w 1953 roku, siedem lat po śmierci mojego wujka, który był +policjantem w czasie włoskiej okupacji i za donoszenie na partyzantów został +w 1946 roku rozstrzelany. Mój ojciec z kolei walczył z faszystami, więc w naszym +domu gromadziła się cała partyzancka ferajna, ale to już komuchów nie +obchodziło. Kiedy trafiłem do więzienia po raz drugi, tym razem do Spaça, napisali +mi w papierach, że niechęć do systemu przejąłem po wujku. Tym, którego żem +nigdy na oczy nie widział… +Historia złego wujka rzuciła cień na całą rodzinę: ojciec, świeżo upieczony +profesor uniwersytecki, musiał zostać stolarzem i cała nasza siódemka – sześcioro +dzieci i mama – żyła z jego marnej pensji. +Mamę kochałem ponad wszystko. Z ojcem nie było mi po drodze, bo ta +degradacja całkiem go zrujnowała i bił nas niemożebnie, a przy moim charakterze +zawsze znalazł się powód. Pewnego razu wyskoczyłem przez okno, z pierwszego +piętra, żeby tylko uniknąć batów. Dałem w długą – i wyhamowałem przy +warsztacie samochodowym, właściwie przy nędznym garażu, w którym mechanik +reperował państwowe auta. Ten facet zmienił moje życie. +W gimnazjum uczyłem się nieźle, ale jako bratanek wroga ludu mogłem +zapomnieć o uniwersytecie, a poza tym ciągle mnie gdzieś nosiło. Gdyby nie +tamten mechanik, mądry, złoty człowiek, trafiłbym do więzienia znacznie +wcześniej, za pobicie albo za próbę ucieczki. Ale on dostrzegł, że duch się we mnie +szarpie, i całą moją energię skierował na samochody. Odtąd od rana do wieczora +przesiadywałem u niego i dłubałem w silnikach. +– Będziesz zdawał na prawo jazdy – powiedział mi raz. +– Zaczynasz pracę jako kierowca karetki – oznajmił mi później. +Przez całe moje komunistyczne życie byłem kierowcą, chyba że akurat +siedziałem w więzieniu. Pierwszy raz z przyczyny, że wyklepałem policjanta, który +wyraził się na temat mojej matki. Każdy ma swój kompas moralny i próg, którego +nikomu nie wolno przekroczyć – od matki psom wara! Poza tym albańskiemu +policjantowi wydaje się, że trzyma twoją duszę na smyczy. Musiałem mu +przylutować, żeby sobie przypomniał, że nie jest Bogiem. +Za obicie funkcjonariusza na służbie dostałem trzy lata i nie mogłem przeboleć, +że trafiłem za kratki właśnie przez taki ludzki, wręcz naturalny gest. Bo wcześniej, +powiem szczerze, wiele razy kiwałem system i wcale mnie nie namierzyli. +Jechałem, dajmy na to, w środku zimy ciężarówką pełną cementu przez górskie +drogi zasypane śniegiem, a że albańskie łańcuchy na koła gówno były warte, to po + +prostu wylewałem część ładunku. Albo przewożąc ziemniaki, sprzedawałem je po +drodze, aż ludziska skakali z radości. Albo w nocy zwoziłem sąsiadowi kamienie +znad rzeki i pomagałem mu stawiać dom. +Wszystko to było nielegalne, a więc bardzo ryzykowne, i ciągle czułem się jak +owca, na którą poluje wilk. Ilekroć chciałem skubnąć trochę trawki poza zagrodą, +musiałem się rozglądać, czy wilk nie szczerzy kłów. Ale w końcu z tych skubnięć +uzbierało się na telewizor, pralkę i lodówkę – czyli, można powiedzieć, opłacało +się. +Dwie rzeczy zmieniły moje życie – samochody i parasol. Pod koniec lat +siedemdziesiątych pracowałem jako kierowca w Ministerstwie Kultury i pewnego +razu zostawiła tam parasol córka Petra Marki, słynnego albańskiego pisarza, +o którym wiedziałem, że jest na celowniku tytułem rycia literaturą pod +fundamentami władzy. Złapałem ją na ulicy, oddałem parasol, a ona zapytała, czy +nie pójdę z nią na kawę. +Przy stoliku wyjęła papierosy. „No… – pomyślałem – nowoczesna +dziewczyna!” Piękna, kruczowłosa, charakteru miała za sto kobiet. Zakochałem się +od razu, gdy patrzyłem, jak kopci te faje. Jedyna paląca dziewczyna, jaką znałem! +Później powiedziała mi, że zarówno jej brat, jak i ojciec kiszą się w więzieniu. +Zaufałem jej, tak jak mężczyzna ufa kobiecie, którą kocha. +W tym czasie zacząłem pracę w kopalni w Krrabë, gdzie poznałem dwóch +kolegów, z którymi się zaprzyjaźniłem – jednym był Aleksandër Meksi, później, po +upadku komunizmu, pierwszy demokratyczny premier. Wszyscy trzej mieliśmy +dobre powody, żeby nienawidzić systemu. Ja za to, że od małego dostawałem +w dupę za wuja. Aleksandër dlatego, że poślubił kobietę ze złą biografią i chociaż +miłości mu nie brakowało, władza skutecznie obrzydzała mu życie. Bashkim +dlatego, że od najmłodszych lat tyrał w Krrabë, żeby mu rodzina nie wyschła +z głodu. Nienawiść w nas kipiała i często po cichu nakręcaliśmy się nawzajem, że +coś trzeba zrobić. +I uradziliśmy: wysadzimy budynek Komitetu Centralnego. Po prostu! +Napełnimy ciężarówkę dynamitem i wbijemy się nią w mur. Bashkim odpowiadał +w kopalni za dystrybucję i zabezpieczanie materiałów wybuchowych, więc dobrze, +on skombinuje ładunek. Aleksandër Meksi miał odrutować laski. Ja miałem być +kierowcą, który rozpędzi ciężarówkę i w ostatniej chwili, tuż przed zderzeniem, + +wyskoczy z kabiny. A potem nastąpi wielki wybuch, który zabierze do piekła +wszystkich tych diabłów. Wolałem umrzeć, niż żyć dalej w ich zaplutym systemie. +Powiedziałem o tym Arianicie, bo ją kochałem i chciałem, żeby przestała się +martwić o ojca i brata – kiedy rozwalimy Komitet, w Albanii upadnie komunizm. +Tak jej mówiłem, a ona zalewała się łzami i kiwała głową. +Następnego dnia poszła od razu do Sigurimi donieść, że znany jej Ylli Bodinaku +planuje zamach terrorystyczny. Myślała, głupia, że dzięki temu uda jej się +wyciągnąć rodzinę z więzienia. +Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że jest lesbijką. W komunistycznej Albanii nie +zostawiało się parasolów ot tak. Jestem pewny, że to wszystko zostało +wyreżyserowane, że podsunęli mi tę cwaną sztukę, bo czuli, że po wyjściu +z więzienia mogę być niebezpieczny. +Piękna córka słynnego pisarza… Pieprzona lesba! Niech ją piekło pochłonie. +* +Wysypywali ziemniaki na dno skrzyni, układali mnie na nich i przykrywali moje +ciało deską, a potem urządzali sobie spacery, tam i z powrotem. Ból był +obezwładniający, nieludzki. Wiązali mi łańcuchami ręce i nogi i trzymali mnie tak +przez dziesięć dni. Kiedy raz na dzień strażnik przychodził mnie rozkuć, żebym +mógł coś zjeść, błagałem go, by tego nie robił, bo gdy wracało krążenie, ból +rozsadzał ciało. Ale on nie słuchał, a potem na te spuchnięte przeguby znów +zakładał kajdanki. Cierpienie nie miało końca. +Nie wydobyli ze mnie nic. Sigurimi namierzyło Bashkima, ale cały czas +mówiłem, że ledwie go znam, a tak w ogóle to go nie znoszę. Wcześniej bywało, że +boksowaliśmy się czasem dla zabawy, ale śledczym mówiłem, że ten śmieć zbierał +ode mnie łomot na serio, bo sobie zasłużył. O dziwo, Sigurimi nie dotarło do +Meksiego. Może to była kwestia szczęścia, a może nie… +Gdyby któryś z nas się przyznał, rozstrzelaliby następnego dnia całą trójkę. +Bashkim miał swój rozum, więc powtarzał tylko, że jeśli kiedyś źle myślał +o systemie, to przez Freuda, którego czytał ukradkiem. To ten obrzydliwy Freud +namieszał mu w głowie! A ja w kółko mówiłem, że wszystko to wymyśliła +z zemsty Arianita, bo miała obsesję, że ją zdradzałem. +Zobaczyłem ją na sali rozpraw, gdy przyszła zeznawać jako świadek oskarżenia. +Trzęsła się tak bardzo, że sędzia zapytał ją, czy się denerwuje, czy wstydzi sądu. + +– Skoro nie wstydzi się kłamać w mojej obecności, jak miałaby się wstydzić +sądu? Trzęsie się, bo wie, że kłamie! – krzyknąłem. +Poza zeznaniem córki Petra Marki nie mieli nic. Dostałem więc tylko osiem lat +z paragrafu 55, za agitację i propagandę, to był paragraf dobry na wszystko. +Więzienie w Spaçu było jak z opowiadań Dostojewskiego o katordze i zimnie. +To był nasz własny, albański model archipelagu Gułag, zaprojektowany po to, żeby +nas wyssać i zniszczyć. Nie liczyło się życie ludzkie, liczyło się wydobycie. +Na szczęście gniłem tam tylko dwa lata, bo objęła mnie wielka amnestia z 1982 +roku, kiedy na wolność wyszli wszyscy z wyrokami poniżej dziesięciu lat. +Od razu poszedłem do domu Arianity. Otworzył mi Petro Marko, łysy +i wychudzony jak ja, bo jego także wtedy wypuścili. Zawołał córkę i zniknął. +A gdy Arianita stanęła w drzwiach, najpierw spojrzałem jej w oczy, a potem +wymierzyłem jej porządny policzek. +– W więzieniu myślałem wyłącznie o tym, że cię zabiję, ale Hoxha nas +wypuścił, więc za to, co mi zrobiłaś, dostaniesz tylko w twarz. +Nie widziałem jej nigdy więcej. +Zanim walnąłem w mur, powiedziałem żonie: +– Kochanie, najpewniej umrę. +Co mi odpowiedziała? Teraz to już bez znaczenia. Skoro nie bałem się państwa, +to nie mogłem cykać się własnej żony! +A przyjaciołom oznajmiłem: +– Cokolwiek się zdarzy, pierwsze, co robicie, to wnosicie mojego syna na teren +ambasady! +Bo mój młodszy miał wtedy tylko trzy miesiące. +Dostałem cynk od kolegi, który dostał cynk od pracownika niemieckiej +ambasady, że jest jedno miejsce, gdzie można łatwo przeskoczyć mur i dostać się +do środka. Pracownicy puszczali zajączki, żeby nam to miejsce pokazać, no ale +właśnie tam kołkiem stali strażnicy. Więc razem z kolegą, który też był kierowcą, +uradziliśmy, że zamiast przeskakiwać mur, spróbujemy go rozbić ciężarówką. +Wybraliśmy datę: 2 lipca 1990 roku. +Było nas czterdzieści osób: trzydzieści osiem na pace, ja z kolegą w kabinie, +plus skołowany, beczący ze strachu baranek, którego wziąłem w nadziei, że jednak +będzie co świętować. Większym wyzwaniem niż przebicie muru było +zgromadzenie tylu osób, które by nas nie wsypały. Wszyscy wiedzieli o planie + +wcześniej, a nikt nie puścił pary z ust. Czterdzieści osób i ani jednego szpiega! +Byliśmy gotowi zginąć, byleby tylko uciec z kraju. Pod koniec lat osiemdziesiątych +cofnęliśmy się do średniowiecza – fabryki stały tygodniami, brakowało benzyny, +ludzie jeździli wiejskimi furmankami. Marzyliśmy o tym, żeby się porządnie +najeść. +Obmyśliłem wszystko dokładnie, wcześniej dwukrotnie przeszedłem wzdłuż +muru, macałem, stukałem, próbowałem oszacować jego grubość i kombinowałem: +„Jak to zrobić, do licha ciężkiego?”. Ściana była wysoka na trzy metry i solidnie +gruba. Policzyłem kroki od zakrętu, żeby wykalkulować, jaka powinna być +prędkość samochodu w momencie zderzenia. +Tak, bałem się śmierci, ale o tym nie ma co gadać. +Przy obwodnicy, mniej więcej na wysokości skrzyżowania z 21 Grudnia, moja +ekipa wysypała się z ciężarówki i dalejże pognała ku ambasadzie, a ja z kolegą +wjechałem w ulicę Kavai, a potem w Naima Frashëriego. W zakręt wszedłem na +pełnym rozpędzie, ciężarówka aż się położyła, po czym przygazowałem do +siedemdziesiątki. Mój kolega kierowca, który do tej pory mnie nawigował, nagle +stracił dech. +Strażnik patrolujący teren przy ambasadzie ryknął: „Stój!”, i oddał +ostrzegawczy strzał w powietrze, ale ja zawołałem tylko: +– Spieprzaj! Jadę do Niemiec! +W takich chwilach instynkt samozachowawczy mówi ci: „Co robisz, idioto?! +Ratuj się!”, ale ja walnąłem ciężarówką w ten gruby mur właśnie dlatego, że tak +bardzo chciałem żyć. I dlatego, że całym sercem nienawidziłem reżimu. To był mój +odwet za lata upokorzeń i cierpień. „Za wolność – myślałem – warto nawet +umrzeć”. +Wielki kawał betonu walnął w przód ciężarówki, a potem rozorał mi ramię +i bark. Spójrz na tę bliznę, to moja linia życia. Posypało się szkło z przedniej szyby, +krew się lała, ale nic nie czułem, bo adrenalina rozsadzała mi głowę. Pomyślałem +tylko, że gdyby ten kawał betonu uderzył mnie w skroń, już bym nie żył. +Przebiliśmy mur i w chmurze pyłu wyszedłem z ciężarówki na miękkich nogach. +Po chwili przez dziurę wbiegła cała moja ekipa. Wieść rozniosła się natychmiast, +ludzie z okolicy rzucili wszystko i biegli do ambasady. Nie wiadomo kiedy na +dziedzińcu znalazło się ponad trzy tysiące osób, przez kilka dni się schodzili, bo +niemieccy dyplomaci powiedzieli komendantowi policji, żeby spadał na drzewo. + +Igły nie można było wetknąć… Tak byliśmy zdesperowani. Tak bardzo chcieliśmy, +żeby system runął. +* +„Zburzyliście berliński mur Albanii! – winszował nam faksem ówczesny minister +spraw zagranicznych Niemiec Hans-Dietrich Genscher. – Jesteście jaskółkami +zwiastującymi wiosnę dla narodu albańskiego, bohaterami demokracji”. +Do rzeczy napisał! Ulokowali mnie w pokoju ambasadora i pierwszy raz +w życiu zobaczyłem, jak wygląda kominek. W wielkim telewizorze przełączałem +kanały zagranicznych stacji i nie mogłem uwierzyć, że świat naprawdę tak +wygląda. Czułem, jak zalewa mnie wściekłość za te wszystkie stracone lata, za te +dekady upokorzeń i nędzy! Zrozumiałem, czym była albańska propaganda. „Jak +wspaniale jest w Albanii zdychać z głodu!” – to nam mówili przez lata. +Po prawdzie podobny numer zrobili już inni: 20 czerwca jeden gość przeskoczył +przez płot ambasady Grecji, potem kilka osób ciężarówką rozwaliło bramę +u Włochów, później dwunastu gości znalazło schronienie u Turków. Jacyś kretyni +dostali się nawet na teren ambasady Kuby, tyle że zaraz ich stamtąd pogonili. Ale +dopiero jak walnąłem ciężarówką w mur u Niemców, to w ludziach coś pękło +i szturmem ruszyli na wszystkie możliwe ambasady, do Greków, do Włochów, do +Czechów, do Polaków! A zagraniczniaki sami im pomagali przełazić przez płot +i zaraz wystawiali paszporty. Oni rozumieli, że po tylu latach w bunkrze wolność +nam się po prostu należy. +Ponad trzy tysiące ludzi z naszej ambasady zaraz dało nogę do Niemiec, a ja wraz +z nimi. Wkrótce po przyjeździe zobaczyłem przy drodze faceta, który musiał +zmienić koło i czekał jak ten stóg siana, aż ktoś mu przywiezie narzędzia. +Zatrzymałem się i własnymi rękami zrobiłem wszystko szast-prast. Facet oniemiał +i polecił mnie znajomemu, który robił w fabryce Mazdy. No i dobrze, pracuję sobie +tam, pracuję, wszystko elegancko, zasady, rygor niby tak jak trzeba, ale serce rwie +się do Albanii. Więc kiedy zachorowała mi matka, postanowiłem wrócić. Bo tak +jak nienawidziłem reżimu, tak kochałem swój kraj i kocham go nadal, bardziej niż +te łajdaki w parlamencie. +Miałem kapitalistyczny łeb w komunistycznej Albanii, więc w nowym systemie +ciągnął do mnie pieniądz. Najpierw sprzedawałem samochody z Niemiec, później + +otworzyłem pierwszy zakład mechaniczny, potem kupiłem fabrykę oliwy, potem +drugi zakład, później opchnąłem ziemię, i tak się to kręciło. Teraz nie narzekam, +zresztą zaraz ci wszystko pokażę, mam całkiem niezłe kino domowe i wspaniały +kurnik na dachu, wielki taki, z perliczkami, zaglądam do nich kilka razy dziennie. +Ale jak wróciłem do kraju w 1994 roku, to zrozumiałem, że lekko nie będzie, bo +na powitanie kazali mi zapłacić za zniszczoną państwową ciężarówkę. Tę, którą +przebiłem mur. +– Dobrze – powiedziałem – zapłacę, ale dajcie mi zaświadczenie za co +dokładnie, z opisem zdarzenia. +Zrobiłem to, żeby mieć na papierze, że system się zmienił, ale Albańczycy +pozostali głupi. + +Tonący okręt +W listopadzie 1989 roku Europa patrzyła, jak Niemcy rozwalają w drobny mak +berliński mur, a w grudniu Ramiz Alia oznajmił Albańczykom: „Tym, którzy +pytają, czy podobne zmiany czekają nasz kraj, odpowiadamy jasno i kategorycznie: +Nie, zmian nie będzie”. +Tymczasem Albania sama z siebie rozsypywała się w proch. Fabryki stanęły, +pługi orały ziemię, ludzie ręcznie obsiewali pola. Jedni uciekali przez góry do +Grecji, drudzy próbowali przekroczyć granicę z Jugosławią, trzeci szturmowali +ambasady. W marcu 1991 roku pierwszy statek z dwudziestoma tysiącami +uciekinierów zawinął do Brindisi. Ludzie płynęli ku ziemi obiecanej na +czymkolwiek, co mogło poruszać się po wodzie, uruchamiali silniki +zdezelowanych motorówek, konstruowali prowizoryczne tratwy, wiosłowali +w przerdzewiałych łódkach, wszystko po to, by zawitawszy do wyśnionych +włoskich portów, zderzyć się z realiami: „Nikt was tutaj nie chce, wracajcie do +domów”. +A potem przyszedł pamiętny 7 sierpnia 1991 roku, kiedy tłum zgromadzony +w porcie w Durrës wdarł się na pokład statku Wlora, który właśnie zakotwiczył +z załadunkiem bratniego cukru z Kuby. Ludzie tysiącami wdrapywali się na +pokład; w końcu najbardziej zdesperowani sterroryzowali kapitana i zmusili go, by +uruchomił silnik. +– Płyńmy do Szwajcarii, do Niemiec! – krzyczeli niektórzy, bo nie wiedzieli, +gdzie te kraje leżą. +– Płyńmy do Włoch! – krzyczeli inni, bo nie przypuszczali, co ich tam czeka. +– Myślałem wtedy: „Uciec, uciec, choćby nie wiem co, wydostać się z kraju, +z tonącego okrętu. Popłynąć do tej włoskiej szczęśliwości, którą przez tyle lat +oglądaliśmy na lewo, pod strachem”. +Nazywam się Ritmir Maloku i po tym, co mnie spotkało, nigdy więcej nie +wyjechałem z kraju. +Pochodzę z Durrës, ktoś mi powiedział, że zabierają statkiem ludzi do Włoch, +więc zaraz pobiegłem do portu i wdrapałem się na Wlorę. Byłem smarkacz, miałem +ledwie osiemnaście lat, statek wydawał mi się długi i wielki. W domu cokolwiek + +rodzice powiedzieli, zawsze się słuchałem, a tutaj nagle znalazłem się wśród +obcych, z których każdy marzył o innym kawałku świata i każdy był gotowy na +wszystko, żeby dotrzeć do celu. O dwunastej w południe przysiadłem na pokładzie +i patrzyłem, jak tłum pode mną puchnie, było nas coraz więcej i więcej, tak jak ja +ludzie czepiali się masztów i lin, żeby tylko dostać się na górę. Miałem wrażenie, +że cała Albania chce wsiąść na pokład i uciec. Wszyscy się pchali, napierali, +wrzeszczeli, statek rozszerzał się do niebotycznych rozmiarów, nikt by nie +powiedział, że pomieści dziesięć tysięcy ludzi, a może nas było dwadzieścia +tysięcy… „Niechże ta Wlora wypłynie – myślałem – niechże wypłynie, bo się tu +zaraz zadusimy, stratujemy, potopimy…” Ale nie, godziny mijały, a statek stał +i stał. Ludzie tracili siły, wypuszczali z rąk liny i spadali do wody, a kolejni +śmiałkowie wdrapywali się na ich miejsce i wydawało mi się niemożliwe, że ten +statek kiedykolwiek ruszy, wydawało mi się niemożliwe, że to przeżyjemy. +W końcu o osiemnastej syreny zawyły. Nikt nas nie zatrzymywał. +Teraz wiem, że ludzie sterroryzowali kapitana śrubokrętem, że po prostu +porwali Wlorę, ale wtedy nie miałem o tym pojęcia. Nie myślałem za dużo. +Chciałem tylko, żebyśmy odpłynęli i nigdy nie wrócili, i ucieszyłem się, kiedy +poczułem na twarzy wiatr. +Ciemność i fale kołysały mnie miarowo i w pewnym momencie nie wiedziałem +już, czy mi się śni, że stoimy, czy rzeczywiście statek stanął. Był środek nocy, gdy +ludzie wokół zaczęli krzyczeć: „Co jest, cholera?!”. Tysiące ludzi na pokładzie, ale +nikt nic nie wie. Ktoś zaczął wymachiwać bronią, ktoś wołał: „Czy jest na +pokładzie mechanik?”. Stara, zardzewiała Wlora nie potrafiła tak po prostu +przeprawić się przez Adriatyk albańskiej rozpaczy. +Nie wiem, kto naprawił silnik, ale po kilku godzinach znowu ruszyliśmy. Statek +płynął powoli, jakby się ociągał. Ludzie bawili się bronią, ktoś strzelał +w powietrze. Z ust do ust niosły się słowa: „lepsze życie”. Do tej pory zwykła +podróż z Durrës do Tirany była wielkim przedsięwzięciem i udręką, a tu nagle +znaleźliśmy się na statku płynącym do innego świata… +Przez całą drogę latał nad nami helikopter. W końcu ktoś nie wytrzymał i rzucił +w górę klapkiem. Potem drugim. Kiedy helikopter zniknął, wiwatowaliśmy, +jakbyśmy odnieśli pierwsze zwycięstwo. +Podróż trwała wiele godzin, bo Wlora ledwie zipała – tak samo jak Albania. +Przez cały ten czas ludzie nie mieli dostępu do toalet ani do prysznica, jedli i pili +tylko to, co wzięli ze sobą. Wyobraź nas sobie po tylu godzinach, niespokojnych, + +głodnych, zmęczonych, brudnych… A przecież wszystko, co złe, było dopiero +przed nami. +Kiedy się okazało, że Włosi nie chcą nas wpuścić do portu w Brindisi, +popłynęliśmy do Bari. Wszyscy krzyczeli: „Italia!”. A potem, czekając w porcie na +decyzję Włochów, ludzie zaczęli po prostu zeskakiwać z pokładu, jeden po drugim, +jak kamienie w wodę. Skakali z wysokości dwudziestu pięciu metrów, bo +wydawało im się, że już tylko tyle dzieli ich od włoskiej ziemi, ziemi obiecanej, +upragnionej… Wyławiała ich z wody policja nabrzeżna. +W końcu pozwolono Wlorze zakotwiczyć. Wszyscy tłoczyli się niemożebnie, +pchali, krzyczeli, byle szybciej, szybko, prędzej! Niektórzy schodzili po linach +cumowniczych, inni spadali do wody, bo ktoś obok ich zepchnął. Przed nami stał +szpaler żołnierzy, nieruchomych, uzbrojonych, gotowych do strzału. A za nimi +stały autobusy. Po raz pierwszy odetchnęliśmy. +Tyle że autobusy zawiozły nas od razu na stadion w Bari. +Co, u licha? Płynęliśmy całą noc, obracając w ustach słowo „wolność”, a Włosi +wysyłają nas na stadion, do zamkniętej klatki? Ej! My chcemy być wolni! Ludzie! +Przecież przypłynęliśmy tutaj po lepsze życie!… +Zamknęły się za nami bramy stadionu. Znowu byliśmy w potrzasku. +Włosi zrzucali jedzenie z helikopterów – albo plastikowe torebki z małymi +hamburgerami, albo większe torby z porządniejszą wałówką. Tyle że ludzie byli +tak ciasno stłoczeni, że ledwie się mogli schylić, kiedy coś upadło. Ja byłem +nieduży, drobny, więc przemykałem im między nogami i zgarniałem, co +wylądowało u ich stóp. Jedzenie zrzucano raz na jakiś czas, więc ktokolwiek miał +szczęście coś zjeść, ten zjadał, a reszta czekała na kolejny zrzut. +Dlatego tak walczyli o te paczki. Ktoś pochwycił wielką torbę, a ktoś nie zjadł +wcale. Jedzenia ciągle brakowało, więc upolowanie czegoś stało się naszą obsesją. +I tak minął pierwszy dzień i drugi. Potem trzeci, czwarty… +Ludzie spali na gołej ziemi, na trawie. Za dnia nudzili się okrutnie, więc +kombinowali, co by tu porobić. W końcu znaleźli magazyn z ubraniami, włamali +się do niego, zabrali buty, koszulki, dresy… Każdy chciał wyrwać cokolwiek dla +siebie, wyszarpywano sobie szmaty z rąk, szwy się pruły, a my walczyliśmy +zażarcie, dopóki nie ogołociliśmy calutkiego magazynu. +Zdobywcy byli bardzo zadowoleni, że chociaż jedną koszulkę przywiozą z tych +cholernych Włoch, a reszta musiała obejść się smakiem. +Ale co dalej? Dzień znowu dłużył się niemiłosiernie, słońce paliło nam głowy. + +Z nudów ruszyliśmy na zwiedzanie stadionu. Ktoś znalazł motorowery, ktoś +pistolety startowe, więc dalej, hajda, huk i fru! Ruszyły albańskie zawody +motorowerowe na stadionie w Bari… Ludzie jeździli jak oszalali, tylko pył się +niósł, tam i z powrotem, tam i z powrotem, póki nie skończyła się benzyna. +A kiedy się skończyła, podpalili motorowery. Żeby cokolwiek się stało. Żeby +ktokolwiek się nami zainteresował. +Rósł w nas gniew, rosła desperacja… Dzień po dniu cofaliśmy się w jakieś +przedziwne zezwierzęcenie, w pierwotną przemoc. Ktoś wyrwał mi kanapkę +z dłoni, z mojej dłoni! Patrzyłem oszołomiony na twarz człowieka, który pochwycił +mój chleb. „Do tego już doszło, że ludzie zaczęli wyrywać sobie jedzenie?! – +myślałem. – Jak to łatwo przyszło…” +Kiedy spałem, ktoś ukradł mi buty. Ludzie kradli sobie nawzajem buty, bo nie +chcieli wracać do Albanii z niczym. Żeby tylko coś przywieźć, żeby to wszystko +nie było zupełnie na darmo… +Dlatego po jakimś czasie podzieliliśmy się na grupy: ci z Tirany, ci z Durrës, +z Lushnji, z Elbasanu. „Swoi” trzymali się ze „swoimi”, „swoi” chronili „swoich”. +Bo nastroje robiły się coraz gorsze, ludzie zaczęli się nawzajem okradać, w ruch +poszły pięści. +Czy to nie dziwne? W sytuacji kryzysowej instynktownie odtworzyliśmy +strukturę plemienia. Tylko w obrębie naszych grup czuliśmy się bezpiecznie. +A przecież wszyscy byliśmy Albańczykami, braćmi… +Ludzie stracili nadzieję, że wydostaną się poza stadion. Wiedzieli, że wkrótce +Włosi odeślą nas do kraju. Zaczęliśmy więc demolować wszystko, ławki, +barierki… W tej szarży na stadion były rozpacz i wściekłość, to był ostatni akt +odwetu, zanim wrócimy do naszej albańskiej beznadziei. Trofeum dla +zrozpaczonych ofiar po przegranej bitwie. +Kilkanaście tysięcy nas było na stadionie, siedzieliśmy tam bez możliwości +umycia się, przebrania, odcięci od świata, jak w jakimś rezerwacie dla dzikich +zwierząt, jak w Albanii… +Kilku osobom udało się wspiąć na stadionowy maszt i zobaczyć miasto. +Opowiadali, co widzieli: przepiękne kolorowe kamienice, wspaniałe czarne +latarnie, witryny sklepów, dziewczyny w eleganckich sukienkach… Ludzie +dostawali szału z rozpaczy, że nie mogą nawet spojrzeć na to piękno. Krzyczeli: +„Na cholerę ta męka! Na co nam było ryzykować… Traktują nas gorzej niż +w Albanii!”. + +Ale byli też tacy, którzy w jednej szatni znaleźli prześcieradła, zrobili z nich +liny, spuścili się z ogrodzenia stadionu i uciekli! +Siódmego dnia ludzie byli już tak wściekli i głodni, że zaczęli napierać na +bramę, ale policjanci tłukli pałkami w ręce wyciągające się przez kraty. +Krzyczeliśmy: „Wypuśćcie nas albo odeślijcie do kraju! Nie zniesiemy tego +dłużej!”. +Nie mogliśmy uwierzyć, że gdzieś może być gorzej niż w Albanii. W tym kraju, +który miał być rajem… Nie wiem, kto to powiedział, ale miał rację: że piekło to +stać u bram raju i nie móc do niego wejść… +W końcu wybrali kilkadziesiąt osób i zapakowali je do autobusów. Rozeszła się +wieść, że odsyłają nas do Albanii. Coś w nas pękło. Już nie mieliśmy nic do +stracenia. Wielką masą naparliśmy na bramę stadionu i brama wreszcie puściła. +Ludzie zaczęli walczyć z żołnierzami, ale nie mieli żadnych szans. Ktokolwiek +zbliżył się do Włochów, zaraz dostawał pałką. Wreszcie wpakowali nas do +autobusów. Jeden był tak naładowany, że zaraz się zepsuł. Do drugiego weszło tyle +osób, że poleciały szyby. +Obraz nędzy i rozpaczy. Jak na tej nieszczęsnej Wlorze. +Byłem tak strasznie, strasznie głodny… Po dziesięciu dniach walki +o przetrwanie nie miałem już sił. Włoskie władze próbowały nas skusić pieniędzmi, +żebyśmy tylko dobrowolnie wrócili do Albanii, ale za jakie pieniądze ktoś +zgodziłby się opuścić ziemię obiecaną? +Nie wiedzieliśmy, dokąd nas zabierają. Ale jeszcze mieliśmy nadzieję… +A oni po prostu przetransportowali nas na lotnisko. Wiedziałem, że wokół +stadionu rozpościera się coś pięknego, i co? Mogłem na to popatrzyć tylko przez +chwilę, z okien autobusu. +Włosi trzymali nas na stadionie przez dziesięć dni, bez żadnego planu, bez +żadnego celu… Mogli potraktować nas jak ludzi, ale zrobili z nas zwierzęta. Na +koniec sami dla siebie staliśmy się wrogami. Wracałem do Albanii bosy, +sponiewierany i bosy… +Nigdy więcej nie wyjechałem za granicę. Moje marzenie o wolności i o lepszym +życiu zostało zniszczone. Próbowałem raz i postanowiłem: nigdy więcej takiego +upokorzenia. Wolę cierpieć w Albanii, niż dawać się poniewierać obcym. Dopiero +za granicą zrozumiałem, czym jest nienawiść. Co znaczy patrzeć w oczy ludziom, +którzy cię nienawidzą. Oni nie widzieli we mnie człowieka i ja sam przez chwilę +przestałem czuć się człowiekiem… + +Kolejnym statkom z Albanii nie pozwolono nawet wejść do portu. Stały po kilka +dni na redzie, Włosi nie wysłali im jedzenia, więc zdesperowani ludzie rozpruwali +worki zarobaczonej mąki, które znaleźli pod pokładem, i z tej mąki piekli placki. +Cierpieli jeszcze bardziej niż my. Najbardziej zdesperowani skakali do wody, wiele +osób utonęło. +Po powrocie sąsiedzi pytali mnie: „Co widziałeś?”. „Nic”, odpowiadałem +zgodnie z prawdą. „A co robiłeś?” „Przez dziesięć dni walczyłem z innymi +ludźmi”. „To z czym wróciłeś?” „Z niczym. Ale ukradli mi buty”. Tak się skończył +mój włoski sen. +Tak, myślałem, że Albania była piekłem… Ale piekło to stać u bram raju i nie +móc do niego wejść. +Sześć lat później, gdy Albanię ogarnęły masowe zamieszki, nazywane także wojną +domową, kto mógł, znów próbował za wszelką cenę wydostać się z kraju. 28 marca +1997 roku z portu we Wlorze wypłynął niewielki statek Katër i Radës, na którego +pokładzie znajdowało się ponad sto osób, w tym czterdzieścioro dzieci. Gdy statek +zbliżał się do włoskich wód terytorialnych, został namierzony przez łódź patrolową +Zefirro i dostał polecenie nawrotu. Ale Katër i Radës płynął dalej. Wtedy włoskie +dowództwo wezwało ważący dwadzieścia razy więcej od niego okręt wojskowy +Sibilla, stworzony do manewrów zastraszających. Kapitan Sibilli najpierw uderzył +dziobem w prawą burtę Katër i Radës, a potem odpłynął, zgasił światła i z całą +mocą silników staranował w ciemnościach niewielką łódź. +Katër i Radës momentalnie zatonął. +Zginęły osiemdziesiąt dwie osoby, niemal wyłącznie kobiety i dzieci, stłoczone +pod pokładem. Ocaleli tylko ci, którzy w chwili pierwszego uderzenia znajdowali +się na pokładzie i wpadli do wody – dwie kobiety i trzydziestu dwóch mężczyzn. +Ojcowie i mężowie patrzyli, jak statek, który miał przynieść ocalenie, zamienia się +w trumnę dla ich żon i dzieci. +Po wielu latach procesu dowódcę Sibilli, kapitana Fabrizia Laudadię, skazano +na trzy lata więzienia. +Dowódcę Katër i Radës, Albańczyka Namika Xhaferiego, włoski sąd uznał za +bardziej winnego. Dostał cztery lata. + +Czerwona puszka +Teraz już tak nie ma, ale kiedyś każdy Albańczyk miał swój kraj wyryty na twarzy, +na zapadniętych policzkach, na zniszczonych rękach. Ubrani byliśmy byle jak, +drobni, chudzi przez lata niedożywienia. Jak w 1992 roku zatrudnili mnie do roboty +na przejściu granicznym w Kakavii, to zawsze wiedziałem, kto jest Albańczyk, +a kto Grek, bo te lata komunizmu myśmy mieli odciśnięte w ciałach, każdy z nas +był jak palec. +Kiedyś marzyłem, żeby stąd uciec, a teraz stałem i strzegłem granicy. I tłumy +szły, tłumy się chciały wydostać. Ci, którzy mogli, szli oficjalnie, ale nie było to +łatwe, bo kto by chciał u siebie Albańczyków? A ci, którzy nie mogli, szli na +skróty, to znaczy dłuższą drogą, przez góry, straszliwą, mozolną. Każdy, kto miał +choć odrobinę odwagi, szedł, żeby odmienić swój los, bo myśmy byli złaknieni +świata i życia i ten nasz głód zamieniał się w dzielność, która pchała do przodu. +Wszystko nas dziwiło… Po drugiej stronie tyle światła, tyle kolorów, +dziewczyny tak pięknie ubrane, że miałeś ochotę je dotknąć tylko po to, żeby się +upewnić, że istnieją naprawdę. Kursowaliśmy między dwoma światami +przedzielonymi granicą, która kiedyś była drutem kolczastym, a teraz zamieniła się +w mur z papierów i pieczątek. +I ja strzegłem przejścia po jednej stronie, a po drugiej stronie na plastikowych +krzesełkach siedzieli syci Grecy, radośni jak szczypiorki na wiosnę. Ja greckiego +nie znałem wtedy ni w ząb, więc tylko patrzyłem, jak kilka kroków dalej rechoczą +i piją kawę moi koledzy z pracy, co nie pogadasz z nimi, choćbyś chciał. +I raz jeden z nich, to moje greckie lustrzane odbicie, zawołał na mnie, skinął +i zaczął iść w moim kierunku. Zobaczyłem, że trzyma w ręku czerwoną puszkę. +Grek trzymał w ręku czerwoną puszkę! +„Ożeż!”, pomyślałem i ze strachu aż zastygłem, bo w dzieciństwie dziadek mi +opowiadał, że Włosi zrzucali na Albanię bomby w czerwonych puszkach. +„Chce mnie zabić! – przyszło mi do głowy. – Za co?!” +Chociaż nie, wtedy chyba w ogóle nic nie pomyślałem, tylko patrzyłem na tę +czerwoną puszkę w jego dłoni. Grek się do mnie zbliżał, ja się odsuwałem. Grek +jeden krok w moją stronę, ja dwa kroki za siebie. Drżałem. Po prostu dygotałem + +cały. W końcu Grek zrozumiał, że się boję. Pokazał, że puszka ma srebrzystą +zawleczkę, trzeba ją pociągnąć i wtedy się otwiera. +Zawleczka! W te pędy uciekłem. +Syknęła bomba w rękach Greka, ale on spokojnie przyłożył jej krawędź do ust +i zaczął pić. A potem postawił puszkę na chodniku, pokazał mi ją palcem i odszedł +kilka kroków. +Zbliżałem się do niej powoli, obserwując Greka, a ten patrzył na mnie uważnie. +Uniósł przechyloną dłoń do ust, jakby pił. +Wziąłem puszkę do ręki. Zimnym brzegiem metalu dotknąłem ust. Napiłem się. +Westchnąłem. +Kiedy Grek zobaczył, że się uśmiecham, zaczął płakać. Wszystko zrozumiał. +A ja pokazałem brzuch. Że dobre. Boże, jakie to mi się wtedy wydawało pyszne! +Jakbym pił coś nie z tego świata. +A potem Grek został moim przyjacielem, ja nauczyłem się greckiego i kiedy +kilka lat później opowiadaliśmy tę historię w jego rodzinnej wsi pod Joaniną, +o tym, jak się bałem puszki coca-coli, jak strasznie odizolowani byliśmy, ludzie, +którzy nas słuchali, mieli łzy w oczach. Tak jak ty teraz. +No, nie ma co płakać. Życie jest tylko jedno! Dziwisz się, że się bałem? +Wyobraź sobie, że przez trzydzieści lat siedzisz ciągle w jednym pokoju. Co ty +wiesz o życiu? Wszystkiego się boisz, wszystko cię zaskakuje. Boisz się podejść do +puszki coli, bo skąd masz wiedzieć, co to takiego? Wiesz tylko tyle, ile ci ktoś +powiedział. Trochę bzdur i litanię kłamstw. +Przez lata byłem tak strasznie biedny. Przez całe dzieciństwo siłowałem się +z głodem. Nie wiedziałem, co to wino, cytryna, mięso. Płakałem z głodu. Matka +patrzyła na mnie i sama płakała. Dawała mi pół kromki chleba, bo więcej nie +mogła. Nie mieliśmy butów… Nie mieliśmy butów ani latem, ani zimą. Nie +mieliśmy kurtek. Byłem głodny i było mi zimno, tak pamiętam dzieciństwo. Nie +żyłem. +Dopiero teraz żyję, teraz, gdy mogę siedzieć z tobą przy stole i pić wino. +Dzieciom coca-coli nie daję, bo to świństwo. Czasem, gdy mi wiercą dziurę +w brzuchu albo gdy narzekają, to im opowiadam, jak to kiedyś było. Żeby +wiedziały, jakie mają szczęście. Mówię im tyle, ile trzeba, póki nie zaczną płakać. +Przez te historie stały się bardzo wrażliwe na krzywdę innych. Wszystko rozumieją +w lot. Jak widzą kogoś biednego, to zaraz lecą do mnie, czy nie mamy czegoś do +jedzenia. + +Pamiętaj, nie ma co płakać. Trzeba się cieszyć, że możemy jeść, śmiać się +i rozmawiać. Teraz wreszcie żyjemy, tym jednym krótkim życiem. + +Podziękowania +Pisanie tej książki nabrało dla mnie nowego znaczenia, gdy zdałam sobie sprawę, +jak ważne dla ofiar reżimu jest to, by ktoś ich wysłuchał. Niektórzy z moich +rozmówców wydali już własne wspomnienia, inni mówili o swoich +doświadczeniach po raz pierwszy. Łatwiej było słuchać ludzi, którzy opowiadali +o przeszłości z suchymi oczami. Ale to do spotkań, na których płynęły łzy, +najczęściej wracam myślami. Po 1991 roku wielu moich rozmówców ułożyło sobie +życie, założyło rodziny i warstwę bólu przykryła nowa warstwa spokoju +i osobistego spełnienia. Dla innych cierpienia sprzed lat są tak wyraziste, jakby +skończyły się wczoraj. Boli ich brak rozliczeń, brak rekompensat i poczucie, że +w dzisiejszej Albanii zbrodniczość dawnego systemu nikogo nie obchodzi. +„Mam już po dziurki w nosie opowieści o komunizmie” – mówili czasem +młodzi ludzie, usłyszawszy, czym się zajmuję. Ale gdy pytałam ich o podstawowe +fakty – komunistyczne więzienia, rolę Hoxhy czy prześladowania – nie potrafili +wiele powiedzieć. W Albanii od lat trwa wielka dyskusja o dawnym reżimie, +publikowane są kolejne książki i pamiętniki, na jaw wychodzą nowe fakty, wielu +chciałoby dyskutować o przeszłości, ale mało kto chce o niej słuchać. Panuje +przekonanie, że wszystko zostało już powiedziane. „Przeszliśmy naszą golgotę, +a teraz skupmy się na tym, jak przeżyć w nowej, demokratycznej Albanii, która +okazała się inna, niż sobie wymarzyliśmy”. +Napisałam tę książkę z myślą o ofiarach i o tych, którzy twierdzą, że +prześladowani kłamią, koloryzują i próbują wymusić pieniądze, naciągając fakty. +W Albanii nikt, kto odpowiadał za wydawanie wyroków i katowanie więźniów, nie +został skazany. Wyjątkiem była tylko Nexhmije Hoxha, żona dyktatora, która +trafiła do więzienia na cztery lata jako naczelna winowajczyni i kozioł ofiarny +systemu. Dziś ofiary często mijają swoich katów na ulicach. A kaci pytani o dawne +winy odpowiadają, że robili tylko to, co nakazywała im władza. Byli narzędziami +w cudzych rękach. Świadomymi, tak, ale tylko narzędziami. +Obawiam się, że nie potrafię wymienić wszystkich, którzy pomogli mi +w pisaniu. Ta książka nie powstałaby bez długich rozmów i życzliwości osób, które +w pewnym momencie postanowiły, że zrobią tyle, ile się da, by mi pomóc. + +W pierwszej kolejności chciałabym podziękować Rediemu Muçi, mojemu +partnerowi przez prawie cztery lata albańskiego życia. W pierwszym okresie pracy +nad książką Redi sprawdził się jako tłumacz, a później, gdy mogłam już sama +przeprowadzać wywiady, sczytywał je ze mną, żebym nie przeoczyła żadnego +szczegółu. Jestem mu ogromnie wdzięczna za jego oddanie i cierpliwość. +Dziękuję też pozostałym „sczytywaczom”: Liri Kuçi, Steli Muçi i Edlirze +Danaj. Ela była także dobrym duchem tej książki i często towarzyszyła mi przy +wywiadach jako pogotowie językowe. +Ogromne zaangażowanie i wielkie serce okazała mi rodzina Kokalari-Ceków +z Gjirokastry, Arjeta Kokalari i Yzeir Ceka – kuzyni zmarłej pisarki Musine +Kokalari. Bez nich ta książka byłaby inna. +Dziękuję też Frosie, Frediemu i Steli Muçi za mnóstwo rozmów i anegdot, za +rodzinne ciepło oraz wsparcie. +Dziękuję tym, którzy wiele razy rozmawiali ze mną o Albanii: Fatosowi +Lubonji, Denisowi Gili, Vincentowi van Gerven Oei, Enkelejdowi Zonji, Nickowi +St. Oeggerowi, Makisowi Hoxhy, Kreshnikowi Merxhaniemu, Wouterowi de +Rooij, Severinowi Quickowi, Ervinowi Qafmolli i Benetowi Nelku. Za pomoc +w stawianiu pierwszych kroków w Tiranie dziękuję byłemu konsulowi RP +w Albanii Wojciechowi Baranowskiemu, jego żonie Annie, tłumaczowi ambasady +polskiej w Tiranie Astritowi Beqiriemu i Agacie Rogoś. Ambasadorowi Polski +w Skopje Jackowi Multanowskiemu i jego żonie Kindze Nettmann-Multanowskiej +jestem wdzięczna za ich niewyczerpany entuzjazm i cenne rozmowy. +Serdeczne podziękowania dla Pjerina Mirdity za cierpliwe wsparcie przy +zbieraniu materiałów w Szkodrze i dla księdza Andrzeja Michonia za pomoc +w odkrywaniu Albanii, jakiej nie znałam. +Dziękuję też moim polskim przyjaciołom w Tiranie – Oli Kukule, którą miałam +szczęście poznać w drugim roku albańskiego życia, Kasi Lasoń i Mai Wawrzyk. +Dziękuję także starej gwardii: Oli Pavoni, Magdzie Malejczyk i Magdzie +Dorobińskiej. Szczególną wdzięczność chciałabym wyrazić Sylwii Jędrzejczyk +i Magdzie Kicińskiej, które dały mi wiele wskazówek podczas pracy nad książką. +Za cenne rady – i nie tylko – jestem także zobowiązana Łukaszowi Knapowi. Na +ostatnim etapie prac mój redaktor merytoryczny Rigels Halili tchnął w książkę +nowego ducha i skłonił do ponownego przemyślenia pewnych kwestii, a przy +okazji dał się poznać jako człowiek wielkiej życzliwości. + +Chciałabym także podziękować dwóm wspaniałym kobietom – mojej mądrej +wydawczyni Monice Sznajderman, która okazała nadzwyczajną cierpliwość w toku +powstawania książki, i niezrównanej redaktorce Magdzie Budzińskiej, która +zawsze była na odległość maila, czujna, wrażliwa i bezlitosna. +Dziękuję też Ani Nicolau, Ani i Piotrkowi Siemionom, Maćkowi +Grzybowskiemu, Michałowi Szturomskiemu i Stefanowi Chitikowi za to, że +zawsze są na horyzoncie. +I dziękuję mojej polskiej rodzinie, mamie Dorocie, tacie Robertowi, Piotrusiowi +i Agacie, za troskę, zrozumienie i cierpliwość. +Chciałabym też podkreślić, że książka nie powstałaby bez stypendium „Młoda +Polska”, przyznanemu mi w 2014 roku. Jestem szczególnie wdzięczna pani Annie +Rakowskiej i osobom, które napisały dla mnie wówczas rekomendację: Andrzejowi +Stasiukowi, Dorocie Horodyskiej, Mariuszowi Szczygłowi, Kazimierzowi +Jurczakowi, Andrzejowi Mencwelowi, Krzysztofowi Vardze, a także Lidii +Ostałowskiej, której nie będę już mogła podarować tej książki. + +Bibliografia +Opracowania ogólne +Albanian Identities. Myth and History, ed. by Stephanie Schwander-Sievers, Bernd Jünger Fischer, Indiana +2002 +Albanistyka polska, red. Irena Sawicka, Toruń 2007 +Aliçka Ylljet, Kompromis. 13 opowiadań albańskich, przeł. Dorota Horodyska, Sejny 2002 +Czekalski Tadeusz, Albania, Warszawa 2003 +Elsie Robert, Albanian Literature. A Short History, London–New York 2005 +—, Classical Albanian Literature. A Reader, London 2015 +Fevziu Blendi, Enver Hoxha. The Iron Fist of Albania, transl. by Majlinda Nishku, London–New York 2016 +Fischer Bernd Jürgen, Enver Hoxha dhe diktatura staliniste në Shqipëri, përkth. Virgjil Muçi, Tiranë 2010 +—, King Zog and the Struggle for Stability in Albania, Tirana 2012 +Halili Rigels, Naród i jego pieśni. Rzecz o oralności, piśmienności i epice ludowej wśród Albańczyków +i Serbów, Warszawa 2012 +Lelaj Olsi, Nën shenjën e modernitetit. Antropologji e proceseve proletarizuese gjatë socializmit shtetëror, +Tiranë 2015 +Lleshanaku Luljeta, Dzieci natury, przeł. Dorota Horodyska, Gdańsk 2011 +Lubonja Fatos, Albania – wolność zagrożona. Wybór publicystyki z lat 1991–2002, przeł. Dorota Horodyska, +Sejny 2005 +Mëhilli Elidor, From Stalin to Mao. Albania and the Socialist World, Ithaca–London 2017 +Nie jest za późno na miłość. Antologia poezji albańskiej XX wieku, wyb., przekł. i posł. Mazllum Saneja, oprac. +i współpr. Ewa Śmietańska, Sejny 2005 +Pipa Arshi, Stalinizmi shqiptar, Tiranë 2010 +Studime aktuale dhe perspektiva të reja për historinë e Shqipërisë në shekullin XX, „Perpjekja” 2014, nr 32–33 +Vickers Miranda, The Albanians. A Modern History, London–New York 2014 +Woodcock Shannon, Life is War. Surviving Dictatorship in Communist Albania, Bristol 2016 +I Dzieci dyktatora +40 vjet Shqipëri socialiste. Të dhëna statistikore për zhvillimin e ekonomisë dhe të kulturës, Tiranë 1984 +Albania. Political Imprisonment and the Law, London 1984 +Blumi Isa, Hoxha’s Class War. The Cultural Revolution and State Reformation 1961–1971, „East European +Quarterly” 1999, No. 33 +Elsie Robert, A Dictionary of Albanian Religion, Mythology and Folk Culture, London 2001 +Manga Nexhip, Frymëzime të viteve të arta. Vjersha dhe poema, Gjirokastër 2012 +Njohuritë dhe perceptimet e publikut për të shkuarën komuniste në Shqipëri dhe pritshmëritë e tyre për të +ardhmen, Tiranë 2016 +Shehu Bashkim, Vjeshta e ankthit. Roman autobiografik, Tiranë 1994 +II Błoto słodsze niż miód +Dibra Ridvan, Gjumi mbi borë, Tiranë 2016 + +Hajredin Meçaj, Toka është bujare, „Ylli” 1968, nr 3 +Saraçi-Mulleti Fatbardha, Kalvari i grave në burgjet e komunizmit, Tiranë 2017 +III Kręgi +Blloshmi Bedri, Revolta e Spaçit, Tiranë 2015 +Czekalski Tadeusz, Zarys dziejów chrześcijaństwa albańskiego w latach 1912–1993, Kraków 1996 +Dervishi Kastriot, Internimi dhe burgimi komunist në Shqipëri. Të gjitha vendet në të cilat diktatura komuniste +persekutoi dhe shfrytëzoi punën e të burgosurve dhe të internuarve, Tiranë 2016 +Lubonja Fatos, Second Sentence. Inside the Albanian Gulag, transl. by John Hodgson, London–New York 2009 +Pasha Neim, Bukë, mall dhe lot, Gjirokastër 2005 +—, Trëndafilat e përgjakur, Gjirokastër 2016 +Peters Markus W. E., Përballjet e histories së Kishës Katolike në Shqipëri 1919–1996, Tiranë 2010 +Pllumi Zef, Live to Tell. A True Story of Religious Persecution in Communist Albania 1944–1951, t. 1, New +York–Bloomington–Shanghai, 2008 +Vocaj Gjet, Takim fatal me diktatorin, Lezhë 2010 +IV Kamień na granicy +Barnes Julian, Zgiełk czasu, przeł. Dominika Lewandowska-Rodak, Warszawa 2017 +Çapaliku Stefan, Secili çmendet simbas mënyrës së vet, Tiranë 2017 +Idrizi Idrit, ‘Magic Apparatus’ and ‘Window to the Foreign World’? The Impact of Television and Foreign +Broadcasts on Society and State-Society Relations in Socialist Albania [w:] Television Beyond and Across +the Iron Curtain, ed. by Kirsten Bönker, Julia Obertreis, Sven Grampp, Newcastle upon Tyne 2016 +Mai Nicola, ‘Looking for a More Modern Life…’. The Role of Italian Television in the Albanian Migration to +Italy, „Westminster Papers in Communication and Culture” 2004, No. 1 +Vullnetari Julie, Russell King, ‘Women Here Are Like at the Time of Enver [Hoxha]…’. Socialist and Post- +Socialist Gendered Mobility in Albanian Society [w:] Mobilities in Socialist and Post-Socialist States. +Societies on the Move, ed. by Kathy Burrell, Kathrin Hörschelmann, Houndmills–Basingstoke–Hampshire +2014 +V Kruszy się twierdza +Abrahams Fred C., Modern Albania. From Dictatorship to Democracy in Europe, New York 2015 +Carver Robert, The Accursed Mountains, London 1999 +De Waal Clarissa, Albania Today. A Portrait of Post-Communist Turbulence, London–New York 2005 +Kongoli Fatos, I humburi, Tiranë 2008 +Mërgimi shqiptar pas vitit 1990, „Perpjekja” 2010, nr 26–27 +Pettifer James, Miranda Vickers, Albania. From Anarchy to a Balkan Identity, London 1999 +—, The Albanian Question. Reshaping the Balkans, London–New York 2009 +Albańskie dzienniki i portale internetowe +arkivalajmeve.com +exit.algazetadita.al +iskk.gov.al +mapo.al +observatorikujteses.al + +panorama.com.al +reporter.al +shekulli.com.al +tribunashqiptare.com +i inne + +Wydawnictwo Czarne sp. z o.o. +czarne.com.pl +Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice +tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 +mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl +dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl +edyta@czarne.com.pl +Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa +redakcja@czarne.com.pl +Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl +Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa +tel./fax +48 22 621 10 48 +agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl +zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl +magda.jobko@czarne.com.pl +Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl +Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl +agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl +Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl +Skład: d2d.pl +ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków +tel. +48 12 432 08 52, e-mail: info@d2d.pl +Wołowiec 2018 +Wydanie I diff --git a/svn-init.sh b/svn-init.sh new file mode 100755 index 0000000..32908e3 --- /dev/null +++ b/svn-init.sh @@ -0,0 +1,7 @@ +touch README.md +git init +git checkout -b main +git add README.md +git commit -m "first commit" +git remote add origin https://gitea.sic.pl/ms/nvidia-chatterbox.git +git push -u origin main diff --git a/talk.sh b/talk.sh new file mode 100755 index 0000000..7a1c2a0 --- /dev/null +++ b/talk.sh @@ -0,0 +1,7 @@ +python3 python-clients/scripts/tts/talk.py --server 0.0.0.0:50051 \ + --language-code pl-PL \ + --voice Chatterbox-Multilingual.pl-PL.Male \ + --text "Jesień to czas, kiedy przyroda zwalnia tempo. Dni stają się coraz krótsze, a liście na drzewach zmieniają swoje kolory na żółte, czerwone i brązowe. W chłodniejsze wieczory przyjemnie jest usiąść w fotelu z kubkiem gorącej herbaty i dobrą książką. To także idealny moment na długie spacery po parku i zbieranie kolorowych kasztanów." \ + --stream \ + --output output_polish.wav + diff --git a/tts_book_to_mp3.py b/tts_book_to_mp3.py new file mode 100644 index 0000000..2f1a289 --- /dev/null +++ b/tts_book_to_mp3.py @@ -0,0 +1,279 @@ +#!/usr/bin/env python3 +"""Convert a long text file to MP3 using the existing Riva TTS client. + +The script splits input text into smaller chunks, synthesizes each chunk with +`python-clients/scripts/tts/talk.py`, joins all WAV chunks, and finally converts +the result to MP3 using ffmpeg. +""" + +from __future__ import annotations + +import argparse +import re +import shutil +import subprocess +import sys +import tempfile +import wave +from pathlib import Path +from typing import List + + +def parse_args() -> argparse.Namespace: + parser = argparse.ArgumentParser( + description="Convert a long TXT file to MP3 using NVIDIA Riva TTS.", + formatter_class=argparse.ArgumentDefaultsHelpFormatter, + ) + parser.add_argument("--input", type=Path, required=True, help="Path to input .txt file.") + parser.add_argument("--output", type=Path, required=True, help="Path to output .mp3 file.") + parser.add_argument("--server", default="0.0.0.0:50051", help="Riva server address.") + parser.add_argument("--language-code", default="pl-PL", help="Language code for TTS.") + parser.add_argument( + "--voice", + default="Chatterbox-Multilingual.pl-PL.Male", + help="Riva voice name.", + ) + parser.add_argument( + "--talk-script", + type=Path, + default=Path("python-clients/scripts/tts/talk.py"), + help="Path to existing talk.py script.", + ) + parser.add_argument( + "--max-chars", + type=int, + default=700, + help="Maximum characters per TTS chunk.", + ) + parser.add_argument( + "--sample-rate-hz", + type=int, + default=22050, + help="Output sample rate used by talk.py.", + ) + parser.add_argument( + "--keep-wav", + action="store_true", + help="Keep final merged WAV next to MP3.", + ) + return parser.parse_args() + + +def normalize_whitespace(text: str) -> str: + text = text.replace("\r\n", "\n").replace("\r", "\n") + lines = [line.strip() for line in text.split("\n")] + return "\n".join(lines) + + +def split_sentence_if_needed(sentence: str, max_chars: int) -> List[str]: + if len(sentence) <= max_chars: + return [sentence] + + words = sentence.split() + parts: List[str] = [] + current = "" + for word in words: + candidate = f"{current} {word}".strip() if current else word + if len(candidate) <= max_chars: + current = candidate + else: + if current: + parts.append(current) + # Single very long token fallback. + if len(word) > max_chars: + for i in range(0, len(word), max_chars): + parts.append(word[i : i + max_chars]) + current = "" + else: + current = word + if current: + parts.append(current) + return parts + + +def chunk_text(text: str, max_chars: int) -> List[str]: + paragraphs = [p.strip() for p in re.split(r"\n\s*\n", text) if p.strip()] + sentence_splitter = re.compile(r"(?<=[.!?…])\s+") + + chunks: List[str] = [] + current = "" + + for paragraph in paragraphs: + sentences = [s.strip() for s in sentence_splitter.split(paragraph) if s.strip()] + expanded_sentences: List[str] = [] + for s in sentences: + expanded_sentences.extend(split_sentence_if_needed(s, max_chars)) + + for sentence in expanded_sentences: + candidate = f"{current} {sentence}".strip() if current else sentence + if len(candidate) <= max_chars: + current = candidate + else: + if current: + chunks.append(current) + current = sentence + + if current: + chunks.append(current) + current = "" + + if current: + chunks.append(current) + + if not chunks: + raise ValueError("Input text is empty after preprocessing.") + + return chunks + + +def synthesize_chunk( + talk_script: Path, + server: str, + language_code: str, + voice: str, + sample_rate_hz: int, + text: str, + output_wav: Path, +) -> None: + cmd = [ + sys.executable, + str(talk_script), + "--server", + server, + "--language-code", + language_code, + "--voice", + voice, + "--text", + text, + "--stream", + "--sample-rate-hz", + str(sample_rate_hz), + "--output", + str(output_wav), + ] + + result = subprocess.run(cmd, capture_output=True, text=True) + if result.returncode != 0: + raise RuntimeError( + "TTS synthesis failed.\n" + f"Command: {' '.join(cmd)}\n" + f"stdout:\n{result.stdout}\n" + f"stderr:\n{result.stderr}" + ) + + +def merge_wav_files(wav_files: List[Path], output_wav: Path) -> None: + if not wav_files: + raise ValueError("No WAV files to merge.") + + with wave.open(str(wav_files[0]), "rb") as first: + params = first.getparams() + frames = [first.readframes(first.getnframes())] + + for wav_path in wav_files[1:]: + with wave.open(str(wav_path), "rb") as wf: + if ( + wf.getnchannels() != params.nchannels + or wf.getsampwidth() != params.sampwidth + or wf.getframerate() != params.framerate + or wf.getcomptype() != params.comptype + ): + raise RuntimeError(f"Incompatible WAV params in {wav_path}") + frames.append(wf.readframes(wf.getnframes())) + + with wave.open(str(output_wav), "wb") as out: + out.setparams(params) + for chunk in frames: + out.writeframes(chunk) + + +def convert_wav_to_mp3(input_wav: Path, output_mp3: Path) -> None: + ffmpeg = shutil.which("ffmpeg") + if ffmpeg is None: + raise RuntimeError( + "ffmpeg not found in PATH. Install ffmpeg to generate MP3 output." + ) + + cmd = [ + ffmpeg, + "-y", + "-i", + str(input_wav), + "-codec:a", + "libmp3lame", + "-q:a", + "2", + str(output_mp3), + ] + result = subprocess.run(cmd, capture_output=True, text=True) + if result.returncode != 0: + raise RuntimeError( + "MP3 conversion failed.\n" + f"Command: {' '.join(cmd)}\n" + f"stdout:\n{result.stdout}\n" + f"stderr:\n{result.stderr}" + ) + + +def main() -> int: + args = parse_args() + + if args.max_chars < 50: + raise ValueError("--max-chars should be at least 50.") + + input_path = args.input.expanduser().resolve() + output_mp3 = args.output.expanduser().resolve() + talk_script = args.talk_script.expanduser().resolve() + + if not input_path.is_file(): + raise FileNotFoundError(f"Input file not found: {input_path}") + if not talk_script.is_file(): + raise FileNotFoundError(f"talk.py not found: {talk_script}") + + output_mp3.parent.mkdir(parents=True, exist_ok=True) + merged_wav = output_mp3.with_suffix(".wav") + + text = input_path.read_text(encoding="utf-8") + text = normalize_whitespace(text) + chunks = chunk_text(text, args.max_chars) + + print(f"Input split into {len(chunks)} chunks (max {args.max_chars} chars each).") + + with tempfile.TemporaryDirectory(prefix="tts_chunks_") as tmp_dir: + tmp_path = Path(tmp_dir) + wav_paths: List[Path] = [] + + for idx, chunk in enumerate(chunks, start=1): + chunk_wav = tmp_path / f"chunk_{idx:05d}.wav" + print(f"[{idx}/{len(chunks)}] Synthesizing chunk...") + synthesize_chunk( + talk_script=talk_script, + server=args.server, + language_code=args.language_code, + voice=args.voice, + sample_rate_hz=args.sample_rate_hz, + text=chunk, + output_wav=chunk_wav, + ) + wav_paths.append(chunk_wav) + + print("Merging WAV chunks...") + merge_wav_files(wav_paths, merged_wav) + + print("Converting WAV to MP3...") + convert_wav_to_mp3(merged_wav, output_mp3) + + if not args.keep_wav and merged_wav.exists(): + merged_wav.unlink() + + print(f"Done: {output_mp3}") + return 0 + + +if __name__ == "__main__": + try: + raise SystemExit(main()) + except Exception as exc: # pragma: no cover + print(f"Error: {exc}", file=sys.stderr) + raise SystemExit(1) \ No newline at end of file